Łukasz Perzyna

Obraz kontrolny na pustej ścianie

Ostatni zgasi światło czyli prawdziwy koniec telewizji w Polsce


Prawa każdej stacji do nadawania warto bronić, nawet jeśli nie aprobuje się, jak w wypadku TVN, jej przekazu, surowo ocenia jej standardy i odrzuca wzorce kulturowe. Dlatego, że przeforsowana przez PiS nowelizacja ustawy medialnej oznacza kopnięcie w stół, który i tak się chwieje, ledwo ustoi na krzywych i spróchniałych nogach i niczego bez ryzyka postawić już na nim nie można. Nie tak trudno wyobrazić sobie sytuację, w której koniec wszelkiej telewizji w Polsce stanie się faktem. Wcale nie za rządów PiS, tylko właśnie po zwycięstwie opozycji.

Stare hasło Jarosława Kaczyńskiego, że w Warszawie będziemy mieli Budapeszt spełnić się może w krzywym zwierciadle. Jeśli w Polsce jak na Węgrzech pozostanie hołdownicza wobec władzy telewizja państwowa (TVP już taką się stała) oraz słabe i nadskakujące rządzącym stacje prywatne. Nie koniec na tym. Destrukcja pójdzie dalej.


Czarny scenariusz, całkiem realny a na pewno nie dający się przekreślić jako pozbawiony prawdopodobieństwa zakłada, że najpierw PiS doprowadzi do końca operację rugowania TVN w obecnej postaci z rynku medialnego. Amerykańska korporacja Discovery zostanie zmuszona do sprzedaży udziałów. Nabędzie je oczywiście nie państwowy Orlen, lecz jakieś nominalnie prywatne, skrzyknięte naprędce konsorcjum, zbudowane przez spółki Skarbu Państwa, z możliwym udziałem – to precedens węgierski – pokumanych z władzą oligarchów. Kupujący zmierzać będzie do wygaszenia programów, żeby wzmocnić tym samym TVP Jacka Kurskiego. W międzyczasie wyłączny dysponent Polsatu Zygmunt Solorz straci zainteresowanie dla telewizji, pochłonięty wspólnymi interesami z państwem, w tym zamierzoną budową pierwszej elektrowni atomowej, co już planuje. Zostanie więc na placu gry wyłącznie TVP, co oznacza cofnięcie się w rozwoju mediów elektronicznych o 30 lat.


W razie zwycięstwa obecnej opozycji w kolejnych wyborach, których konstytucyjny termin przypada za niespełna dwa lata, Koalicja Obywatelska zrealizuje obecne groźby likwidacji oficjalnie kanału Info a w praktyce całej TVP. Otwarcie zaangażował się przecież w promocję takiego pomysłu Rafał Trzaskowski, najpopularniejszy dziś wedle sondaży polityk PO-KO. Co więcej, jeśli partia ma go wystawić za trzy i pół roku w wyborach prezydenckich, powinien pokazać siebie jako twardego lidera, równie bezwzględnego jak Donald Tusk. Okazja się nadarza, kosztem TVP. Oznacza to, że za trzy lata pomimo manewrów pilotem w poszukiwaniu polskiego programu na ekranie naszych telewizorów odnajdziemy wyłącznie… obraz kontrolny. Ewentualnie po jeszcze dłuższym poszukiwaniu – polskojęzyczny kanał RTR Rossija, przygotowany przez kremlowskich propagandystów profesjonalnie (już teraz specjaliści do spraw wschodnich wcale nie lekceważą przekazu Sputnika), bo przez dziennikarzy sprawniejszych niż ulubienica Kurskiego Danuta Holecka. Zaś w studiu ostatniej telewizji polskiej… ostatni zgasi światło. I tym samym wrócimy nie do roku 1991, lecz 1951 a więc czasu sprzed pierwszej emisji sygnału tv w Polsce. Nie jest to data, z którą mamy dobre skojarzenia.


Telewizja Polska nawet z otwarcie niemoralną propagandą, z eksponowaniem postaci takich jak Jacek Łęski niedawny rzecznik rosyjskojęzycznego konsorcjum z Donbasu nabywającego polskie fabryki i likwidującego w nich miejsca pracy, była kandydatka Leszka Millera na prezydenta Magdalena Ogórek czy dyżurny komentator Marek Król, dawny sekretarz KC PZPR – pozostaje dobrem kultury. Skupia wybitnych fachowców, artystów sztuki telewizyjnej. Nie przypadkiem zagraniczne stacje zwykle nie przywożą tu na akcje reporterskie własnych operatorów, lecz wynajmują polskich, bo ci mają świetną markę. Żadna stacja prywatna nie zrealizuje inscenizacji sztuki Szekspira czy nawet Wyspiańskiego w gwiazdorskiej obsadzie, bo zwyczajnie jej się to nie opłaca. Fakt, że teraz TVP Kurskiego zajmuje się widowiskami w stylu festiwalu kołobrzeskiego ze stanu wojennego i pokroju „Murem za polskim mundurem”, nadaje tureckie seriale lub hejterskie reportaże, a nawet jej Sylwestry są kiczowate, nie zmienia istoty rzeczy, że tylko ona dysponuje potencjalnymi możliwościami przekraczającymi pokazowe zamierzenia stacji prywatnych: walkę Andrzeja Gołoty z byłym mistrzem świata Timem Witherspoonem zorganizowaną przed laty przez Polsat we Wrocławiu przy dwunastomilionowej oglądalności bądź zgrabne seriale TVN o wartkiej akcji jak „Chyłka” czy „Diagnoza”. 


Co do TVN – pacta sunt servanda. Koncesję przed laty otrzymała. W kręgu cywilizacji rzymskiej szanuje się prawa nabyte. Znajduje swoich widzów. Wszystko inne okazuje się odwetem politycznym.


TVN to kultura niewysoka. Dominują na jej antenach programy typu „Królowe życia”. Lekkie, łatwe i przyjemne. Refleksji nie wymagają. W odniesieniu do nich przypomina się dialog z filmu „Amok” Natalii Korynckiej-Gruz, w którym ojciec nauczyciel napomina syna początkującego finansistę.


– Synku, wiesz, ale giełda to pieniądze bez pracy…

– Dużo gorsza jest praca bez pieniędzy, tato – odpowiada gracz.


Zwolennicy drugiego z tych poglądów skupiają się zwykle przed nastawionymi na TVN odbiornikami. To nie mój świat. Z pewnością również nie Państwa. Ale vox populi, vox Dei, skoro o rzymskich zasadach była mowa.


Tłumów, jakie wyległy na ulice w obronie stacji, lekceważyć jednak nie można. Zwłaszcza, że Polacy w przedświątecznym czasie nie są przesadnie skłonni do demonstracji publicznych. Pewną rolę w zwielokrotnieniu oburzenia odegrała dwulicowość PiS, z jednej strony obwołującego Polskę najlepszym sojusznikiem USA, z drugiej ograniczającego nowelizacją ustawy medialnej uprawnienia amerykańskiego kapitału a ściślej – zrównującego go z… chińskim. Niewykluczone, że Andrzej Duda, podgrzewając napięcie wokół decyzji w sprawie nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji: może ją podpisać i wtedy „lex TVN” wejdzie w życie, bądź zawetować, czy skierować do Trybunału Konstytucyjnego – próbuje wymusić spotkanie z prezydentem USA Joem Bidenem. Nie mieścił się bowiem w jego agendzie. Amerykanie z wolna wycofują się z Europy, o czym pisze Robert Kuraszkiewicz w książce „Polska w nowym świecie”. Rugowanie Discovery sprzeczne jest z polsko-amerykańskim traktatem z 1990 r, zabraniającym dyskryminacji biznesowej. Znaczące też, że podobnej, jak w sprawie TVN, troski o suwerenność decyzyjną ani determinacji pisowskie władze nie przejawiły po przyjęciu przez Kongres USA sławetnej „ustawy 447”, obligującej Polskę do zwrotu mienia bezspadkowego, pozostałego po ofiarach Holocaustu z obywatelstwem polskim: prawem kaduka ma być ono przekazane samozwańczym ich reprezentantom z Ameryki, zwykle organizacjom powstałym wiele lat po wojnie i nie mających z ofiarami nic wspólnego. 


Rzecznik Departamentu Stanu USA Ned Price nie ukrywa, że oczekuje zawetowania „lex TVN” przez prezydenta Andrzeja Dudę. Amerykanie bronią swoich firm, co oczywiste.


Za wolnością mediów i prawem TVN do dalszego funkcjonowania opowiadają się jednak również przedstawiciele ruchu społecznego na rzecz Powszechnego Samorządu Gospodarczego. Oświadczenie podpisali Andrzej Stępniewski, Jacek Czauderna oraz Dariusz Grabowski. Do TVN zapraszani nie byli, stacja nie relacjonowała ich działań.


W zasady demokracji wpisana jest bowiem pewna bezinteresowność. Gdy jej zabraknie, dzieje się jak w znanej opowieści antyfaszysty pastora Martina Niemoellera: kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem, nie byłem przecież komunistą. Kiedy zabierali chrześcijańskich demokratów, nie ująłem się za nimi, nie byłem przecież chrześcijańskim demokratą. Kiedy przyszli po mnie, nikt nic nie powiedział… 


TVN sama najlepszego przykładu nie dawała, broniąc tylko swoich. Gdy funkcjonariusze policji nachodzili dwukrotnie bez istotnych przyczyn moje mieszkanie, dziennikarze „Gazety Wyborczej”, Radia Nowy Świat czy Radia Zet interesowali się tym przynajmniej prywatnie, a żurnalistów TVN temat w ogóle nie obszedł: ale to cyborgi, których nikt nie lubi. Nagrabili sobie arogancją, fatalnymi manierami i celebrycką hucpą.


Demokracja polega jednak również na tym, że bronimy nie tylko tych, których lubimy. Co charakterystyczne – gdy PiS zrobiło pierwsze sejmowe podejście do „lex TVN” i pojawił się list w obronie stacji – dziennikarzom niezależnym podpisanie go zaproponowano dopiero wówczas, gdy opublikowano już listę sygnatariuszy z korporacji głównego nurtu od Axel Springera po Agorę. Na wszelki wypadek. Postawę inicjatorów protestu da się oddać słowem „żeby-z-tego-czego-nie-bylcy” jakim wielki poeta rosyjski Jewgenij Jewtuszenko określał zachowawczych biurokratów doby głasnosti i pierestrojki.  


Nawet po ujawnieniu zakulisowych podszeptów, jakimi gwiazdor TVN Krzysztof Skórzyński służył pisowskiemu szefowi Kancelarii Premiera Michałowi Dworczykowi w kwestii mydlenia oczu opinii publicznej co do detali walki z pandemią, ani zdumiewającej reakcji jego szefów (ze stacji nie z rządu), co ograniczyli się do przesunięcia winowajcy z polityki do skoków narciarskich, jakby jego dwulicowość aprobowali – nawet wtedy, powtarzam, nie zdjęliśmy jednak z drzwi mieszkania zawieszonego tam przez moją przyjaciółkę stylizowanego logotypu TVN, którego środkowa litera układa się w znany z czasów stanu wojennego znak zwycięstwa. – Na tę literę nie zaczyna się żadne polskie słowo – mówił kiedyś gen. Wojciech Jaruzelski. Dawny symbol oporu z czasów okupacji odżył jako znak pokojowej walki Solidarności. 

Ale też on zobowiązuje.


Tym bardziej, że korzenie TVN pozostają znane. Na początku 1983 r. w okresie zawieszenia stanu wojennego rzecznik rządu Jerzy Urban rekomendował przyszłego założyciela stacji TVN Mariusza Waltera do zespołu propagandowego, jaki miał powstać przy gen. Czesławie Kiszczaku, wicepremierze i ministrze spraw wewnętrznych, a wcześniej głównym autorze logistyki operacji milicyjno-wojskowej z 13 grudnia 1981 r. W tajnym liście do Kiszczaka, datowanym 22 lutego 1983 r. Urban pisał, że celem tworzonego „pionu propagandowego” stanie się „prowadzenie przemyślanej, zręcznej i stałej kampanii na rzecz zmiany obrazu SB, MO i ZOMO w społeczeństwie i inicjowanie akcji tych służb dla ocieplenia ich wizerunku” [1]. 


Jeśli bossowie prywatnej i komercyjnej stacji – bo przecież koncesja, o której utrzymanie walczą nie nadaje im charakteru nadawcy społecznego – odwołują się do solidarnościowych wartości, które przed laty czynnie zwalczali – czy to Mariusz Walter jako czołowy propagandysta czy Edward Miszczak z legitymacją PZPR – niech uznają wpisane w nie zasady jawności i etyki. Nie czynili tego przecież, gdy sami, ochoczo piętnując afery z udziałem polityków, stali się bohaterami własnej celebryckiej: przed rokiem, kosztem innych pacjentów zaszczepili się poza kolejnością na COVID-19, w czas, gdy szczepionki były jeszcze dobrem limitowanym, a w dodatku zasłaniali się domniemaną akcją promocji prozdrowotnej, co okazało się wyłącznie wykrętem, bo nikt jej naprawdę nie prowadził. Niech stosują uczciwe i równe miary. Wyrzekną się arogancji, że wszystko wiedzą lepiej. Do tego dzisiaj warto ich wzywać.


Chyba, że chcą sprzedać interes albo pokątnie – jak Borys Budka przy kielichu z Markiem Suskim na urodzinach pisowskiego propagandysty Roberta Mazurka – dogadać się z przedstawicielami władzy, a skompromitowanego doszczętnie Krzysztofa Skórzyńskiego zrobić prezesem firmy, bo z szefem premierowskiej kancelarii Michałem Dworczykiem dogada się w mig. Jeśli jednak mają takie plany, niech powiedzą o nich głośno ludziom, którzy marzną na demonstracjach poparcia dla nich.  I jeśli koncesję obronią, czego im życzyć wypada, niech respektują nie tylko jej szczegółowe zapisy, ale również reguły zwykłej międzyludzkiej przyzwoitości. Pamiętamy bowiem, jak często wcześniej je naruszali. 


Wolność mediów w Polsce nie sprowadza się do obrony jednej stacji. Za chwilę być może przyjdzie walczyć o przyszłość i dalsze istnienie TVP, ale już z drugą stroną sporu politycznego. Inaczej się nie da. Smutną alternatywą pozostaje bowiem obraz kontrolny na pustej ścianie.



[1] „Biuletyn IPN”: w 1983 r. Urban chciał, by Walter promował MSW. Money.pl z 20 grudnia 2006 



Łukasz Perzyna – dziennikarz PNP 24.PL, „Opinii” oraz „Samorządności” i portalu wio.waw.pl.  Autor filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz jedenastu książek o polityce i historii najnowszej, w tym biografii Andrzeja Ostoi-Owsianego. Pracował dla wydawanej poza cenzurą prasy KPN („Orzeł Biały”) i Regionu Świętokrzyskiego Solidarności („Nurt”, „Ulotka Świętokrzyska”), a w nowej Polsce w „Obserwatorze” i „Wiadomościach TVP” oraz „Gazecie Wyborczej”, „Obserwatorze Codziennym”, „Sztandarze”, „Życiu” i kwartalniku „InGreen”. Absolwent warszawskiego Liceum Batorego i polonistyki UW, ukończył dziennikarstwo na UW.


Email

kontakt@gruszka.com


Telefon

+48 512 239 167


Zastrzeżenie Dotyczące Strony Internetowej

Informacje zawarte na tej stronie służą wyłącznie do ogólnych celów informacyjnych. Informacje są dostarczane przez Grupę Medialną Gruszka i chociaż dokładamy wszelkich starań, aby informacje były aktualne i prawidłowe, nie składamy żadnych oświadczeń ani gwarancji, wyraźnych ani dorozumianych, co do kompletności, dokładności, rzetelności, przydatności lub dostępności w odniesieniu do strony internetowej lub informacji, produktów, usług lub powiązanej grafiki zawartej na stronie internetowej w dowolnym celu. W związku z tym polegasz na takich informacjach wyłącznie na własne ryzyko.

W żadnym wypadku nie będziemy ponosić odpowiedzialności za jakiekolwiek straty lub szkody, w tym między innymi za straty lub szkody pośrednie lub wtórne lub jakiekolwiek straty lub szkody wynikające z utraty danych lub zysków wynikających z lub w związku z korzystaniem z tej witryny .

Za pośrednictwem tej witryny możesz otworzyć linki do innych witryn, które nie są pod kontrolą Grupy Medialnej Gruszka. Nie mamy kontroli nad charakterem, treścią i dostępnością tych witryn. Umieszczenie jakichkolwiek linków nie musi oznaczać rekomendacji ani poparcia wyrażanych w nich poglądów.

Dokładamy wszelkich starań, aby strona internetowa działała sprawnie. Jednakże Grupa Medialna Gruszka nie ponosi odpowiedzialności i nie będzie ponosić odpowiedzialności za czasową niedostępność serwisu z powodu problemów technicznych.

Zastrzeżenie Dotyczące Strony Internetowej

Informacje zawarte na tej stronie służą wyłącznie do ogólnych celów informacyjnych. Informacje są dostarczane przez Grupę Medialną Gruszka i chociaż dokładamy wszelkich starań, aby informacje były aktualne i prawidłowe, nie składamy żadnych oświadczeń ani gwarancji, wyraźnych ani dorozumianych, co do kompletności, dokładności, rzetelności, przydatności lub dostępności w odniesieniu do strony internetowej lub informacji, produktów, usług lub powiązanej grafiki zawartej na stronie internetowej w dowolnym celu. W związku z tym polegasz na takich informacjach wyłącznie na własne ryzyko.

W żadnym wypadku nie będziemy ponosić odpowiedzialności za jakiekolwiek straty lub szkody, w tym między innymi za straty lub szkody pośrednie lub wtórne lub jakiekolwiek straty lub szkody wynikające z utraty danych lub zysków wynikających z lub w związku z korzystaniem z tej witryny .

Za pośrednictwem tej witryny możesz otworzyć linki do innych witryn, które nie są pod kontrolą Grupy Medialnej Gruszka. Nie mamy kontroli nad charakterem, treścią i dostępnością tych witryn. Umieszczenie jakichkolwiek linków nie musi oznaczać rekomendacji ani poparcia wyrażanych w nich poglądów.

Dokładamy wszelkich starań, aby strona internetowa działała sprawnie. Jednakże Grupa Medialna Gruszka nie ponosi odpowiedzialności i nie będzie ponosić odpowiedzialności za czasową niedostępność serwisu z powodu problemów technicznych.