Grudniowe tematy

czyli wiemy, kto wtedy kogo napadł

Łukasz Perzyna


Gdy na jedenastą rocznicę narzucenia Polakom stanu wojennego realizowałem dla Wiadomości TVP materiał, jak po latach żyją jego autorzy, czułem się zdobywcą i odkrywcą. Wrażenie to nie opuściło mnie aż do momentu emisji tematu w głównym wydaniu o 19,30. Sadzałem przecież przed kamerą ludzi, zaledwie cztery lata wcześniej – był rok 1992 – sprawujących niepodzielną władzę w kraju. Zadawałem im kłopotliwe, ale uprzejme i zgodne z zawodową etyką dziennikarską pytania.


Wojciech Jaruzelski, Czesław Kiszczak i Mieczysław F. Rakowski oraz statystujący tam bardziej Jerzy Urban (ograniczyłem się do pokazania “w obrazku” jak mawia się w telewizyjnym slangu jak zarządza redakcją “Nie”, sprzedającą wtedy rekordowe 700 egzemplarzy co tydzień, bo za sprawą licznych błędów solidarnościowej władzy postawa “komuno wróć” stawała się coraz bardziej powszechna, co znalazło wyraz w wyniku wyborów w kolejnym już roku) – nie okazali się oczywiście jedynymi bohaterami materiału, głos oddałem również Zbigniewowi Romaszewskiemu, który ponieważ przez lata prowadził pomoc dla ofiar represji wydawał się najwłaściwszą osobą, by mówić o cierpieniach osób, które dotknął generalski “wariant siłowy”. 


Chociaż przyszedłem z “Gazety Wyborczej” a dzięki półrocznej wcześniejszej pracy w programie informacyjnym Obserwator zyskałem już doświadczenie telewizyjne, więc dla zasiedziałych politycznych dziennikarzy Wiadomości stanowiłem oczywistą konkurencję i zagrożenie – nikt nie próbował rywalizować ze mną o pracę nad tym tematem. Uchodził za niebezpieczny, bo postsolidarnościowi politycy zżymali się wtedy o pokazywanie na antenie nawet postkomunistycznych posłów i senatorów, a co dopiero dawnych rządzących z PZPR. Za to znakomity szef Wiadomości Karol Małcużyński znany tak z profesjonalizmu jak osobistej odwagi zadbał o optymalne warunki do realizacji tematu, upewniwszy się uprzednio co do bezstronności moich intencji. Nigdy nie miałem też powodu, by skarżyć się na prezesa TVP Janusza Zaorskiego, reżysera wielu wybitnych filmów fabularnych z “Matką Królów” włącznie. 


Gen. Jaruzelski w willi przy Ikara podawał kawę nescę i starał się odegrać rolę męża stanu a nie emerytowanego dyktatora. W pewnym momencie przy szczegółowym pytaniu uchylił się od odpowiedzi, stwierdzając, że może to wiedzieć tylko gen. Kiszczak. Wyraziłem wątpliwość, czy zgodzi się na rozmowę.


– Generał Kiszczak czeka w przedpokoju, jak pan chce, to go poproszę – oznajmił Jaruzelski.


I jak tu nie wierzyć, że autorzy stanu wojennego stanowili zgraną drużynę. Kiszczak rzeczywiście na nagranie przystał, ale nie dokonaliśmy tego oczywiście w willi przy Ikara, tylko jego własnej na Oszczepników, niedaleko popadającego już wtedy w ruinę stadionu milicyjnej Gwardii, kiedyś w dobrych czasach walczącej z Feyenoordem z Rotterdamu o ćwierćfinał piłkarskiego Pucharu UEFA.


Jak wiadomo, był grudzień – więc Kiszczaka indagowałem w jego salonie. Ale widząc łaszącego się jamnika, który sprawiał wrażenie, że chce strasznie wyjść do ogrodu, zaproponowałem jego panu, by dał się sfilmować jak pieska wyprowadza. Generał zgodził się łatwo. Wiadomo, że to wizerunek ociepla. Wtedy w mojego operatora wstąpił jakby diabeł.


– Panie generale, niech się pan teraz nie rusza, przecież mówiłem, że dopiero jak włączę kamerę, czy pan nie słyszy – musztrował byłego ministra spraw wewnętrznych niczym kapral poborowych na placu ćwiczeń.


W ten sposób mój operator, członek telewizyjnej “Solidarności” z lat 1980-81, później zawieszony przez kilka miesięcy w pracy, spełnił po latach swoje życiowe marzenie: przegonić Kiszczaka po spacerniaku, jak tamten przez tyle lat za pośrednictwem swoich podwładnych czynił to z innymi…


U Jerzego Urbana w mieszczącej redakcję “Nie” willi przy Słonecznej przekonałem się, że dawny rzecznik rządu stanu wojennego otacza się zawsze ludźmi dobrze poinformowanymi.


– Dobra szkoła Obserwatora – skomplementował mnie przy powitaniu Piotr Gadzinowski. Gestem dałem znak, że dobrze, by zastępca Urbana przybliżył trochę, o co mu chodzi. 


– Odkąd istniejemy, nie odwiedziła nas jeszcze żadna ekipa telewizyjna – zaznaczył.


Rzeczowo i zgodnie z prawdą powiadomiłem go, że w Wiadomościach pracuję od tygodnia, więc za to nie odpowiadam.


Mieczysław F. Rakowski uważał już wtedy siebie za socjaldemokratę. I odwoływał się do moich odczuć humanistycznych: – Nie użyje pan tego przeciwko mnie? 


W jego wielkim mieszkaniu przy alei Róż wypiliśmy z ekipą kawę – nie neskę i nie z duraleksu, bo wieloletni naczelny “Polityki” pozostawał światowcem i gust miał lepszy niż Jaruzelski. Wiedzieliśmy, że żona byłego wicepremiera, wielka aktorka Elżbieta Kępińska jest w sąsiednim pokoju, jednak nie przyszła się z nami przywitać. Podejrzewałem, że wcześniej długo klarowała mężowi: Mietek, na co tobie teraz ta telewizja.


Zabawna sytuacja powstała z kolei przy okazji nagrania w redakcji “Dziś”, opasłego pisma teoretycznego lewicy, którego Rakowski był naczelnym redaktorem, finansowanego w całości przez Urbana z zysków z brukowego “Nie”. Tenże Urban finansował również operacje na serce dawnego protektora z rządu. Na nagranie umawiałem się pospiesznie, więc sekretarce przez telefon nieopatrznie rzuciłem slangiem telewizyjnym, że chcemy przyjechać “nakręcić tylko obrazki”. Bo wypowiedź z alei Róż już przecież miałem. Po przyjeździe do “Dziś” okazało się, że sumienna sekretarka MFR-a potraktowała moją prośbę dosłownie. Na biurku piętrzył się stos fotografii, przedstawiających jej szefa w towarzystwie potężnych polityków jak kanclerze Niemiec Helmut Schmidt i Austrii Bruno Kreisky bądź celebrytów spośród których rozpoznałem magnata prasowego Roberta Maxwella oraz wdowę po prezydencie USA Jacqueline Kennedy.


Jednak to ci mili, czasem dowcipni, uprzejmi przynajmniej w domowym zaciszu lub we własnym skromnym już biurze panowie – to politycy, którzy decyzją z 13 grudnia 1981 r. zmarnowali Polsce siedem lat jej historii. Inne kraje w tym czasie szły naprzód, nabierały napędu tygrysy azjatyckie, nadrabiały dystans liczne państwa Trzeciego Świata. Hiszpania, jeszcze w czasach frankistowskich stanowiąca skansen ponurej dyktatury, wstępowała wtedy do Unii Europejskiej i dostała organizację olimpiady w Barcelonie. Grecja, piętnaście lat wcześniej rządzona przez podobnie anachroniczną klikę “czarnych pułkowników”, stała się pełnoprawnym członkiem europejskiej wspólnoty. Polsce zaś później przyszło nadrabiać siedem straconych lat. 


Zapaść cywilizacyjna, na jaką naraził nas stan wojenny, nie okazuje się tematem równie ciekawym dla ekspertów i mediów, jak kwestia uwarunkowań tamtej decyzji czy odpowiedzialności prawnej jego autorów. Ta ostatnia została przez biologię rozstrzygnięta: ziemskiej sprawiedliwości uniknęli wszyscy. Za czyny w stanie wojennym skazano na kary więzienia – ze wszechmiar słusznie – kapitana Andrzeja Augustyna, który w październiku 1982 r. podczas demonstracji w Nowej Hucie zastrzelił dwudziestoletniego robotnika Bogdana Włosika oraz zomowców, masakrujących górników z Kopalni Wujek. Przy każdej rocznicy stanu wojennego warto powracać do dramatu tych ostatnich. Przy każdym bowiem z krwawych konfliktów społecznych, jakie towarzyszyły od początku wprowadzaniu komunizmu w Polsce, władza znajdowała dogodne wytłumaczenia dla użycia przemocy. Leśni czy “żołnierze wyklęci” w PRL długo nazywani bandami sami przecież stosowali przemoc i rekwizycje wobec ludności cywilnej. W Poznaniu wprawdzie władza strzelała do robotników Cegielskiego, a wśród zamordowanych znalazł się też trzynastolatek Roman Strzałkowski, ale jednak demonstranci też zlinczowali rozpoznanego na dworcu głównym kaprala Izdebnego z urzędu bezpieczeństwa. W grudniu 1970 r. do stoczniowców strzelały milicja i wojsko, ale tłum rozszarpał na sztuki trzech milicjantów, czego nie tają też solidarnościowe relacje. Wreszcie w 1976 r. robotnicy Radomia zanim z bezprzykładną brutalnością przepędzano ich przez ścieżki zdrowia jak przez analogię z modnymi wtedy osiedlowymi torami przeszkód nazywano szpalery bijących milicjantów – podpalili komitet, chociaż uczynili to sprowokowani widokiem w bufecie wędlin niedostępnych wtedy w sklepach ani stołówkach pracowniczych oraz zwiedzeni obietnicą negocjacji, których niedoszli uczestnicy z sekretarzem komitetu wojewódzkiego na czele uciekli zawczasu tylnym wyjściem, bojąc się klasy, przez siebie w przemówieniach wciąż zwanej przodującą.


W przypadku masakry w Kopalni Wujek dokonanej przez funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa 16 grudnia 1981 r.  tamta logika całkowicie zawodzi. Górnicy zareagowali strajkiem na zatrzymanie przewodniczącego ich Komisji Zakładowej Solidarności Jana Ludwiczaka, czemu towarzyszyło wywalenie siłą drzwi, zdemolowanie mieszkania oraz pobicie sąsiadów i kolegów gospodarza, próbujących powstrzymać czy choćby mitygować stosujących przemoc zomowców. 


Górnicy z Wujka upomnieli się o przewodniczącego, którego wcześniej sobie wybrali, żeby ich reprezentował. 


Nie byli też – wbrew legendom, ochoczo rozsiewanym przez tych, którzy nie mogąc zbrodni komunistów w Wujku zatuszować starają się ją przynajmniej zrelatywizować – przygotowani na żadne czwarte powstanie śląskie. Pręty stalowe i styliska od kilofów przygotowano, bo wiedziano, co przedtem milicja i wojsko wyprawiały w innych kopalniach, choćby w Manifeście Lipcowym w Jastrzębiu dzień wcześniej. Na Śląsku ludzie zwykle mieszkają daleko od siebie, kopalniane osiedla mieszkaniowe są rozrzucone, ale wiadomości rozchodzą się błyskawicznie: nawet jak wtedy przy powyłączanych telefonach i intensywnie zagłuszanej Wolnej Europie.


O intencjach górników z Wujka najlepiej mówi fakt, że gdy w trakcie walki wręcz ze szturmującymi ich kopalnię oddziałami – obezwładnili trzech milicjantów z oddziałów szturmowych w tym majora, to pomimo dzikiej brutalności jaką tamci wcześniej się wykazali, wypuścili ich na wolność. Podobnie oddali przechwycony pistolet maszynowy. Nie było zresztą innego pomysłu.  


Dziś, gdy zwapniałe a więc nie mogące wytłumaczyć się dziecięcym wtedy wiekiem celebrytki obrażają się, że na granicy białoruskiej polska straż używa armatek wodnych dla poskramiania agresywnych imigrantów, bo przecież kto im potem na zimnie ubrania wysuszy – spytać można, gdzie one były, kiedy przy kilkunastostopniowym mrozie zomowcy z innych armatek wodnych polewali zgromadzone przed kopalnią żony górników. Dlaczego wtedy nie protestowały.           


W Kopalni Wujek górnicy bronili swojego zakładu, miejsca pracy, czuli się tam u siebie, wiedzieli, że milicjanci i wojskowi są tam intruzami. Czołgi niszczyły kopalniany mur, czyniąc w nim wyrwę, by mogło przez nią wejść ZOMO. Czas porzucić bezsensowny mit o rzekomo czystych rękach wojska po 13 grudnia 1981 r, to ono stanowiło główną siłę operacji, MO i SB same nie poradziłyby sobie w jedną noc z dziesięciomilionowym Związkiem. 


Tragizm stanu wojennego zawiera się nie tylko w liczbie ofiar – bolesnej acz nieporównywalnej z represjami czasów stalinowskich a nawet z obecnym rachunkiem strat z powodu pandemii.


Sedno wiąże się z odebraniem nadziei całemu pokoleniu. Pogorszeniem warunków życia milionów. Zapaścią gospodarczą, spowodowaną skierowaniem głównych środków na obsługę największej w historii Polski Ludowej wojskowo- milicyjnej operacji.  


Milion ludzi na zawsze wyjechało z kraju, znaczną część tej grupy stanowili znakomicie wykształceni fachowcy. W wielu dziedzinach nauki postęp w kraju stał się fikcją, skoro kreatywni polscy pracownicy w komplecie odnaleźli się w kalifornijskiej Dolinie Krzemowej  albo paryskim Centre National de la Recherche Scientifique.  


Przez lata skupialiśmy się na autorach stanu wojennego, co naturalne, bo zanim okazało się, że żaden odpowiedzialności nie poniesie, trwały dochodzenia i procesy. 


Wciąż za mało wiemy o ofiarach, nawet ich imienna lista nie została definitywnie zamknięta, co więc robią te wszystkie IPN-y, na które co roku płacimy sute podatki? Mamy prawo się dowiedzieć, ile ofiar kosztował stan wojenny, łącznie z tymi, do których karetki nie dojechały, bo telefony przecież z rozkazu generałów wyłączono. 


Rozgłośne odbieranie emerytur dawnym esbekom a przy okazji sportowcom z wymienionej już tu warszawskiej Gwardii lub krakowskiej Wisły, co też była jak wtedy mawiano “gwardyjska” czyli po ludzku mówiąc milicyjna – nie załatwia sprawy historycznej sprawiedliwości. Podobnie jak świadczenia dla kombatantów solidarnościowego zrywu, aż do bólu groszowe. Złość ich bierze jednak nie tylko wtedy, gdy przeliczają banknoty wypłacane przez listonosza – czasem wciąż tego samego, co wezwania na przesłuchania przynosił – ale gdy widzą w rządowej telewizji zapraszanego tam jako dyżurny komentator i niemal nie wychodzącego ze studia dawnego sekretarza KC PZPR Marka Króla: nie komentuje on odpowiedzialności swojej dawnej partii, jak bohaterowie mojego materiału o stanie wojennym od którego wspomnienia zacząłem ten szkic, lecz demokratyczną scenę polityczną co zakrawa na aberrację. 


Podobnie jak rola dawnego prokuratora stanu wojennego Stanisława Piotrowicza jako najpierw wykonawcy a następnie beneficjenta rządowej reformy wymiaru sprawiedliwości. Śmieje się dziś w twarz tym, którym w latach 80 nabruździł, ale również frajerom z własnego obozu, pozbawionych teraz świadczeń, bo nie wiedzieli, jak się przestawić, kiedy wiatr powieje. 


Zamiast  na świadczeniach warto skupić się na doświadczeniach. Stanowi wojennemu i późniejszemu represyjnemu kursowi władz trwającemu niemal do końca lat 80 sprzeciwiali się przecież ludzie z charakterem. Nie robili tego dla kasy.


Wrażliwi na sprawy godnościowe, choćby zaproszenie ich do szkół na żywą dyskusję o tym, jak było – tym zamiast ideologicznym musztrowaniem nauczycieli mogliby zająć się nieźle zarabiający pisowscy kuratorzy – odebrać mogą lepiej niż groszową waloryzację jako przejaw docenienia ich misji. Uznania ich – może brzmi to nieco zabawnie ale prawdziwie – za zwycięzców zimnej wojny. Bo przecież nimi się stali. Każdy z uczestników polskiej opozycji demokratycznej, podziemnej działalności związkowej i wydawniczej wyjął jedną cegłę z berlińskiego muru. Tyle lat przecież słuchaliśmy i powtarzaliśmy, że mury runą…


Łukasz Perzyna – dziennikarz PNP 24.PL, “Opinii” oraz “Samorządności” i portalu wio.waw.pl.  Autor filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz jedenastu książek o polityce i historii najnowszej, w tym biografii Andrzeja Ostoi-Owsianego. Pracował dla wydawanej poza cenzurą prasy KPN (“Orzeł Biały”) i Regionu Świętokrzyskiego Solidarności (“Nurt”, “Ulotka Świętokrzyska”), a w nowej Polsce w “Obserwatorze” i “Wiadomościach TVP” oraz “Gazecie Wyborczej”, “Obserwatorze Codziennym”, “Sztandarze”, “Życiu” i kwartalniku “InGreen”. Absolwent warszawskiego Liceum Batorego i polonistyki UW, ukończył dziennikarstwo na UW.


Email

kontakt@gruszka.com


Telefon

+48 512 239 167


Zastrzeżenie Dotyczące Strony Internetowej

Informacje zawarte na tej stronie służą wyłącznie do ogólnych celów informacyjnych. Informacje są dostarczane przez Grupę Medialną Gruszka i chociaż dokładamy wszelkich starań, aby informacje były aktualne i prawidłowe, nie składamy żadnych oświadczeń ani gwarancji, wyraźnych ani dorozumianych, co do kompletności, dokładności, rzetelności, przydatności lub dostępności w odniesieniu do strony internetowej lub informacji, produktów, usług lub powiązanej grafiki zawartej na stronie internetowej w dowolnym celu. W związku z tym polegasz na takich informacjach wyłącznie na własne ryzyko.

W żadnym wypadku nie będziemy ponosić odpowiedzialności za jakiekolwiek straty lub szkody, w tym między innymi za straty lub szkody pośrednie lub wtórne lub jakiekolwiek straty lub szkody wynikające z utraty danych lub zysków wynikających z lub w związku z korzystaniem z tej witryny .

Za pośrednictwem tej witryny możesz otworzyć linki do innych witryn, które nie są pod kontrolą Grupy Medialnej Gruszka. Nie mamy kontroli nad charakterem, treścią i dostępnością tych witryn. Umieszczenie jakichkolwiek linków nie musi oznaczać rekomendacji ani poparcia wyrażanych w nich poglądów.

Dokładamy wszelkich starań, aby strona internetowa działała sprawnie. Jednakże Grupa Medialna Gruszka nie ponosi odpowiedzialności i nie będzie ponosić odpowiedzialności za czasową niedostępność serwisu z powodu problemów technicznych.

Zastrzeżenie Dotyczące Strony Internetowej

Informacje zawarte na tej stronie służą wyłącznie do ogólnych celów informacyjnych. Informacje są dostarczane przez Grupę Medialną Gruszka i chociaż dokładamy wszelkich starań, aby informacje były aktualne i prawidłowe, nie składamy żadnych oświadczeń ani gwarancji, wyraźnych ani dorozumianych, co do kompletności, dokładności, rzetelności, przydatności lub dostępności w odniesieniu do strony internetowej lub informacji, produktów, usług lub powiązanej grafiki zawartej na stronie internetowej w dowolnym celu. W związku z tym polegasz na takich informacjach wyłącznie na własne ryzyko.

W żadnym wypadku nie będziemy ponosić odpowiedzialności za jakiekolwiek straty lub szkody, w tym między innymi za straty lub szkody pośrednie lub wtórne lub jakiekolwiek straty lub szkody wynikające z utraty danych lub zysków wynikających z lub w związku z korzystaniem z tej witryny .

Za pośrednictwem tej witryny możesz otworzyć linki do innych witryn, które nie są pod kontrolą Grupy Medialnej Gruszka. Nie mamy kontroli nad charakterem, treścią i dostępnością tych witryn. Umieszczenie jakichkolwiek linków nie musi oznaczać rekomendacji ani poparcia wyrażanych w nich poglądów.

Dokładamy wszelkich starań, aby strona internetowa działała sprawnie. Jednakże Grupa Medialna Gruszka nie ponosi odpowiedzialności i nie będzie ponosić odpowiedzialności za czasową niedostępność serwisu z powodu problemów technicznych.