Piłkarski poker

Czyli przekręt na stulecie

Łukasz Perzyna


Społeczeństwo mamy ofiarne, kokosy fuszerowi wypłaci


Gdyby władze polskiego futbolu zwolniły teraz z posady selekcjonera reprezentacji Paulo Sousę, na co zasłużył wystawiając w przegranym 1:2 meczu z Węgrami słaby skład bez Roberta Lewandowskiego przez co możemy nie pojechać na Mundial w Katarze – niefortunnemu trenerowi trzeba byłoby do marca włącznie wypłacać co miesiąc 75 tys euro miesięcznie, włącznie ze sztabem kosztowałby do tego czasu 3,5 mln zł. A jego następcy też trzeba by było zapłacić. – Społeczeństwo mamy ofiarne – mówi w słynnym filmie „Piłkarski poker” Janusza Zaorskiego taksówkarz z Białegostoku, wiozący ustawiajacego mecze działacza. Za taką umowę odpowiada Zbigniew Boniek, prezes PZPN w momencie jej zawarcia, wcześniej bohater mundialu w Hiszpanii, na którym zajęliśmy trzecie miejsce. Jego następca w fotelu szefa polskiej piłki Cezary Kulesza, właśnie z Białegostoku („społeczeństwo mamy ofiarne”) po meczu z Węgrami nie chciał Sousy widzieć, czemu… trudno się dziwić. Dość ma już przez niego kłopotów.


Gdyby Polska z Węgrami chociażby zremisowała – baraż o awans na katarski turniej grałaby z „kelnerami” jak zwykli o słabeuszach mówić futboliści – z Turcji, Macedonii Północnej czy Ukrainy. Podejmowalibyśmy ich u siebie i jeszcze na tym zarobili. A tak zarobi tylko Sousa.


Ponieważ jednak Sousa nie wystawił do składu Roberta Lewandowskiego, najlepszego piłkarza nie tylko Polski ale świata ani niezawodnego Kamila Glika i mecz o wszystko potraktował jak sparring – nie tylko zagramy na wyjeździe, więc pieniądze do polskiej piłki z tego nie wpłyną, ale jeszcze rywalami mogą być aktualni mistrzowie Europy Włosi, poprzednio najlepsi na kontynencie Portugalczycy, Szwedzi z którymi dopiero co przegraliśmy na Euro i wreszcie Rosjanie, z silną i bogatą ligą.


Jak ożywić piękne wspomnienia


Zwycięstwo na obcym terenie nad którąkolwiek z tych drużyn byłoby największą sensacją kwalifikacji, na miarę wyeliminowania Anglii z 1973 r, co otworzyło Polsce drogę do pierwszych po wojnie finałów Mistrzostw Świata (w 1938 r. we Francji zagraliśmy z Brazylią jeden tylko przegrany 5:6 po dogrywce mecz, którego bohaterem był strzelec czterech goli Ernest Wilimowski, potem niestety folksdojcz), w których w RFN cudowna drużyna Kazimierza Górskiego zajęła trzecie miejsce (1974 r.) a Grzegorz Lato został królem strzelców. To wtedy komentatorzy sportowi z całego świata mozolnie uczyli się trudnych polskich nazwisk, takich jak Jan Tomaszewski, co jedyny w trakcie turnieju obronił dwa rzuty karne czy Andrzej Szarmach, drugi za Latą w klasyfikacji snajperów. Nasi słynęli wtedy właśnie z motywacji, której zabrakło w niedawnym meczu z Węgrami: nie tylko uczuciowy bramkarz Tomaszewski płakał, słuchając przed pierwszym sędziowskim gwizdkiem hymnu narodowego.     


Żebyśmy jednak w ogóle do Niemiec pojechali, trzeba było przedtem wyeliminować Anglię i Walię, a tu powracający wątek hymnu narodowego odegrał zasadniczą rolę. Na Stadionie Śląskim w Chorzowie chóralne „Jeszcze Polska…” odśpiewało sto tysięcy widzów, a ściślej do tylu ich liczbę zaokrąglano, był przecież rok 1973, trwała propaganda sukcesu, rządził Edward Gierek, a naprawdę na Śląski wchodziło 59 tys widzów, liczba i tak imponująca. O losach meczu rozstrzygnął Włodzimierz Lubański, chociaż sam na pierwsze po wojnie finały mistrzostw z udziałem Polski za sprawą zlośliwego losu nie pojechał. 


Przy stanie 1:0 Lubański spostrzegł zawahanie Booby’ego Moore’a, rywalizującego wtedy z Niemcem Franzem Beckenbauerem o miano najlepszego obrońcy świata. Kapitan polskiej reprezentacji odebrał mu piłkę i rozstrzygnął losy meczu. Jeszcze przed jego zakończeniem musiał jednak opuścić boisko, sfaulowany przez McFarlanda. Do pełni formy powrócił dopiero w cztery lata później, przesądzając w wyjazdowym meczu z Danią losy awansu na kolejne mistrzostwa w Argentynie (1978 r).


Jednak żeby zakwalifikować się na te wcześniejsze, w RFN, trzeba było co najmniej zremisować na Wembley z Anglikami, o których wtedy mówiło się: mistrzowie świata sprzed 7 lat. 


Mecz poprzedziła niebywała kampania prasy brukowej, Tomaszewskiego nazywano „najgorszym bramkarzem, jaki kiedykolwiek zagrał na Wembley”, na wychodzących Polaków kibole krzyczeli: „animals”. 


Stworzyło to naszym dodatkową motywację, żeby pokazać, ile są warci. Długo i rozumnie się broniliśmy.


Trwała już druga połowa, utrzymywał się remis, dający Polsce awans, gdy Grzegorz Lato podał piłkę do Jana Domarskiego, uchodzącego bardziej za rzemieślnika niż gwiazdora. W pierwszym meczu z Anglią nie zagrał w wyjściowym składzie, tylko zmienił kontuzjowanego Lubańskiego, teraz również go zastępował. Złożył się do strzału, ale piłka… zeszła mu z nogi. Właśnie to zmyliło Petera Shiltona, uchodzącego za jednego z napewniejszych bramkarzy świata. Szowinistyczne trybuny Wembley umilkły na chwilę. Polska objęła prowadzenie. 


Nawet gdy z rzutu karnego za faul Adama Musiała wyrównał Allan Clarke – Tomaszewski dokonywał cudów zręczności, za sprawą których nazwano go „człowiekiem, który zatrzymał Anglię”. Wynik 1:1 dał awans piłkarzom Kazimierza Górskiego.


Tradycja zwycięskich remisów 

Jakieś fatum prześladowało bohaterów kwalifikacji z Anglią: o perypetiach Lubańskiego z łękotką była już mowa. Zaś strzelec złotej bramki na Wembley Domarski przed finałami był w słabszej formie, więc Kazimierz Górski wprawdzie za zasługi go na turniej zabrał, ale w pierwszej jedenastce wystawił Szarmacha. Ze znanym już skutkiem. Geniusz z Zabrza został drugim po Lacie snajperem turnieju.


Fatum zdobywców goli w meczach z Anglią rozciąga się również na Jana Banasia. Wcześniej, jak to się mówiło, sobie nagrabił. Nie wrócił z meczu w Niemczech, pragnął tam grać za wymienialne marki: euro, którymi dziś PZPN pasie Sousę, jeszcze wtedy nie było. Gdy wreszcie Banaś pojawił się w kraju, dano mu szansę. Zagrał z Anglią, bo władza widziała szansę własnej promocji przez sport. Pozbawiono go jednak gola, którego strzelił, zanim jeszcze Lubański ograł Moore’a i przesądził o losach meczu. „Trybuna Ludu” podała a statystycy futbolu uznali, że prowadzenie zapewnił nam Robert Gadocha, zresztą zawodnik wielkiego formatu. Kibice wprawdzie widzieli co innego, ale w futbolu czasem tak bywa: piłka od jednego się odbije, o drugiego otrze. Do Niemiec zamiast Banasia pojechał Lato, który w Chorzowie z Anglią nie zagrał, a przebieg turnieju i siedem bramek zdobytych przez giganta z Mielca w siedmiu meczach w tym rozstrzygająca bo jedyna w starciu o trzecie miejsce z Brazylią, pokazały, że decyzja Kazimierza Górskiego była słuszna. Zaś Banaś na pociechę po 40 latach stał się bohaterem filmu Jana Kidawy-Błońskiego („Gwiazdy”). 


Jeśli zaś wrócić do Wembley, to zapoczątkowało ono wspaniałą tradycję „zwycięskich remisów” w polskiej piłce.


Przed ostatnim eliminacyjnym meczem z Portugalią w Chorzowie, w 1977 r. do wyjazdu w roku następnym na finały w Argentynie wystarczył nam remis. Całkiem jak teraz przed grą z Węgrami do rozstawienia w barażach. Tyle, że wtedy Jacek Gmoch, inaczej niż obecnie Sousa, desygnował go gry najlepszych. Nie miał lekko Kazimierz Deyna. Każde jego dojście do piłki śląska publiczność kwitowała gwizdami. Warszawska Legia, w której grał w lidze, kochana w Warszawie (z wyjątkiem fanów konkurencyjnej milicyjnej Gwardii) znienawidzona była w reszcie kraju, bo jako klub wojskowy zmuszała zawodników w wieku poborowym, by ją reprezentowali, a kibice ich macierzystych drużyn czuli się przez to okradzeni.


Kapitan reprezentacji Kazimierz Deyna presję jednak wytrzymał. Strzelił gola bezpośrednio z rzutu rożnego, co w futbolu stanowi rzadką i wirtuozerską sztukę. To dzięki niemu pojechaliśmy do Argentyny, bo Portugalczycy później za sprawą Manuela Fernandesa wyrównali. Po zwycięskim remisie w eliminacjach przywieźliśmy już z finałów piąte miejsce. Miarą ówczesnych ambicji pozostaje fakt, że kibice uznali je za porażkę, a Gmoch musiał odejść. Dziś wiele byśmy dali za piątą lokatę w świecie.


Nawet Wembley ani gol Deyny z kornera, co otworzył nam drogę do Argentyny, nie dają się pod względem dramaturgii porównać z kolejnym zwycięskim remisem.


Był czerwiec 1982 r. W kraju obowiązywał stan wojenny. A my graliśmy o wejście do czwórki najlepszych Mistrzostw Świata w Hiszpanii ze Związkiem Radzieckim. Na turnieju byliśmy jedyną drużyną, która przedtem nie rozegrała ani jednego meczu towarzyskiego. Kraje zachodnie odmawiały, bo bojkotowały juntę Wojciecha Jaruzelskiego. Zaś socjalistyczne obawiały się prosolidarnościowych demonstracji na trybunach. I tak właśnie pojechaliśmy od razu grać o punkty. 


Wcześniej Zbigniew Boniek strzelił Belgom trzy bramki, co podobnie jak gol z kornera Deyny daje w futbolu wyjątkową nobilitację i zdarza się rzadko. Ponieważ zawodnicy radzieccy z belgijskimi tylko zremisowali – nam do awansu wystarczył remis. I taki właśnie wynik osiągnięto na boisku. Zanim jednak sędzia zagwizdał tam po raz ostatni, na trybunach rozkwitły transparenty Solidarności, w kraju zakazanej. Trzymali je polscy emigranci a widział w relacjach telewizyjnych cały świat. Polska kibicowałą, w moim ówczesnym Liceum Batorego dyrektorka Teresa Garncarzyk, chociaż partyjna, w patriotycznym odruchu zarządziła, że nauczycielom nie wolno odpytywać nas na stopnie w dzień po meczu. 


Smutne, że Zbigniew Boniek, który wtedy dostarczył Polakom tyle radości, teraz jako odchodzący już ze stanowiska prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej obciążył swoje sumienie fatalną umową z Sousą. Drogim trenerem, który nie był w stanie zapewnić drużynie kolejnego w historii zwycięskiego remisu – z niewysoko przecież notowanymi Węgrami. 


Zamiast premii dymisja czyli zero sprawiedliwości


Portugalski szkoleniowiec w ogóle nie powinien objąć funkcji selekcjonera naszej reprezentacji narodowej.


Trener Jerzy Brzęczek wygrał z drużyną eliminacje do Mistrzostw Europy, realizując tym samym postawiony mu przez działaczy cel. W swojej grupie zajęliśmy pierwsze miejsce, wyprzedzając Austrię a także kilka zespołów z którymi zdarzyło nam się przegrywać jak Słowenia i Łotwa – tej ostatniej ulegliśmy wcześniej na własnym boisku, gdy selekcjonerem naszej reprezentacji był… Zbigniew Boniek.


Strach podejrzewać, że jako prezes kierował się zawiścią. Jednak fakty są znane i bulwersujące.


Oto zamiast premii za uzyskany w pięknym stylu awans (wyliczmy: osiem zwycięstw w eliminacjach, po jednym remisie i porażce) zwycięski Brzęczek otrzymał… dymisję. Zastąpił go Sousa.


Biurokraci z PZPN głęboko zranili serca kibiców. Brzęczek znany jest bowiem nie tylko jako autor awansu na Euro i skuteczny szkoleniowiec. To dzięki niemu wyszedł na ludzi Jakub Błaszczykowski, nad którym po strasznej i ponurej tragedii rodzinnej (ojciec Kuby zabił jego mamę) właśnie wujek Jerzy Brzęczek roztoczył opiekę, był dla chłopaka i trenerem i przybranym ojcem. Historia jak z filmu, tyle, ze zdarzyła się naprawdę.


Bohaterowie są zmęczeni? A może patriotyzmu za mało…


Gdy poprzednik Bońka w fotelu prezesa PZPN, również bohater mundiali Lato zachwalał „polską myśl szkoleniową” – wiele mediów w tym „Gazeta Wyborcza” wykpiwało go za to niemiłosiernie.


Nie da się jednak zaprzeczyć, że dokładnie wszystkie sukcesy w dziejach polskiej piłki odnosiliśmy dzięki trenerom z kraju.


Kazimierz Górski doprowadził reprezentację do złotego medalu olimpijskiego (w praktyce były to mistrzostwa państw socjalistycznych, bo to ich piłkarze byli oficjalnie amatorami, ale finałowe zwycięstwo… nad Węgrami miało swoją wagę) oraz trzeciego miejsca na Mistrzostwach Świata w RFN w 1974.


Jacek Gmoch poprowadził drużynę do piątego miejsca na mundialu w Argentynie (1978 r.).


Za Antoniego Piechniczka ponownie, w trudniejszych warunkach stanu wojennego, zdobyliśmy w Hiszpanii (1982 r.) trzecie miejsce w świecie. Za sukces trzeba uznać też wyjście z grupy i miejsce w szesnastce najlepszych w Meksyku (1986 r), co temu samemu trenerowi zawdzięczamy. Później przez 16 lat nie było nas na mundialach, zaś gdy wreszcie na nie wracaliśmy – to kończyliśmy udział w pierwszej fazie.


Ostatni medal polskich piłkarzy, srebrny olimpijski z Barcelony (1992 r.), zawdzięczamy też krajowemu trenerowi Januszowi Wójcikowi. 


Zaś gdy reprezantację objął swego czasu remonowany holenderski selekcjoner Leo Beenhakker – w ślad za marketingiem nie poszły sukcesy na murawie. I też jak Sousie trzeba mu było wielkie pieniądze wypłacić. Nie wiadomo, za co.


Nie ma więc podstaw, by drwić z polskiej myśli szkoleniowej. Ostatni sukces reprezentacji, miejsce w ósemce najlepszych na Euro 2016 też osiągnął polski trener Adam Nawałka, a przeszliśmy tym m.in. Szwajcarię, która teraz do Mistrzostw Świata awansowała bezpośrednio bez konieczności rozgrywania baraży.  


Niestety, problem mamy również z tym, który jak niegdyś Tomaszewski i Lubański, Deyna, Lato, Szarmach i Boniek – dostarczył nam pozytywnych emocji. Został też wybrany najlepszym piłkarzem świata, a takiego zaszczytu nie dostąpili trzeci w plebiscycie „France Football” Deyna (1974 r.) i Boniek (1982 r.). Mowa oczywiście o Robercie Lewandowskim.


Wersja, że absencja najlepszego gracza stanowiła efekt „wspólnej decyzji” gwiazdora Lewandowskiego i selekcjonera Sousy, czy wręcz takie rozwiązanie przyjęto z inicjatywy piłkarza – wymaga wyjaśnienia. Nie ze względu na trenera z Portugalii, który – wszystko na to wskazuje – okazał się szarlatanem. Niech się stąd zabiera jak najszybciej, szkoda, że z tak sutą odprawą. Bo kształt umowy prezesa Bońka z marnym trenerem Sousą zasługuje na jedno tylko porównanie: z dwoma miliardami złotych, przeznaczanymi corocznie z podatniczych zasobów na TVP w zamian za dyspozycyjność wobec władzy. Taki sam skandal.


Za to Lewandowski z nami zostaje: nieważne, że klub ma w Monachium, a główne pieniądze zarabia w Bayernie, chociaż w licznych reklamach na użytek krajowych stacji telewizyjnych za darmo przecież nie występuje.


Niedawno Robert Lewandowski otrzymał z rąk prezydenta Andrzeja Dudy wysokie odznaczenie państwowe: Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski. Dla milionów Polaków pozostaje idolem. Dla młodych wzorem do naśladowania. W oczach innych celebrytą, którego rodzina, posiadłość, znajomi a nawet samochód, jakim jeździ mają dla innych znaczenie. Niech zachowuje się tak, żebyśmy mogli być z niego dumni bez zastrzeżeń. Jak niegdyś z piłkarzy Kazimierza Górskiego i Antoniego Piechniczka, co dawali nam radość i wytchnienie w trudnych czasach.


Nie wszyscy pamiętają, że spontaniczne pochody Polaków z biało-czerwonymi flagami zaczęły się nie od wyboru Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową w 1978 r, jego pielgrzymki do Ojczyzny w kolejnym roku ani powstania pierwszej Solidarności w jeszcze kolejnym: początek tym patriotycznym przemarszom dał zwycięski remis na Wembley w 1973 r, a później zwycięstwa piłkarzy na Mistrzostwach Świata w RFN (1974 r.), pobudzające dumę narodową. 


Dlatego Robert Lewandowski nie może nam teraz po prostu powiedzieć, że ważniejszy był dla niego mecz Bundesligi ze słabym zresztą, bo szesnastym w jej tabeli Augsburgiem. Albo że nie wiedział, że wynik spotkania z Węgrami zaważy na dalszych losach reprezentacji narodowej, która akurat – cóż za zezowate szczeście – obchodzi swoie stulecie, słusznie uznawane za jubileusz futbolu w naszym kraju.  


Łukasz Perzyna – dziennikarz PNP 24.PL, „Opinii” oraz „Samorządności” i portalu wio.waw.pl. Autor filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz jedenastu książek o polityce i historii najnowszej, w tym biografii Andrzeja Ostoi-Owsianego. Pracował dla wydawanej poza cenzurą prasy KPN („Orzeł Biały”) i Regionu Świętokrzyskiego Solidarności („Nurt”, „Ulotka Świętokrzyska”), a w nowej Polsce w „Obserwatorze” i „Wiadomościach TVP” oraz „Gazecie Wyborczej”, „Obserwatorze Codziennym”, „Sztandarze”, „Życiu” i kwartalniku „InGreen”. Absolwent warszawskiego Liceum Batorego i polonistyki UW, studiował również dziennikarstwo.


Email

kontakt@gruszka.com


Telefon

+48 512 239 167


Zastrzeżenie Dotyczące Strony Internetowej

Informacje zawarte na tej stronie służą wyłącznie do ogólnych celów informacyjnych. Informacje są dostarczane przez Grupę Medialną Gruszka i chociaż dokładamy wszelkich starań, aby informacje były aktualne i prawidłowe, nie składamy żadnych oświadczeń ani gwarancji, wyraźnych ani dorozumianych, co do kompletności, dokładności, rzetelności, przydatności lub dostępności w odniesieniu do strony internetowej lub informacji, produktów, usług lub powiązanej grafiki zawartej na stronie internetowej w dowolnym celu. W związku z tym polegasz na takich informacjach wyłącznie na własne ryzyko.

W żadnym wypadku nie będziemy ponosić odpowiedzialności za jakiekolwiek straty lub szkody, w tym między innymi za straty lub szkody pośrednie lub wtórne lub jakiekolwiek straty lub szkody wynikające z utraty danych lub zysków wynikających z lub w związku z korzystaniem z tej witryny .

Za pośrednictwem tej witryny możesz otworzyć linki do innych witryn, które nie są pod kontrolą Grupy Medialnej Gruszka. Nie mamy kontroli nad charakterem, treścią i dostępnością tych witryn. Umieszczenie jakichkolwiek linków nie musi oznaczać rekomendacji ani poparcia wyrażanych w nich poglądów.

Dokładamy wszelkich starań, aby strona internetowa działała sprawnie. Jednakże Grupa Medialna Gruszka nie ponosi odpowiedzialności i nie będzie ponosić odpowiedzialności za czasową niedostępność serwisu z powodu problemów technicznych.

Zastrzeżenie Dotyczące Strony Internetowej

Informacje zawarte na tej stronie służą wyłącznie do ogólnych celów informacyjnych. Informacje są dostarczane przez Grupę Medialną Gruszka i chociaż dokładamy wszelkich starań, aby informacje były aktualne i prawidłowe, nie składamy żadnych oświadczeń ani gwarancji, wyraźnych ani dorozumianych, co do kompletności, dokładności, rzetelności, przydatności lub dostępności w odniesieniu do strony internetowej lub informacji, produktów, usług lub powiązanej grafiki zawartej na stronie internetowej w dowolnym celu. W związku z tym polegasz na takich informacjach wyłącznie na własne ryzyko.

W żadnym wypadku nie będziemy ponosić odpowiedzialności za jakiekolwiek straty lub szkody, w tym między innymi za straty lub szkody pośrednie lub wtórne lub jakiekolwiek straty lub szkody wynikające z utraty danych lub zysków wynikających z lub w związku z korzystaniem z tej witryny .

Za pośrednictwem tej witryny możesz otworzyć linki do innych witryn, które nie są pod kontrolą Grupy Medialnej Gruszka. Nie mamy kontroli nad charakterem, treścią i dostępnością tych witryn. Umieszczenie jakichkolwiek linków nie musi oznaczać rekomendacji ani poparcia wyrażanych w nich poglądów.

Dokładamy wszelkich starań, aby strona internetowa działała sprawnie. Jednakże Grupa Medialna Gruszka nie ponosi odpowiedzialności i nie będzie ponosić odpowiedzialności za czasową niedostępność serwisu z powodu problemów technicznych.