Nic poniżej terroryzmu

05 października 2021

Skąd ten dziwaczny a może szokujący tytuł? Tak brzmi najprostsza odpowiedź na pytanie, co byłoby w stanie skłonić polskich polityków do zgodnej pracy na rzecz dobra wspólnego. Bo dla interesów własnej kasty ponad podziałami działają od dawna, jak dowiodły obie afery Budki: pierwsza z nieudaną podwyżką wynagrodzeń parlamentarzystów przed rokiem akurat w apogeum pandemii, druga z biesiadowaniem z Łukaszem Szumowskim i Markiem Suskim na pięćdziesiątych urodzinach pisowskiego propagandysty.

Łukasz Perzyna

Wcale nie chciałbym zobaczyć polskich polityków we wspólnym działaniu w dobrej sprawie, bo oznaczałoby to, że zdarzył się u nas atak terrorystyczny, czego dotychczas szczęśliwie unikaliśmy. Lepiej więc ten wątek zostawić. Już klęski żywiołowe wcale klasy politycznej nie godzą ani nie jednoczą: w sprawie pandemii rząd zwykł krytykować opozycję za brak odpowiedzialności, zaś oponenci rządzących za brak skuteczności. Politycy pamiętają jak doświadczenie powodzi sprzed prawie ćwierćwiecza stało się główną przyczyną zmiany u steru władzy, SLD musiał zdać ją AWS po niefortunnej wypowiedzi premiera Włodzimierza Cimoszewicza, pouczającego, że powodzianie powinni się wcześniej ubezpieczyć.

Zbratanie przy kielichu łatwo posłom przychodzi, niewykonalne za to okazuje się porozumienie na rzecz mądrych ustaw.

Tyle, że wybieraliśmy ich do Sejmu, nie na bankiet. Przekonani, że to poważna sprawa.

Nawet tragedia smoleńska, trauma bez wątpienia ogólnonarodowa, chociaż w pierwszym momencie połączyła Polaków, to z wyłączeniem kasty zawodowych polityków. Zwyczajni ludzie, często ci sami warszawiacy lub przyjezdni, pierwszego dnia po zdarzeniu zapalali znicze zarówno przed opustoszałym Pałacem Prezydenckim jak przed siedzibą SLD przy Rozbrat (w Smoleńsku zginął kandydat tego ugrupowania na głowę państwa Jerzy Szmajdziński). Jednak tego samego pierwszego dnia prezes PiS Jarosław Kaczyński mówił Donaldowi Tuskowi że to jego, szefa PO, wina. Tak już zostało w pisowskim przekazie, chociaż po latach niezapomniany Wojciech Młynarski, kiedyś podrwiwający z komunistów sprowadził rzecz do właściwego wymiaru w słynnej balladzie „Wina Tuska”. Pamiętamy: „Pociąg spóźnił się do Buska…”.

Z kolei odchodzący wtedy z PO Janusz Palikot, z pozbawionego wdzięku i lekkości – jakie cechowały tamten protest-song – naśmiewania się z uczestników czuwań przed Pałacem Prezydenckim zbudował potencjał swojego nowego ugrupowania, chociaż w najbardziej rozwiniętych demokracjach świata nikt nie kpi z ludzi, którzy się modlą, a wielkie korporacje oferują nawet pracownikom wyznania muzułmańskiego dodatkowe przerwy w pracy, żeby mogli przepisowo pięć razy dziennie dopełnić tego obowiązku.

Także tragedia pandemii, dla Polaków największa po wojnie, bo już pochłonęła więcej ofiar, niż inna zaraza, jaką stanowił komunizm – nie zasypała żadnych podziałów, do czego wydatnie przyczynili się rządzący zmierzający do wyborów „kopertowych” za pośrednictwem Poczty Polskiej, co udaremnił dopiero sprzeciw Jarosława Gowina. Ale również opozycja nie wykazała się tu przesadnym ekumenizmem ani empatią. Nie przypadkiem za to czarnym koniem wyborów prezydenckich, przeprowadzonych wreszcie jak Pan Bóg przykazał przy urnach – stał się Szymon Hołownia, który raczej przekonywał niż oskarżał. I wtedy jeszcze nie miał partii. Jego sukces to poważny sygnał, czego potrzebują Polacy. Ale i on nie ma monopolu na zaspokojenie ich oczekiwań, wyrastających z rozczarowania klasą dotychczasowych beneficjentów, na których nawet w złych chwilach – czy to COVID czy powódź – rządzeni nie mogą liczyć.

W interesie własnym

Bezkonkurencyjni za to okazują się politycy, gdy przychodzi im gromadnie bronić kastowych interesów. Przed rokiem w szczycie pandemii posłowie i posłanki PiS i PO-KO, we wszystkich innych sprawach spierający się zaciekle, jak bracia i siostry zagłosowali za podniesieniem własnych uposażeń. Obie załogi największych klubów biegały po sejmowych korytarzach z obłędem w oczach. W końcu wreszcie głosowano nad czymś, co posłów interesuje. Barbara Nowacka z Koalicji Obywatelskiej wypytywana o kontrowersyjną „autopodwyżkę” z wprawą blondynki z najbardziej seksistowskich żartów plotła w odpowiedzi, że pani prezydentowa nie ma pensji, a powinna, chociaż zupełnie nie o to była indagowana.

Otrzeźwienie nadeszło w Senacie. Bezideowej większości platformianej postawili się najpierw zamożny przedsiębiorca z Lublina Jacek Bury (w kampanii wywalczył mandat spisywany na straty, bo ostatnio wygrywał tam PiS) i bohater dawnej opozycji Bogdan Klich a potem również marszałek Tomasz Grodzki.

Przekaz dnia należał jednak wtedy do prof. Ryszarda Terleckiego. Przewodniczący klubu parlamentarnego PiS, chociaż w Senacie rzadko bywa (jest zastępcą marszałka, ale w Sejmie) stanął w blasku telewizyjnych jupiterów i niespodziewanie ujawnił porozumienie ze swoim odpowiednikiem z PO-KO Borysem Budką, w zamierzeniu tajne, dotyczące podwyżki uposażeń parlamentarzystów i ministrów. Kompromitacja Budki okazała się straszna, bo przewinił dwa razy: najpierw zawierając pakt z ugrupowaniem, które w codziennym przekazie PO-KO oskarża o zamiar wyprowadzenia Polski z Europy, potem nie będąc w stanie go dotrzymać wobec odruchu przyzwoitości senatorów.

Wpadł jednak Budka zupełnie dopiero za sprawą szemranej imprezy, zorganizowanej niedaleko rosyjskiej ambasady przez wieloletniego żurnalistę pisowskiego propagandowego „Nowego Państwa” Roberta Mazurka, pracującego teraz dla niemieckiego ale nadającego po polsku radia RMF. Balował tam, jakby nie mógł napić się za swoje (bo też w międzyczasie, pomimo storpedowania przez Grodzkiego paktu Terlecki-Budka, pensje posłom i tak podniesiono za sprawą wielkodusznego rozporządzenia prezydenta Andrzeja Dudy) w towarzystwie Łukasza Szumowskiego i Marka Suskiego, polityków PiS, w codziennym przekazie PO-KO samo zło postaciujących, bo pierwszy aferę respiratorową zaś drugi „lex TVN”. Zgadywać można tylko, o czym rozmawiali.

Być może o tym, jak nie wywieszając białej flagi władza ma zarazem nie zrobić krzywdy TVN, skoro w tym samym czasie ujawniono, że topowy żurnalista tej stacji, domorosły gwiazdor Krzysztof Skórzyński podpowiadał po godzinach pracy konkretne rozwiązania marketingowe twardogłowemu pisowskiemu szefowi Kancelarii Premiera Michałowi Dworczykowi. Pomimo, że jego stacja namolnie nie tylko podkreśla swoją opozycyjność ale jeszcze stara się, żeby stan jej koncesji, komercyjnej zresztą a nie społecznej, utożsamiano z wolnością słowa w Polsce. W tym samym czasie żurnalista „Faktów” czyli dziennika TVN Dariusz Prosiecki bez żenady zatrudnił się w państwowej Agencji Żeglugi Powietrznej gdzie pensje wyższe niż w walterowskiej stacji, bo jak mawiają Amerykanie, tylko niebo stanowi ich granicę, co tu akurat pasuje znakomicie.

Dobro Polski i Czarzasty ponad podziałami

Tak jak mitem założycielskim Ruchu Palikota stały się żarty z uczestników posmoleńskich modlitw, tak dziesięć lat wcześniej legendą prącego do władzy PiS były działania na rzecz deszyfracji afery Lwa Rywina. Jej bohaterami, poza tytułowym, pozostawali jak pamiętamy Włodzimierz Czarzasty i Robert Kwiatkowski. Tym większe było zdumienie mieszkańców dawnych osiedli milicyjnych i wojskowych, w dzień wyborów maszerujących do urn by oddać głos na Lewicę niczym przed laty na pochód pierwszomajowy – gdy właśnie Czarzasty stał się Ojcem Chrzestnym porozumienia z PiS ponad podziałami. Wspólnie zagłosowali za ratyfikacją Funduszu Odbudowy czyli pakietem pomocowym z Unii Europejskiej. Dla rządu zachowanie Lewicy nie było obojętne, bo posłuszeństwo właśnie w tej sprawie wypowiedział kanapowy „koalicjant wewnętrzny” PiS, kierowana przez Zbigniewa Ziobro partia Solidarna Polska. Ale nie cieszmy się pochopnie ze zwycięstwa racji stanu. Stosunek postkomunistów do niej najtrafniej ujął Aleksander Kwaśniewski, gdy wypytywano go, dlaczego uparcie i kosztem koalicji rządzącej z ludowcami forsuje przedstawiciela własnej partii SLD na ministra obrony.

– A dobro Polski? – chcieli wiedzieć dziennikarze.

– Dobropolski? Nie znam takiego kandydata – odpowiedział zgrabnym żartem Kwaśniewski.

Nie troska o fundusze z Unii, lecz kalkulacja polityczna kierowała Czarzastym. Dodając pisowcom głosów, wzmocnił bez wątpienia pozycję ich przedstawicieli w mediach państwowych: wtajemniczeni sugerowali, że do byłej kandydatki SLD na prezydenta Magdaleny Ogórek prowadzącej programy w TVP i niemal nie wychodzącego ze studia tejże komentatora Marka Króla byłego sekretarza KC PZPR rychło dołączą inni. A dobro Polski, chciałoby się zapytać… Ale przecież Kwaśniewski już nam na to odpowiedział.


W przedłużającej się debacie o imigrantach na plan pierwszy wybija się humanitarny aspekt sytuacji tej nielicznej przecież grupy, podczas gdy bezpieczeństwo większości schodzi na plan dalszy: władza nie nawiązała przecież nawet współpracy z wyspecjalizowanym w ochronie granic Frontexem, choć to jedyna agencja Unii Europejskiej mająca siedzibę w Polsce.

Opozycja wydaje się zaś przekonana, że to Unia w razie czego nas obroni: podobnie myśleli rządzący w 1939 r. o aliantach zachodnich, zanim uciekli szosą na Zaleszczyki, uwożąc w służbowych limuzynach futra i kosztowności, dopóki im benzyny starczyło.

W sprawach wyższego rzędu… i urzędu

W parlamencie w rozmowy z przedstawicielami innych ugrupowań wdają się raczej pojedynczy mandatariusze. Nikogo nie unika Jan Maria Jackowski, który jednak w senackim klubie PiS zachowuje status dysydenta, bo nierzadko zdarza się mu głosować wbrew wskazaniom centrali z Nowogrodzkiej. Zresztą charakterystyczne, że od dziesięcioleci odznacza się wyrazistymi katolickimi i narodowymi przekonaniami, podczas gdy o poglądach szarej masy poselskiej wspierającej partię rządzącą trudno coś konkretnego powiedzieć: dla oceny przez liderów też nie są istotne, decydują wydruki głosowań. Podobny jak Jackowski w PiS status ma Antoni Mężydło z PO-KO: również nie wciska klawiszy mechanicznie i rozmawia ze wszystkimi. O samodzielności jego pozycji decyduje chwalebna przeszłość z lat 80, kiedy to toruńska bezpieka wywoziła go do lasu, ale go nie złamała.

Podziały pogłębiają się, a nie zacierają, nie tylko posłów to dotyczy. Dziennikarze, jeszcze w poprzednich kadencjach przemieszani, siedzą już prawie całkiem jak posłowie w sali obrad: wedle sektorów, a te w zależności od poglądów. Miejsca pod oknem zajmują zwolennicy partii rządzącej. Stoliki nazywane dziennikarskimi (chociaż nikt z nas nie ma zakazu siadania gdzie indziej, byle w dostępnej dla nas strefie) – ci sprzyjający raczej opozycji. Najgorzej mają media katolickie, bo koleżanki i koledzy z plakietkami TV Trwam i Radia Maryja zajmują najskromniejsze siedziska przy sejmowych toaletach lub w pokoju bez okien (też, co zabawne zwanym „dziennikarskim”, chociaż każdy kto nasz zawód wykonuje, potrzebuje punktu obserwacyjnego), gdzie pozostawiają zbędny w danym momencie sprzęt ekipy telewizyjne. Jednym słowem: pełna segregacja. Akurat ta z COVID-19 nie ma żadnego związku.

Rozmawiam z posłem opozycyjnego PSL Władysławem Bartoszewskim. Pomimo zaawansowanego wieku, sprawuje dopiero pierwszą kadencję. Z dumą zauważa, że zdobył pierwszy od trzydziestu lat mandat dla ludowców z Warszawy, ale ponieważ – dla ścisłości – dawny doradca prymasa Andrzej Micewski wszedł wówczas z listy krajowej a nie okręgu, to można powiedzieć, że Bartoszewski jest pierwszym stołecznym posłem PSL od czasów Stanisława Mikołajczyka, kiedy to jego ojciec za wspomaganie tegoż polityka trafił do kolejnych po Oświęcimiu kazamatów. Być może z dumy i poczucia misji zrodzi się nowa jakość. Na razie jednak Łukasz Mejza, chociaż wszedł w trakcie kadencji za zmarłą koleżankę z listy PSL do Sejmu, nie przyłączył się nawet do klubu, lecz od razu zaczął głosować z PiS i być wymieniany jako kandydat na różne stanowiska rządowe (ostatnio w Ministerstwie Sportu, bo rządzący ponownie odłączyli ten resort od kultury, by mieć gdzie stanowiskami obdzielać sojuszników). Wprawdzie jego asystenci rozdają komu wlezie wizytówki nowego posła a on sam zaprasza na konferencje prasowe ale wciąż nie wiadomo, po co poza lansem tu przyszedł.

Jedna z tych tendencji zwycięży, jeśli okaże się nią poczucie obowiązku, być może na pytanie o zdolność polityków do przełamywania w imię dobra wspólnego plemiennych barier przestaniemy odpowiadać samymi paradoksami. Lans zaś, niedawno tu wspomniany, widać okazuje się nieskuteczny, jak pokazują dołujące oceny Sejmu przez opinię publiczną: w czerwcu br. tylko 26 proc z nas utrzymywało, że posłowie dobrze pracują, źle oceniało ich 54 proc badanych przez CBOS. Niedawno ujawnione zgodne bankietowanie „ponad podziałami” przy braku wspólnych działań w sprawach wyższego rzędu z pewnością tych notowań nie poprawi.

Łukasz Perzyna – dziennikarz PNP 24.PL, „Opinii” oraz „Samorządności” i portalu wio.waw.pl. Autor filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz jedenastu książek o polityce i historii najnowszej, w tym biografii Andrzeja Ostoi-Owsianego. Pracował dla wydawanej poza cenzurą prasy KPN („Orzeł Biały”) i Regionu Świętokrzyskiego Solidarności („Nurt”, „Ulotka Świętokrzyska”), a w nowej Polsce w „Obserwatorze” i „Wiadomościach TVP” oraz „Gazecie Wyborczej”, „Obserwatorze Codziennym”, „Sztandarze”, „Życiu” i kwartalniku „InGreen”. Absolwent warszawskiego Liceum Batorego i polonistyki UW, studiował również dziennikarstwo.

Email

kontakt@gruszka.com


Telefon

+48 512 239 167


Zastrzeżenie Dotyczące Strony Internetowej

Informacje zawarte na tej stronie służą wyłącznie do ogólnych celów informacyjnych. Informacje są dostarczane przez Grupę Medialną Gruszka i chociaż dokładamy wszelkich starań, aby informacje były aktualne i prawidłowe, nie składamy żadnych oświadczeń ani gwarancji, wyraźnych ani dorozumianych, co do kompletności, dokładności, rzetelności, przydatności lub dostępności w odniesieniu do strony internetowej lub informacji, produktów, usług lub powiązanej grafiki zawartej na stronie internetowej w dowolnym celu. W związku z tym polegasz na takich informacjach wyłącznie na własne ryzyko.

W żadnym wypadku nie będziemy ponosić odpowiedzialności za jakiekolwiek straty lub szkody, w tym między innymi za straty lub szkody pośrednie lub wtórne lub jakiekolwiek straty lub szkody wynikające z utraty danych lub zysków wynikających z lub w związku z korzystaniem z tej witryny .

Za pośrednictwem tej witryny możesz otworzyć linki do innych witryn, które nie są pod kontrolą Grupy Medialnej Gruszka. Nie mamy kontroli nad charakterem, treścią i dostępnością tych witryn. Umieszczenie jakichkolwiek linków nie musi oznaczać rekomendacji ani poparcia wyrażanych w nich poglądów.

Dokładamy wszelkich starań, aby strona internetowa działała sprawnie. Jednakże Grupa Medialna Gruszka nie ponosi odpowiedzialności i nie będzie ponosić odpowiedzialności za czasową niedostępność serwisu z powodu problemów technicznych.

Zastrzeżenie Dotyczące Strony Internetowej

Informacje zawarte na tej stronie służą wyłącznie do ogólnych celów informacyjnych. Informacje są dostarczane przez Grupę Medialną Gruszka i chociaż dokładamy wszelkich starań, aby informacje były aktualne i prawidłowe, nie składamy żadnych oświadczeń ani gwarancji, wyraźnych ani dorozumianych, co do kompletności, dokładności, rzetelności, przydatności lub dostępności w odniesieniu do strony internetowej lub informacji, produktów, usług lub powiązanej grafiki zawartej na stronie internetowej w dowolnym celu. W związku z tym polegasz na takich informacjach wyłącznie na własne ryzyko.

W żadnym wypadku nie będziemy ponosić odpowiedzialności za jakiekolwiek straty lub szkody, w tym między innymi za straty lub szkody pośrednie lub wtórne lub jakiekolwiek straty lub szkody wynikające z utraty danych lub zysków wynikających z lub w związku z korzystaniem z tej witryny .

Za pośrednictwem tej witryny możesz otworzyć linki do innych witryn, które nie są pod kontrolą Grupy Medialnej Gruszka. Nie mamy kontroli nad charakterem, treścią i dostępnością tych witryn. Umieszczenie jakichkolwiek linków nie musi oznaczać rekomendacji ani poparcia wyrażanych w nich poglądów.

Dokładamy wszelkich starań, aby strona internetowa działała sprawnie. Jednakże Grupa Medialna Gruszka nie ponosi odpowiedzialności i nie będzie ponosić odpowiedzialności za czasową niedostępność serwisu z powodu problemów technicznych.