Michniewicz nowy bohater Polaków


Dla samopoczucia Polaków wygrana ze Szwecją w pięknym stylu i awans na katarskie mistrzostwa świata to nagły przebłysk optymizmu w ciężkich czasach. Piłkarze poprawiali nastroje wystających w kolejkach i przygnębionych w stanie wojennym rodaków w 1982 r, a dziś w dobie pandemii i wojny na Ukrainie nawiązują do tamtej tradycji. Co charakterystyczne, od ubiegłorocznego przegranego Euro zawodnicy się nie wymienili, nowy jest tylko twórca sukcesu: selekcjoner Czesław Michniewicz.

W tydzień – bo tylko tyle miał na pracę z piłkarzami – przygotował zespół, co pokonał wysoko notowaną Szwecję, której nie pomógł nawet wprowadzony w ostatnich minutach na boisko legendarny weteran Zlatan Ibrahimovic, jeden z czarodziejów futbolu. Po latach porażek, nawet ze Słowacją, znów jesteśmy w elicie, w finałach Mundialu w Katarze zagramy m.in. z Argentyną, dwukrotnymi zwycięzcami turnieju. A niebawem towarzysko z Brazylijczykami, sami to zaproponowali, co stanowi dla nas nobilitację. 

Jeszcze niedawno komentatorzy wykpiwali słowa króla strzelców mistrzostw świata z 1974 r. i późniejszego prezesa PZPN Grzegorza Laty, zachwalające „polską myśl szkoleniową”. Lobbowali na rzecz kolejnego zagranicznego selekcjonera.

Aż sam Lato, gdy na chwilę jakby zamienili sie rolami, w trakcie wywiadu spytał dziennikarza „SuperExpressu”: – Wy jesteście zakochani w tych zagranicznych trenerach, czy co?


Jednak największe sukcesy polskiej piłki budowali wyłącznie trenerzy krajowi: Kazimierz Górski (trzecie miejsce w świecie w 1974 r.), Jacek Gmoch (piąte w 1978 r.), Antoni Piechniczek (znowu trzecie w 1982 r.) i Janusz Wójcik (srebrny medal olimpijski w Barcelonie w 1982 r.). Dziś to Czesław Michniewicz pośmiać się może z fachowców z Bożej łaski, co go niedawno wyszydzali. To, co im zrobił, porównać da się do tak zwanego w gwarze piłkarskiej założenia siatki jak określa się w tym slangu przetoczenie piłki pomiędzy stopami próbującego ją zablokować konkurencyjnego zawodnika. 

O wiele istotniejsze okazuje się to, co Czesław Michniewicz ofiarował swoim rodakom: poczucie dumy w trudnych czasach, gdy dla wielu przeglądanie pilotem przekazów telewizyjnych wiąże się z ryzykiem depresji po dwóch latach pandemii koronawirusa i sześciu tygodniach wojny na Ukrainie.

Warto oglądać mecze dla tak pięknych bramek, jak druga strzelona Szwecji przez Piotra Zielińskiego, który przytomnie odebrał obrońcy piłkę, w sposób podobny, w jakim przed 49 laty Włodzimierz Lubański ograł na tym samym Stadionie Śląskim w Chorzowie znakomitego Bobby’ego Moore’a w meczu z Anglią, czym też otworzył Polskę drogę do finałów – wtedy pierwszych po wojnie. Zaś teraz Zieliński pognał z piłką i inteligentnie przelobował bramkarza szwedzkiego. Wcześniej Robert Lewandowski, któremu za Portugalczyka Sousy wystarczał monachijski Bayern, a w kadrze grać mu się nie chciało, ujawnił całkiem nową motywację, sprawnie otwierając wynik z rzutu karnego. Jeszcze przy 2:0 Polacy atakowali do końca, bliźsi trzeciego celnego trafienia niż Szwedzi gola kontaktowego czy jeśli ktoś woli honorowego. Nasi za nic mieli traumę, jaką mogła wywołać niedawna porażka z tymi samymi Skandynawami poniesiona w ostatnich minutach (wcześniej długo był remis) meczu w finałach ubiegłorocznego Euro.  

A sprawiła tę odmianę właśnie polska myśl szkoleniowa.   

Trudno o lepszy dowód, że to nie media głównego nurtu kreują w Polsce bohaterów wyobraźni zbiorowej, lecz sami budują oni sobie pozycję.

Czesław Michniewicz, wykpiwany ile wlezie przez „Gazetę Wyborczą” i elitę komentatorów sportowych, łączony przez nich z aferami korupcyjnymi z dawnych lat, chociaż niczego mu nie udowodniono, a żeby złożyć zeznania w tych sprawach sam się zgłosił – otóż właśnie ten selekcjoner odnotował sukces na który nie byli w stanie zapracować jego poprzednicy zagraniczni prowadzący polską drużynę narodową: ostatnio Portugalczyk Paulo Sousa a przed laty Holender Leo Beenhakker. Znane powiedzenie piłkarskie głosi, że nazwiska nie grają. Trenerów jak się okazuje też ono dotyczy.   

Wiele o poziomie lansowanych przez poprzednie kierownictwo PZPN pod wodzą prezesa Zbigniewa Bońka „rycerzy gości”  mówią koleje losu Portugalczyka Paulo Sousy. Karierę w Polsce od skandalu zaczął i na kolejnym ją zakończył.


Polski selekcjoner Jerzy Brzęczek to postać kultowa i charyzmatyczna, bo gdy tato małego Kuby Błaszczykowskiego zabił mamę przyszłego piłkarza, właśnie wujek Jurek dzieciaka przygarnął i wychował na jednego z najlepszych graczy w kraju oraz szczęśliwego i spełnionego człowieka znanego także z akcji dobroczynnych (jak ratowanie zagrożonej bankructwem macierzystej Wisły Kraków). Cieszący się powszechną sympatią trener Brzęczek doprowadził narodową drużynę do awansu do finałów ubiegłorocznego Euro. W nagrodę niejako, zamiast premii, otrzymał od prezesa Bońka… dymisję.

Wiele o poziomie lansowanych przez poprzednie kierownictwo PZPN pod wodzą prezesa Zbigniewa Bońka „rycerzy gości”  mówią koleje losu Portugalczyka Paulo Sousy. Karierę w Polsce od skandalu zaczął i na kolejnym ją zakończył.


Polski selekcjoner Jerzy Brzęczek to postać kultowa i charyzmatyczna, bo gdy tato małego Kuby Błaszczykowskiego zabił mamę przyszłego piłkarza, właśnie wujek Jurek dzieciaka przygarnął i wychował na jednego z najlepszych graczy w kraju oraz szczęśliwego i spełnionego człowieka znanego także z akcji dobroczynnych (jak ratowanie zagrożonej bankructwem macierzystej Wisły Kraków). Cieszący się powszechną sympatią trener Brzęczek doprowadził narodową drużynę do awansu do finałów ubiegłorocznego Euro. W nagrodę niejako, zamiast premii, otrzymał od prezesa Bońka… dymisję.


W mig zaangażowano w jego miejsce Portugalczyka Sousę. Celebrytę, znanego z tego, że… jest znany. Sukcesami w trenerskiej branży nie mógł się poszczycić.


Nie odniósł ich także z reprezentacją Polski. W finałach Euro w trzech meczach zdobył raptem jeden punkt (za remis z Hiszpanią). O przegranej ze Szwecją była już mowa. W meczu otwarcia ulegliśmy z kolei Słowakom, którzy potęgą są rzeczywiście, ale… w hokeju na lodzie a nie w futbolu. Nasi dreptali za nimi i nie mogli nadążyć nawet, gdy przegrywali, co wskazuje albo na zupełny brak przygotowania fizycznego albo motywacji i ambicji.


Z tymi ostatnimi najgorzej było w eliminacjach Mundialu, gdy w meczu z Węgrami nie wystąpiliśmy w najsilniejszym składzie, bo część piłkarzy – w tym sam Lewandowski – nie garnęła się do gry. Efekt? Przegraliśmy u siebie z rywalami, których można było się obawiać w latach 50, gdy mieli legendarną drużynę. Ale już nigdy później.    


Zapewne przegrywalibyśmy w nieskończoność z wysoko opłacanym trenerem na ławce, którego w dodatku zwolnić się nie opłacało, bo Boniek tak się z nim umówił, że dymisja oznaczałaby konieczność wypłacania nieudanemu selekcjonerowi bajecznych pieniędzy w długim jeszcze czasie.


Na szczęście Sousa… sam pracę z polską drużyną narodową porzucił. Po prostu jeden z klubów brazylijskich zaproponował mu jeszcze większe niż prezes Boniek pieniądze. I portugalski trener zniknął równie nagle i niespodziewanie jak się pojawił. Niemal jak w XVI wieku też cudzoziemski król Henryk z francuskiej dynastii Walezjuszy, co również czmyhnął preferując nową posadę – monarchy w swojej właściwej ojczyźnie.   


W znanym dowcipie rosyjski oligarcha wychodzi z pięciogwiazdkowej restauracji i stwierdza brak terenowego mercedesa, którego wcześniej przed nią zaparkował. – Jak kupił, tak sprzedał – podsumowuje. Podobnie skwitować można polski epizod kariery Sousy. 


Korzystnym zrządzeniem losu prezesowska kadencja Bońka w Polskim Związku Piłki Nożnej dobiegła końca. Następcą w tym fotelu został twórca sukcesów białostockiej Jagiellonii Cezary Kulesza. Zignorował wołania medialnych bonzów i szamanów o kolejnego trenera z zagranicy i postawił na Michniewicza. Całkiem jak on sam, odnoszącego wcześniej sukcesy w polskiej Ekstraklasie: m.in. mistrzostwo kraju ze skromym Zagłębiem Lubin. Niedawno powtórzył ten wynik z renomowaną Legią Warszawa.    


Futbol budzi nie tylko emocje. Refleksje również. Happy end zafundowany nam wszystkim przez Michniewicza da zapewne do myślenia nie tylko kibicom. 


Rozegranie Polakom meczu towarzyskiego zaproponowali teraz Brazylijczycy. Dla nas to nobilitacja. Z nacją, która pięć razy wygrywała mistrzostwa świata łączy nas to, że futbol to dla nich całkiem jak dla Polaków… coś więcej niż sport. I my i oni w trudnych czasach dyktatury zachwycaliśmy wykazywanymi na boisku wirtuozerskimi umiejętnościami świat, gdy nie mogliśmy pochwalić się sukcesami w gospodarce czy organizacji państwa. Spontaniczne pochody z flagami zaczęły się w Polsce jeszcze przed wyborem Karola Wojtyły na stolicę Piotrową i fenomenem pierwszej Solidarności za sprawą zwycięstw drużyny narodowej trenowanej przez Kazimierza Górskiego, której kapitanem był Kazimierz Deyna, czołowym strzelcem Grzegorz Lato, zaś skrzydłowym Robert Gadocha. Z tych czasów pochodzi żart o kibicu, oczekującym na porodówce pod drzwiami.

– Jak będzie syn, to Kazimierz, na cześć Deyny…

– A jak córka?

– To Gadocha.


Znowu w grupie eliminacyjnej mamy za rywala Argentynę, podobnie jak w tamtych pierwszych dla nas po wojnie finałach mistrzostw z 1974 r.  kiedy to od zwycięstwa nad nią za sprawą dwóch bramek Laty i jednej Andrzeja Szarmacha zaczęliśmy nasz pochód po trzecie miejsce w świecie. O ile ogłaszana wtedy przez ekipę Edwarda Gierka obecność Polski „w pierwszej dziesiątce najbardziej uprzemysłowionych państw świata” była tylko propagandą (złośliwi studenci pytali wówczas wykładowców ekonomii, jakie kraje są przed nami, w straszne zakłopotanie ich wprawiając) – to medal piłkarzy zasłużonym powodem do dumy. Zwłaszcza, gdy pokonywaliśmy kraje bogatsze od nas (jak Włochy czy Szwecja) lub znacząco większe (Brazylia). Teraz obok Argentyny mamy w grupie za rywali Arabię Saudyjską (niewątpliwie od Polski zamożniejszą) i Meksyk (starczy rzut oka na mapę). Historia lubi się powtarzać? Nawet jeśli nie, to w elicie już jesteśmy. Bardzo tego sukcesu potrzebowaliśmy. A zawdzięczamy go właśnie wykpiwanej do niedawna polskiej myśli szkoleniowej. Czesław Michniewicz zawstydził hejterów i miłośników szukania dziury w całym. Zapewne nie po raz ostatni.     


Łukasz Perzyna – dziennikarz PNP 24.PL, „Opinii” oraz „Samorządności” i portalu wio.waw.pl. Autor filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz jedenastu książek o polityce i historii najnowszej, w tym biografii Andrzeja Ostoi-Owsianego. Pracował dla wydawanej poza cenzurą prasy KPN („Orzeł Biały”) i Regionu Świętokrzyskiego Solidarności („Nurt”, „Ulotka Świętokrzyska”), a w nowej Polsce w „Obserwatorze” i „Wiadomościach TVP” oraz „Gazecie Wyborczej”, „Obserwatorze Codziennym”, „Sztandarze”, „Życiu” i kwartalniku „InGreen”. Absolwent warszawskiego Liceum Batorego i polonistyki UW, studiował również dziennikarstwo.


Email

kontakt@gruszka.com


Telefon

+48 512 239 167


Zastrzeżenie Dotyczące Strony Internetowej

Informacje zawarte na tej stronie służą wyłącznie do ogólnych celów informacyjnych. Informacje są dostarczane przez Grupę Medialną Gruszka i chociaż dokładamy wszelkich starań, aby informacje były aktualne i prawidłowe, nie składamy żadnych oświadczeń ani gwarancji, wyraźnych ani dorozumianych, co do kompletności, dokładności, rzetelności, przydatności lub dostępności w odniesieniu do strony internetowej lub informacji, produktów, usług lub powiązanej grafiki zawartej na stronie internetowej w dowolnym celu. W związku z tym polegasz na takich informacjach wyłącznie na własne ryzyko.

W żadnym wypadku nie będziemy ponosić odpowiedzialności za jakiekolwiek straty lub szkody, w tym między innymi za straty lub szkody pośrednie lub wtórne lub jakiekolwiek straty lub szkody wynikające z utraty danych lub zysków wynikających z lub w związku z korzystaniem z tej witryny .

Za pośrednictwem tej witryny możesz otworzyć linki do innych witryn, które nie są pod kontrolą Grupy Medialnej Gruszka. Nie mamy kontroli nad charakterem, treścią i dostępnością tych witryn. Umieszczenie jakichkolwiek linków nie musi oznaczać rekomendacji ani poparcia wyrażanych w nich poglądów.

Dokładamy wszelkich starań, aby strona internetowa działała sprawnie. Jednakże Grupa Medialna Gruszka nie ponosi odpowiedzialności i nie będzie ponosić odpowiedzialności za czasową niedostępność serwisu z powodu problemów technicznych.

Zastrzeżenie Dotyczące Strony Internetowej

Informacje zawarte na tej stronie służą wyłącznie do ogólnych celów informacyjnych. Informacje są dostarczane przez Grupę Medialną Gruszka i chociaż dokładamy wszelkich starań, aby informacje były aktualne i prawidłowe, nie składamy żadnych oświadczeń ani gwarancji, wyraźnych ani dorozumianych, co do kompletności, dokładności, rzetelności, przydatności lub dostępności w odniesieniu do strony internetowej lub informacji, produktów, usług lub powiązanej grafiki zawartej na stronie internetowej w dowolnym celu. W związku z tym polegasz na takich informacjach wyłącznie na własne ryzyko.

W żadnym wypadku nie będziemy ponosić odpowiedzialności za jakiekolwiek straty lub szkody, w tym między innymi za straty lub szkody pośrednie lub wtórne lub jakiekolwiek straty lub szkody wynikające z utraty danych lub zysków wynikających z lub w związku z korzystaniem z tej witryny .

Za pośrednictwem tej witryny możesz otworzyć linki do innych witryn, które nie są pod kontrolą Grupy Medialnej Gruszka. Nie mamy kontroli nad charakterem, treścią i dostępnością tych witryn. Umieszczenie jakichkolwiek linków nie musi oznaczać rekomendacji ani poparcia wyrażanych w nich poglądów.

Dokładamy wszelkich starań, aby strona internetowa działała sprawnie. Jednakże Grupa Medialna Gruszka nie ponosi odpowiedzialności i nie będzie ponosić odpowiedzialności za czasową niedostępność serwisu z powodu problemów technicznych.