Łukasz Perzyna


Jedna z wersji krążących po sejmowych kuluarach zakłada, że Łukasz Mejza zostanie zdymisjonowany ze stanowiska wiceministra sportu, jak tylko PiS uchwali budżet. Być może gdy będziecie Państwo czytać tę tekst, już okaże się nieprawdziwa. Los niefortunnego posła, przejętego od opozycji, by dać rządzącym większość, zależy bowiem od jednego człowieka: Jarosława Kaczyńskiego. Ale mechanizm, który uczynił posła tak marnego formatu bohaterem poważnej politycznej afery okazuje się wart zbadania. 


Interesy Mejzy, sprowadzające się do oferowania zdesperowanym ludziom za ogromne pieniądze niesprawdzonych terapii paramedycznych wystawiają na szwank dobre imię i powagę polskiego Sejmu, ale też trzydziestoletni ambicjoner, planujący własną karierę na skróty, nie okazuje się w parlamencie wyjątkiem lecz produktem mechanizmów, za które odpowiadają starsi politycy. 


Zwłaszcza, że do polityki wchodził, jak należy, ze szczebla samorządowego, wcześniej był radnym sejmiku lubuskiego. Działał w ogólnopolskim ruchu, integrującym bezpartyjnych samorządowców. Do Sejmu dostał się już w trakcie kadencji. Zmarła posłanka PSL Jolanta Fedak, a mandat po niej objął kolejny kandydat z tej listy z największą liczbą głosów. Okazał się nim właśnie Mejza. Rychło z ław opozycji powędrował do rządu, zyskując – tu już zaczyna się tragikomedia – status niemalże jednoosobowego koalicjanta Zjednoczonej Prawicy.


Podobne polityczne globtrotterstwo nie stanowi wyjątku w polskiej polityce. W poprzedniej kadencji Zbigniew Gryglas uzyskał w liczącej prawie dwa miliony mieszkańców Warszawie poparcie raptem tysiąca głosujących jej obywateli. Ponieważ jednak lider listy Nowoczesnej, popularny wtedy Ryszard Petru zdobył poparcie 124 tys aż warszawiaków, formacji tej przypadły 2 z 20 mandatów dzielonych w stolicy. Drugi wynik miał właśnie Gryglas, więc z urobkiem głosów zbyt małym, żeby w wyborach samorządowych objąć mandat radnego, w majestacie prawa posłem został. Długo miejsca w opozycji nie zagrzał, pociągnęły go nowe wyzwania. Szybko z opozycyjnej Nowoczesnej przeszedł do obozu rządzącego, otrzymując profit w postaci posady wiceministra. Trzydziestolatek Mejza miał się więc na kim wzorować.    


Politycy PiS skłonni byli zwykle przypisywać służbom specjalnym znaczną siłę sprawczą w polityce. W tym jednak wypadku pomimo respektu, którym się one cieszą ze strony obecnej ekipy – swojej pracy nie wykonały albo zataiły jej efekty. Nie da się też wykluczyć wersji, że rezultaty ich poszukiwań politycy schowali pod korcem w imię mirażu zachowania stabilnej samodzielnej większości. I w nadziei, że się nie wyda. 


Balansująca na krawędzi większość rządowa zabiegała o każdy głos, Łukasz Mejza wydawał się udanym łupem. Z chwilą gdy do rządu dołączył, okazał się kosztownym wizerunkowo balastem. 


Jeszcze w 2007 r. za sprawą nagranych za wiedzą posłanki Renaty Beger jej rozmów z wiceprezesem PiS, zastępcą Kaczyńskiego Adamem Lipińskim wraz z padającymi z jego strony niemoralnymi propozycjami poznaliśmy mechanizm kaptowania w zamian za obietnice posad. Zyskał on sobie miano korupcji politycznej. Szybko też prokuratura uznała, że paragrafu na to nie ma. Pozostał wstyd. Ale też Jarosław Kaczyński, nie mogąc zaprzeczyć kuszeniu resztówki Samoobrony przez własnych podwładnych, przeprosił wtedy za paktowanie z ludźmi tak marnej reputacji. Miało się to nie powtórzyć. Casus Mejzy dowodzi, że stało się inaczej. 


Wiceminister sportu i poseł Łukasz Mejza nie okaże się Jonaszem, za sprawą którego okręt władzy zatonie. Nawet gdy przyjdzie się go pozbyć, nie zabraknie kandydatów do głosowania wraz z rządzącymi w zamian za ministerialny tytuł lub inne apanaże. To nieubłagana logika rodzimej polityki. Ale to za jej sprawą zwykły człowiek postrzega ją jako obcą, jeśli nie odrażającą. 


Gdy tylko Łukasz Mejza pojawił się w Sejmie, zorganizował konferencję prasową, w trakcie której zapowiadał, ile w nim dokona. Z wprawą celebryty lub przynajmniej wytrawnego użytkownika mediów społecznościowych starał się skupić na sobie uwagę. Asystenci rozkładali jego wizytówki na blatach stolików, przy których wysiadują dziennikarze. Teraz już na pytania nie odpowiada i próbuje straszyć pozwami. Nie zrazi tym ogólnopolskich koncernów medialnych do badania jego zaszłości, jednak przynajmniej te regionalne skłoni do zastanowienia, czy warto. Zarobił przecież tyle na swoich bulwersujących interesach, że na honoraria dla prawników z pewnością mu nie zabraknie.


Jednak na mediach, tak w tej aferze aktywnych, ciąży grzech zaniechania w innych sprawach, podważający wiarygodność ich wysiłków przy prześwietlaniu polityków. Środki masowego przekazu wcześniej zrobiły przecież wiele, żeby wyciszyć aferę z zaszczepieniem celebrytów na COVID-19 poza ustaloną kolejnością, bo wśród beneficjentów tej praktyki znaleźli się bossowie prywatnej stacji TVN. Krótko zajmowano się kwestią podpowiadania przez gwiazdora tej telewizji Krzysztofa Skórzyńskiego ministrowi Michałowi Dworczykowi działań marketingowych, maskujących nieskuteczność rządu w walce z pandemią. Szybko zapomniały media głównego nurtu o tym, jak prominenci opozycyjnej PO-KO szef klubu Borys Budka oraz wicelider partii Tomasz Siemoniak bratali się przy kielichu z czołowymi politykami PiS Markiem Suskim i Łukaszem Szumowskim, których wcześniej obwiniali odpowiednio o zamiar likwidacji wolnych mediów oraz czerpanie zysków z pandemii. Wszystko to przykłady tylko z tego roku.    


Pomimo zgorszenia publicznego, jakie wiąże się nie ze sprawą transferu Mejzy, lecz jego zaszłości, korzystnym zjawiskiem okazuje się skupienie uwagi mediów na pojedynczych posłach. O to przecież w demokracji chodzi. Więcej zainteresowania i kontroli oznacza bowiem mniej odpowiedników bohatera tej afery w strukturach rządowych. Jednak to zbyt mało, by uwierzyć w naprawę polskiej polityki. Nawet gdy Mejza odejdzie, bo ani jego wiceministerialna kariera, ani sprawowanie mandatu nie trwać będą wiecznie, problem jakości kadr pozostanie jednym z bardziej bolesnych w polskiej polityce. 


Nie rozwiąże go bowiem zgłaszany czasem pomysł, żeby poseł, odchodzący z formacji, z której został do Sejmu wybrany, tracił mandat. Wzmocni to tylko wszechwładzę bossów partyjnych. Uderzy w posłów, głosujących zgodnie z własnym sumieniem, a nie dyrektywami. Wodzowskich formacji i tak mamy za dużo. Podobnie jak przygotowanych na głosowania ściągawek, żeby się pogardzana masa poselska nie pomyliła przy wciskaniu klawiszy. Uwłaczają one powadze mandatariuszy w równej mierze co niedawna bulwersująca podwyżka ich zarobków w dobie pandemii, zmuszającej licznych Polaków do wyrzeczeń.


Także okręgi jednomandatowe niczego nie naprawią: Senat nie różni się przecież na korzyść w porównaniu z Sejmem, chociaż mandatariusze tam są właśnie w taki sposób wyłaniani.


Jeszcze trudniej uwierzyć, że klasa polityczna dobrowolnie abdykuje ze swoich przywilejów, zapewniających jej panowanie. Po to tylko, by dobrze zapisać się w historii. Ani Konstytucja Trzeciego Maja ani Porozumienia Sierpniowe nie powtarzają się w każdym pokoleniu. Monotonia kolejnych kadencji sprowadziła polską politykę do jej technicznego aspektu: zarządzania, nawet nie rządzenia. Bezradność wobec klęski pandemii pokazuje, ku czemu to prowadzi. Ostatnią znaczącą reformą, zainicjowaną przez rządzących w Polsce, która się udała i przyniosła poprawę jakości codziennego życia pozostaje przecież samorządowa, której ćwierćwiecze niebawem przyjdzie nam świętować.  


Nie ma więc zapewne lepszej recepty, niż najprostsza: postarać się jak najwięcej dowiedzieć o każdym, przy którym stawiamy krzyżyk w dniu wyborów. Polakom zdarza się wciąż bowiem głosować na popularne więc miło brzmiące nazwiska, albo popierać lidera regionalnej listy partii, z której zna się tylko przywódcę ogólnopolskiego. Jednak to też nie wina wyborców, lecz wszystkich, co żyją z polityki. Nie udało się wypracować mechanizmów, premiujących jak najlepsze poinformowanie obywatela o tych, którzy mają go później reprezentować. Tracą go z oczu z chwilą objęcia mandatu. I szukaj wiatru w polu. 


Skupienie uwagi opinii publicznej na nieprawościach pojedynczego posła stanowi jednak efekt pocieszający. Zwiększa bowiem szansę na wzmożenie krytycyzmu wyborców i tak surowo oceniających kastę rodzimych polityków. Widać gołym okiem, że nasza z kolei abdykacja z własnych praw, rezygnacja z udziału w wyborach zwiększa dodatkowo prawdopodobieństwo, że Sejm zaludnią osobnicy, za których przyjdzie się wstydzić. Co wtedy znów powiemy… że to inni, a nie my, ich wybrali…  


Łukasz Perzyna – dziennikarz PNP 24.PL, “Opinii” oraz “Samorządności” i portalu wio.waw.pl.  Autor filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz jedenastu książek o polityce i historii najnowszej, w tym biografii Andrzeja Ostoi-Owsianego. Pracował dla wydawanej poza cenzurą prasy KPN (“Orzeł Biały”) i Regionu Świętokrzyskiego Solidarności (“Nurt”, “Ulotka Świętokrzyska”), a w nowej Polsce w “Obserwatorze” i “Wiadomościach TVP” oraz “Gazecie Wyborczej”, “Obserwatorze Codziennym”, “Sztandarze”, “Życiu” i kwartalniku “InGreen”. Absolwent warszawskiego Liceum Batorego i polonistyki UW, ukończył dziennikarstwo na UW.


Email

kontakt@gruszka.com


Telefon

+48 512 239 167


Zastrzeżenie Dotyczące Strony Internetowej

Informacje zawarte na tej stronie służą wyłącznie do ogólnych celów informacyjnych. Informacje są dostarczane przez Grupę Medialną Gruszka i chociaż dokładamy wszelkich starań, aby informacje były aktualne i prawidłowe, nie składamy żadnych oświadczeń ani gwarancji, wyraźnych ani dorozumianych, co do kompletności, dokładności, rzetelności, przydatności lub dostępności w odniesieniu do strony internetowej lub informacji, produktów, usług lub powiązanej grafiki zawartej na stronie internetowej w dowolnym celu. W związku z tym polegasz na takich informacjach wyłącznie na własne ryzyko.

W żadnym wypadku nie będziemy ponosić odpowiedzialności za jakiekolwiek straty lub szkody, w tym między innymi za straty lub szkody pośrednie lub wtórne lub jakiekolwiek straty lub szkody wynikające z utraty danych lub zysków wynikających z lub w związku z korzystaniem z tej witryny .

Za pośrednictwem tej witryny możesz otworzyć linki do innych witryn, które nie są pod kontrolą Grupy Medialnej Gruszka. Nie mamy kontroli nad charakterem, treścią i dostępnością tych witryn. Umieszczenie jakichkolwiek linków nie musi oznaczać rekomendacji ani poparcia wyrażanych w nich poglądów.

Dokładamy wszelkich starań, aby strona internetowa działała sprawnie. Jednakże Grupa Medialna Gruszka nie ponosi odpowiedzialności i nie będzie ponosić odpowiedzialności za czasową niedostępność serwisu z powodu problemów technicznych.

Zastrzeżenie Dotyczące Strony Internetowej

Informacje zawarte na tej stronie służą wyłącznie do ogólnych celów informacyjnych. Informacje są dostarczane przez Grupę Medialną Gruszka i chociaż dokładamy wszelkich starań, aby informacje były aktualne i prawidłowe, nie składamy żadnych oświadczeń ani gwarancji, wyraźnych ani dorozumianych, co do kompletności, dokładności, rzetelności, przydatności lub dostępności w odniesieniu do strony internetowej lub informacji, produktów, usług lub powiązanej grafiki zawartej na stronie internetowej w dowolnym celu. W związku z tym polegasz na takich informacjach wyłącznie na własne ryzyko.

W żadnym wypadku nie będziemy ponosić odpowiedzialności za jakiekolwiek straty lub szkody, w tym między innymi za straty lub szkody pośrednie lub wtórne lub jakiekolwiek straty lub szkody wynikające z utraty danych lub zysków wynikających z lub w związku z korzystaniem z tej witryny .

Za pośrednictwem tej witryny możesz otworzyć linki do innych witryn, które nie są pod kontrolą Grupy Medialnej Gruszka. Nie mamy kontroli nad charakterem, treścią i dostępnością tych witryn. Umieszczenie jakichkolwiek linków nie musi oznaczać rekomendacji ani poparcia wyrażanych w nich poglądów.

Dokładamy wszelkich starań, aby strona internetowa działała sprawnie. Jednakże Grupa Medialna Gruszka nie ponosi odpowiedzialności i nie będzie ponosić odpowiedzialności za czasową niedostępność serwisu z powodu problemów technicznych.