Awantura w “Wyborczej”

Czyli koniec legendy 

Łukasz Perzyna 


Jeszcze przed 20 laty założyciele “Gazety Wyborczej” publicznie cieszyli się z upadku konkurencyjnego “Życia”. Teraz jedyny w Polsce profesjonalny dziennik prasowy sam znalazł na rozdrożu. Spór dzieli tych, których całkiem niedawno ogłaszano autorami jednego z największych sukcesów nie tylko medialnych ale i biznesowych nowej Polski. Po jednej stronie znaleźli się redaktor naczelny Adam Michnik i jego zastępca Jarosław Kurski, po drugiej zaś Helena Łuczywo i Wanda Rapaczyńska.


Istota podziału maskowana jest korporacyjną z jednej zaś etosową z drugiej strony retoryką, ale nikt już nie tai, że on istnieje. Najpierw redaktorzy z “Wyborczej” sprzeciwiali się pomysłom zarządzających spółką “Agora”, która ją wydaje, łączenia segmentu dziennikarskiego z popularnym “contentem” sieciowym. Później ci drudzy zwolnili z pracy Jerzego Wójcika, który przedtem, kosztem licznych zwolnień, walczył o opłacalność redakcji. Ta zresztą stanowi ledwie 13 procent agorowego biznesu. Na ten ostatni składają się m.in. kina, które z oczywistych względów w pandemii a zwłaszcza okresie lockdownu zarobić nie mogły. W odpowiedzi na ruch zarządu, decyzją Michnika dopiero co wyrzucony z pracy Wójcik powołany został na stanowisko zastępcy redaktora naczelnego “Wyborczej” (będzie jedną z siedmiu osób tę funkcję pełniących). Trwa wymiana pryncypialnych, bo odwołujących się do dawnej wspólnoty ideowej listów i suchych, pisanych wypranym z emocji korporacyjnym językiem oświadczeń. Prezes spółki Agora Bartosz Hojka, chociaż w porównaniu z Michnikiem czy starszym z braci Kurskich to “no name”, podobnie jak inni członkowie zarządu – nie stoi wcale na straconej pozycji. Wspiera go bowiem z całą pewnością Wanda Rapaczyńska i z największym prawdopodobieństwem Helena Łuczywo, faktyczna twórczyni dawnej potęgi firmy, bo Michnik szczegółami logistyki nigdy się nie zajmował.


Nie chodzi wyłącznie o Wójcika ani nawet wewnętrzną organizację, lecz o strategię w coraz trudniejszej dla prasy drukowanej rzeczywistości. Strona reprezentowana przez członków zarządu opowiada się za bardziej pragmatycznym podejściem do obecnej władzy, co powinno skutkować odzyskaniem reklam wielkich spółek Skarbu Państwa. Uważają, że kurs na front odmowy kłóci się z racjami biznesowymi i utrudnia rozwój. Nie da się ukryć, że obok dominującego jak w każdej wielkiej spółce aspektu finansowego oraz walki o wpływy w grę wchodzi też kwestia sukcesji: ster “Wyborczej” ale i “Agory” niezależnie od oficjalnej listy jej władz trzyma bowiem pokolenie 1968 roku. Sam Michnik ma 75 lat.     


Samo upublicznienie konfliktu stanowi przejaw jego eskalacji. Do tej pory środowisko “Gazety Wyborczej” i wydającej ją spółki Agora przez ponad trzydzieści lat transformacji ustrojowej w Polsce zawsze występowały na zewnątrz jako jednolite i zwarte. Nie tylko ich przeciwnikom zdarzało się mówić wręcz o sekcie z Czerskiej – bo przy tej ulicy na warszawskim Dolnym Mokotowie ma siedzibę najbardziej wpływowa w Polsce gazeta. Wcześniej mieściła się skromnie w dawnym żłobku na Iwickiej, co miało też wymiar symbolu. Stały tam tace z kanapkami, z których każdy mógł sobie brać i baniaki z kawą. “Gazeta..” pojawiła się w kioskach 8 maja 1989 r. na mocy porozumień okrągłego stołu, gwarantujących opozycji prawo wydawania trafiającego do kiosków dziennika. Pierwsze egzemplarze wożono jeszcze do cenzury, chociaż ta już rzadko ingerowała. Po zwycięskich dla Komitetu Obywatelskiego wyborach z 4 czerwca 1989 r. sytuacja uległa jakościowej zmianie. Już w lipcu redaktor naczelny Adam Michnik ogłosił w “GW” tekst “Wasz prezydent, nasz premier”, na co Tadeusz Mazowiecki zareplikował polemicznym “Spiesz się powoli” w “Tygodniku Solidarność”, co nie przeszkodziło mu po kolejnych paru tygodniach… tym premierem właśnie zostać. Zaś “Gazeta…” zachowując tytuł, który wydawał się przypisany do klimatu kampanii przed czerwcowymi wyborami, stała się jednym z głównych graczy nie tylko w polskich mediach ale życiu publicznym. O współrządzącej później Unii Demokratycznej – Unii Wolności mawiano nawet, że to partia “Gazety Wyborczej”.


W pierwszych latach transformacji “Gazeta”, chociaż znaczek Solidarności przy winiecie zamieszczająca tylko w pierwszym roku istnienia – w “wojnie na górze” i pierwszych powszechnych wyborach prezydenckich w 1990 r. poparła bowiem Mazowieckiego przeciwko urzędującemu przewodniczącemu związku Lechowi Wałęsie, aby później do tego drugiego wrócić, spanikowana popularnością Stanisława Tymińskiego – chociaż przez polityków chętnie “wybiórczą” przezywana, cieszyła się imponującym kapitałem społecznym.


Latem tego samego 1990 r. dowiedzieliśmy się – bo w “Gazecie” wówczas pracowałem – że po Bieszczadach grasuje osobnik, podający się za dziennikarza “Wyborczej”. Odwiedzał plebanie, wypytywał proboszczów o ich pracę duszpasterską, wiele przy tym notował, a jak łatwo się domyślić, jadł, pił i spał na tych parafiach za darmo. Dopiero po jakimś czasie zaniepokojeni, że reportaż się nie ukazał, księża zaczęli wydzwaniać z ponagleniami na Iwicką, gdzie nikt o sprawie nie wiedział. Nie było nam dane poznać bohatera tej współczesnej “Podróży za jeden uśmiech” pewne pozostawało tylko, że znalazł znakomity pomysł na darmowe wakacje.


Jeszcze wcześniej w marcu 1990 r. tropiąc aferę budowlaną pojechałem do podwarszawskiego Konstancina. Szukając punktu zaczepienia, zadzwoniłem do furtki pierwszej z brzegu willi. Gdy przedstawiłem się, że jestem dziennikarzem “Gazety Wyborczej” właścicielka nie pytając nawet o legitymację zaprosiła mnie do środka i zostawiła samego w salonie – bo poszła zrobić kawę – gdzie jak się szybko zorientowałem każdy z obrazów na ścianie wart był więcej, niż warszawskie mieszkania wielu moich znajomych. A jak dobrze pamiętamy, nie było wtedy w Polsce najbezpieczniej, bo milicjanci zajmowali się intensywnie nie ganianiem przestępców, lecz pospiesznym przemalowywaniem służbowych polonezów i dużych fiatów na policyjne.   


Gdy wiosną 1990 r. odbywały się pierwsze w Polsce wolne wybory bez kontraktu – samorządowe, zadzwoniłem do Komitetu Obywatelskiego, że pojawię się na ich kampanijnym spotkaniu w podwarszawskich Laskach. Ku mojemu zdumieniu, prowadzący zebranie szef lokalnej struktury powitał ceremonialnie “gościa z Warszawy Stefana Bratkowskiego oraz redaktora Łukasza Perzynę z Gazety Wyborczej” na co sala z kilkusetosobową publicznością zareagowała burzliwymi oklaskami – mnie zaś pozostało wstać i ładnie się ukłonić. A miałem wtedy 25 lat.


Wiele trudu trzeba było sobie zadać, żeby wspomniany kapitał społeczny roztrwonić, utopić go w nieczytelnym w znacznej mierze dla opinii publicznej konflikcie. 


Ale to nie polityka stworzyła ramy obecnego sporu, nabrzmiewającego przez lata.      


Biznes i etos w jednym stały domu. I nigdy się nie kochały. Zwłaszcza, że ten pierwszy nigdy nie był rynkowy i kapitalistyczny: świadczą o tym problemy “Gazety Wyborczej” i spółki Agora przez ostatnich sześć lat, kiedy pozbawione zostały reklam z obozu władzy. A ten drugi nie od dziś zawierał w sobie sporo fałszu: bo ciężko pisać przy winiecie “nam nie jest wszystko jedno” i zarazem ogłaszać Czesława Kiszczaka człowiekiem honoru. 


“Gazeta Wyborcza” pozostaje jedynym profesjonalnie redagowanym dziennikiem na polskim rynku prasowym. Cała reszta wykruszyła się dawno: “Życie” padło ofiarą wrogiego przejęcia, “Rzeczpospolita” pod wpływem zmiennych kolei losu stała się najnudniejszą zapewne gazetą Europy Środkowo-Wschodniej.  W “Wyborczej” pracuje najwybitniejszy demaskator afer Wojciech Czuchnowski, wnikliwa w politycznych komentarzach Justyna Dobrosz-Oracz czy mający własne zdanie Paweł Wroński. Ale też wbrew etosowemu slangowi stała się “Gazeta” narzędziem dla misjonarek typu Ewy Milewicz, ogłaszających bojkot osób o odmiennych poglądach, czy hejterek pokroju Agnieszki Kublik posługujących się pomówieniami i zaczepkami, by wszystko co inne niż na Czerskiej zwalczać. Swego czasu z artykułu Kublik dowiedziałem się, że mam zostać rzecznikiem rządu Jerzego Buzka, chociaż w mazurskich Mierkach, gdzie na wyjazdowych posiedzeniach Akcja Wyborcza Solidarność rozdzielała stanowiska nawet wróble o tym nie ćwierkały. Ale dla mającej potencjał raczej w żółci niż w dobrym piórze red. Kublik wymysł ten stał się okazją do insynuacji, że tekstów o rządzie w “Życiu” nie pisuję bezinteresownie.


Otwarte obrzydzenie ogarniało, gdy po ujawnieniu, że Lesław Maleszka donosił na kolegów z opozycji w tym zamordowanego krakowskiego studenta polonistyki Stanisława Pyjasa, pozostawiono go na łaskawym chlebie w redakcji, aż do momentu, gdy postanowił wystąpić jako gwiazda w jednym z filmów, gdzie na ekranie demonstrował, jak gazetę przez telefon reaguje: dopiero wówczas bossowie spółki Agora uznali, że zbytnio obciąża wizerunek firmy i pozbyli się faceta po przejściach błyskawicznie.


Z reguły jednak na medialny obraz “Wyborcza” nie miała powodu się uskarżać. Na dziesięciolecie “Gazety” postkomunistyczna TVP Roberta Kwiatkowskiego nadała film dokumentalny, jak to najpierw żołnierze zostają bohaterami reportażu, a następnego dnia rano ustawiają się w kolejce do kiosku po “Wyborczą” – całkiem jak w socjalistycznym produkcyjniaku z lat bierutowskich. Dlatego też, gdy atakowałem w “Życiu” telewizję Kwiatkowskiego za stronniczość, wzmiankowana już Kublik przekonywała o jej obiektywizmie, podpierając się nawet jakimiś sondażami. Aż wreszcie przyszedł Lew Rywin do Adama Michnika z niegodziwą korupcyjną propozycją, a ten drugi zaczekał z ujawnieniem jej prawie pół roku, wedle oficjalnej wykładni nie chcąc szkodzić przyjmowaniu Polski do Unii Europejskiej.


Gdy zamykano konkurencyjne “Życie”, zlikwidowane za sprawą wspólnej intrygi liberałów i zaplecza pisowskiego, jeden z założycieli “Gazety Wyborczej” Grzegorz Lindenberg wbrew etyce zawodowej nie tylko publicznie się z tego cieszył w studiu telewizyjnym, ale jeszcze dziwił się, że pismo Tomasza Wołka przetrwało aż tak długo.    


Monopol prowadzi jednak do nieuchronnej demoralizacji monopolisty. Za sprawą związanego z nim rozpasania na Czerskiej zatriumfowało przekonanie, że skoro ma się rację, nie trzeba tego udowadniać. Do czytelnika przemawiano z pozycji mentorskich. Jeśli nie rozumie, niech się dokształci. Wiele uwagi poświęcała “Wyborcza” promowaniu wszelkich odmienności i dziwactw. Rzadko za to zajmowała się problemami Polski lokalnej i regionalnej, niesprawiedliwie stygmatyzowanej jako “Polska B”. Każda “równościowa” inicjatywa mogła liczyć na jej wsparcie. Zdawkowo za to traktowano niedawne obie afery z udziałem ludzi siostrzanej TVN – celebrycką z zaszczepieniem się poza kolejnością m.in. założyciela tej stacji Mariusza Waltera oraz jej dyrektora programowego Edwarda Miszczaka jak również mailową z podpowiadaniem po godzinach przez gwiazdora Krzysztofa Skórzyńskiego pisowskiemu szefowi Kancelarii Premiera Michałowi Dworczykowi gotowych rozwiązań marketingowych. Niewiele dało się w “Wyborczej” przeczytać o brataniu się przy kielichu Borysa Budki i Tomasza Siemoniaka z PO-KO z pisowskimi politykami Markiem Suskim i Łukaszem Szumowskim. To wierzchołek góry lodowej. Efekt rysującej się od lat tendencji.   


Szeregi czytelników topniały. Chlubienie się ponad 200 tys prenumerat sieciowych nie zmienia faktu, że papierowe wydanie “Gazety Wyborczej”, które na początku transformacji kupowało pół miliona ludzi znajduje dziś ledwie 55 tys czytelników (dane za czerwiec br). To jak porównanie Gdańska z Legionowem. Mówi samo za siebie. Dziś to Tomasz Wołek na emeryturze, oglądając swoje ulubione mecze, pośmiać się może z Adama Michnika.  


Łukasz Perzyna – dziennikarz PNP 24.PL, “Opinii” oraz “Samorządności” i portalu wio.waw.pl.  Autor filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz jedenastu książek o polityce i historii najnowszej, w tym biografii Andrzeja Ostoi-Owsianego. Pracował dla wydawanej poza cenzurą prasy KPN (“Orzeł Biały”) i Regionu Świętokrzyskiego Solidarności (“Nurt”, “Ulotka Świętokrzyska”), a w nowej Polsce w “Obserwatorze” i “Wiadomościach TVP” oraz “Gazecie Wyborczej”, “Obserwatorze Codziennym”, “Sztandarze”, “Życiu” i kwartalniku “InGreen”. Absolwent warszawskiego Liceum Batorego i polonistyki UW, ukończył dziennikarstwo na UW.


Email

kontakt@gruszka.com


Telefon

+48 512 239 167


Zastrzeżenie Dotyczące Strony Internetowej

Informacje zawarte na tej stronie służą wyłącznie do ogólnych celów informacyjnych. Informacje są dostarczane przez Grupę Medialną Gruszka i chociaż dokładamy wszelkich starań, aby informacje były aktualne i prawidłowe, nie składamy żadnych oświadczeń ani gwarancji, wyraźnych ani dorozumianych, co do kompletności, dokładności, rzetelności, przydatności lub dostępności w odniesieniu do strony internetowej lub informacji, produktów, usług lub powiązanej grafiki zawartej na stronie internetowej w dowolnym celu. W związku z tym polegasz na takich informacjach wyłącznie na własne ryzyko.

W żadnym wypadku nie będziemy ponosić odpowiedzialności za jakiekolwiek straty lub szkody, w tym między innymi za straty lub szkody pośrednie lub wtórne lub jakiekolwiek straty lub szkody wynikające z utraty danych lub zysków wynikających z lub w związku z korzystaniem z tej witryny .

Za pośrednictwem tej witryny możesz otworzyć linki do innych witryn, które nie są pod kontrolą Grupy Medialnej Gruszka. Nie mamy kontroli nad charakterem, treścią i dostępnością tych witryn. Umieszczenie jakichkolwiek linków nie musi oznaczać rekomendacji ani poparcia wyrażanych w nich poglądów.

Dokładamy wszelkich starań, aby strona internetowa działała sprawnie. Jednakże Grupa Medialna Gruszka nie ponosi odpowiedzialności i nie będzie ponosić odpowiedzialności za czasową niedostępność serwisu z powodu problemów technicznych.

Zastrzeżenie Dotyczące Strony Internetowej

Informacje zawarte na tej stronie służą wyłącznie do ogólnych celów informacyjnych. Informacje są dostarczane przez Grupę Medialną Gruszka i chociaż dokładamy wszelkich starań, aby informacje były aktualne i prawidłowe, nie składamy żadnych oświadczeń ani gwarancji, wyraźnych ani dorozumianych, co do kompletności, dokładności, rzetelności, przydatności lub dostępności w odniesieniu do strony internetowej lub informacji, produktów, usług lub powiązanej grafiki zawartej na stronie internetowej w dowolnym celu. W związku z tym polegasz na takich informacjach wyłącznie na własne ryzyko.

W żadnym wypadku nie będziemy ponosić odpowiedzialności za jakiekolwiek straty lub szkody, w tym między innymi za straty lub szkody pośrednie lub wtórne lub jakiekolwiek straty lub szkody wynikające z utraty danych lub zysków wynikających z lub w związku z korzystaniem z tej witryny .

Za pośrednictwem tej witryny możesz otworzyć linki do innych witryn, które nie są pod kontrolą Grupy Medialnej Gruszka. Nie mamy kontroli nad charakterem, treścią i dostępnością tych witryn. Umieszczenie jakichkolwiek linków nie musi oznaczać rekomendacji ani poparcia wyrażanych w nich poglądów.

Dokładamy wszelkich starań, aby strona internetowa działała sprawnie. Jednakże Grupa Medialna Gruszka nie ponosi odpowiedzialności i nie będzie ponosić odpowiedzialności za czasową niedostępność serwisu z powodu problemów technicznych.