Jaka Polska, taki dramat

O „Byku” Szczepana Twardocha


Chociaż literacką nagrodę Nobla otrzymała Olga Tokarczuk, to Szczepan Twardoch pozostaje polskim pisarzem, o którym mówi się najwięcej. Nie przekłada się to dosłownie na sprzedane nakłady, bo w tym względzie rekordzistą – również

w wymiarze finansowym – okazuje się wydający w zawrotnym tempie powieści sensacyjne Remigiusz Mróz. Ale Twardoch też krzywdy nie ma.

 

Nie straci na pewno na popularności ani jakości kontrowersji, jakie budzi, za sprawą najnowszej swojej produkcji.

 

„Byk” ma literacki format dramatu, ale od razu dodać trzeba, że okazuje się to zawodnym kryterium. Radziłbym się wcale nie

przejmować, że jeden z katowickich teatrów już to wystawia, a publiczność ochoczo oklaskuje tam satyrę na „warszawkę”. Najnowsza książka Twardocha nie jest bowiem dramatem scenicznym w tym sensie, w jakim były nim sztuki Sławomira Mrożka i Ireneusza Iredyńskiego. Raczej przeznaczonym do czytania, takim, jakie pisali wielcy romantycy. Znając ego Twardocha, podejrzewam, że wcale by się nie odżegnywał od tego ostatniego porównania.

 

Niczym u starożytnych Greków mamy jedność czasu, miejsca i akcji. Wszystko rozgrywa się w śląskim mieszkaniu dziadka, już nieżyjącego, gdzie zamyka się wśród sprzętów pozostałych po ukochanym „opie” jak mawia się w śląskiej gwarze,  rejterujący przed poważnymi a na pewno przerastającymi go problemami bohater.

 

Kim jest, dowiadujemy się nie do końca. Niewątpliwie, celebrytą, który odniósł sukces. Teraz na rozdrożu życiowym. Właśnie wywołał straszny skandal, na czym to dokładniej polegało, też nie wiadomo.

 

W mieszkaniu po dziadku chroni się bohater Twardocha przed byłą żoną i aktualnymi współpracownikami, synem, któremu nie umie kazać uczucia i asystentką, którą obrzuca bluzgami. Nie do końca jednak się izoluje, bo jako się rzekło, odbiera telefony komórkowe i czyta sms-y. 

 

Bohater „Upadku” Alberta Camusa nie miał podobnych technicznych możliwości, więc swój rozrachunek z własnym życiem przeprowadzał w barze. Szanowany adwokat paryski, którego los okazał się inny, niż wszyscy się spodziewali.

 

Ale on miał coś do powiedzenia, jego problem nas zajmował i pochłaniał. Bohater Twardocha raczej przeklina, popija whisky z gwinta i wciąga kokę, używając do tego ostatniego celu pozostałego po dziadku niczym rodzinna pamiątka banknotu pięćdziesięciomarkowego. Ale niby co miał mu pozostawić „opa” jak na Śląsku nazywa się dziadka, skoro służył w wermachcie, a potem gdy był w niewoli u Amerykanów, radzieccy żołnierze zgwałcili jego żonę, babcię bohatera.

 

Jednak właśnie tylko z nim wnuk się liczył. Uformowany na obraz i podobieństwo tego, który został wreszcie sztygarem, więc kimś. Wnuk we wszystkim starał się go naśladować. Chociaż wielki wstyd dziadkowi przyniósł, nie dostając się na wydział prawa. Co pamięta wciąż lepiej, niż szczegóły incydentu, kiedy niedawno tak strasznie narozrabiał, że jedno z wydawnictw

oferuje mu 300 tys zł – i to netto – za skandalizującą autobiografię.

 

Zawiódł dziadka. O tym była już mowa. Na prawo się nie dostał. Przyszło mu więc zostać tylko celebrytą, znanym z tego, że jest znany. 

 

Nienawidzi jednak zarazem mediów, komercji, świata, z którego żyje, kolegów. Nawet Polski i polskości, przynajmniej tak to

wygląda. 

 

Co mu ta Polska zrobiła? Prześladowano go wprawdzie w szkole, ale była to przecież zwykła śląska podstawówka, postępowały więc tak dzieci swojskich „hanysów” i „goroli”, a ściślej pozwalały sobie na to, póki starszy kuzyn bohatera nie pojawił się tam i nie wtłukł dla odmiany z kolei tym, co się znęcali.

 

Nie kuzyna jednak kocha bohater, nie żonę ani dzieci, chociaż płaci na nich wszystkich po rozwodzie regularnymi przelewami, jak się szybko dowiadujemy – ale nieżyjącego od lat dziadka.

 

Opa to był ktoś. Weteran z wermachtu i sztygar. Wnuk we wszystkim go naśladuje.

 

Dlatego to on właśnie stanie się tytułowym Bykiem. Całe życie walczy. Aż znajdzie się na rozdrożu.

 

Nie musimy znać wszystkich szczegółów, do końca tajemnica spowija zarówno przebieg awantury, jaką wywołał – jak i branżę w jakiej działa. Dowiadujemy się tyle, że po tym, co zrobił, przestanie być dyrektorem instytucji, którą kierował.

 

Kiedyś w takich sytuacjach rozmawiało się z Bogiem. Bohaterowi jednak udaje się wyłącznie dialog z dziadkiem. Odszedł wiele lat temu, ale wciąż wyznacza trajektorię życia naszego Byka.

 

Bo chociaż go nie polubimy – bo się po prostu nie da – z biegiem akcji staje się on nasz. Innej postaci na scenie przecież  nie ma. Obecne są, ale za drzwiami, w które łomoczą, albo objawiają swoje istnienie pikaniem telefonu komórkowego.

 

Nie lubimy Byka. Ale czasem się z nim zgadzamy. Jak wtedy, gdy wykpiwa reżyserkę, w której nietrudno rozpoznać Agnieszkę Holland za to, że w trakcie demonstracji opozycyjnej pozowała do fotografii naprzeciw szpaleru policjantów. I zestawia jej jałowo reklamiarski gest z podobnymi zdjęciami studentów chińskich z pl. Tienanmen czy białoruskich oponentów Aleksnadra

Łukaszenki, którzy za podobne kadry zapłacić mogli własnym życiem. A nie utratą nominacji do nagrody państwowej.

 

Nie jest to bowiem sztuka o jakimś pijaku czy narkomanie, nawet z górnej półki. Tylko o nas samych, o Polsce, o Śląsku oczywiście też, bo rezygnując z tego tematu Twardoch przestałby być sobą. Na razie jednak utrata tożsamości mu nie grozi.     

Inter arma silent musae, podczas wojny muzy sztuki milczą, powiadali starożytni. Dziś jak widać to nieprawda, a przynajmniej nie do końca, skoro najnowsza książka Twardocha pojawia się w księgarniach akurat podczas wojny na Ukrainie. I nagle okazuje się, że rację mieli jednak dawni mędrcy. Problemy bohatera i nawet nas samych z tożsamością, dylematy nie kończącej się transformacji i komercjalizacji życia ostatnich trzech dekad – maleją i karleją wobec tego, co dzieje się za wschodnią granicą. O rzeczywiste problemy współczesnej Europy lepiej spytać kogoś z 3,2 milionów naszych nowych sąsiadów, którzy przed nimi właśnie do Polski uciekli.

 

Twardoch zapamiętany wcześniej z „Królestwa” rozgrywającego się w gruzach po Powstaniu Warszawskim czy z „Morfiny”

o odradzaniu się życia po klęsce wrześniowej lepiej do tego świata pasuje niż jego najnowsza opowieść o problemach celebryty. 


Łukasz Perzyna – dziennikarz PNP 24.PL, „Opinii” oraz „Samorządności” i portalu wio.waw.pl.  Autor filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz jedenastu książek o polityce i historii najnowszej, w tym biografii Andrzeja Ostoi-Owsianego. Pracował dla wydawanej poza cenzurą prasy KPN („Orzeł Biały”) i Regionu

Świętokrzyskiego Solidarności („Nurt”, „Ulotka Świętokrzyska”), a w nowej Polsce w „Obserwatorze” i „Wiadomościach TVP” oraz „Gazecie Wyborczej”, „Obserwatorze Codziennym”, „Sztandarze”, „Życiu” i kwartalniku „InGreen”. Absolwent warszawskiego Liceum Batorego i polonistyki UW, studiował również dziennikarstwo.


Email

kontakt@gruszka.com


Telefon

+48 512 239 167


Zastrzeżenie Dotyczące Strony Internetowej

Informacje zawarte na tej stronie służą wyłącznie do ogólnych celów informacyjnych. Informacje są dostarczane przez Grupę Medialną Gruszka i chociaż dokładamy wszelkich starań, aby informacje były aktualne i prawidłowe, nie składamy żadnych oświadczeń ani gwarancji, wyraźnych ani dorozumianych, co do kompletności, dokładności, rzetelności, przydatności lub dostępności w odniesieniu do strony internetowej lub informacji, produktów, usług lub powiązanej grafiki zawartej na stronie internetowej w dowolnym celu. W związku z tym polegasz na takich informacjach wyłącznie na własne ryzyko.

W żadnym wypadku nie będziemy ponosić odpowiedzialności za jakiekolwiek straty lub szkody, w tym między innymi za straty lub szkody pośrednie lub wtórne lub jakiekolwiek straty lub szkody wynikające z utraty danych lub zysków wynikających z lub w związku z korzystaniem z tej witryny .

Za pośrednictwem tej witryny możesz otworzyć linki do innych witryn, które nie są pod kontrolą Grupy Medialnej Gruszka. Nie mamy kontroli nad charakterem, treścią i dostępnością tych witryn. Umieszczenie jakichkolwiek linków nie musi oznaczać rekomendacji ani poparcia wyrażanych w nich poglądów.

Dokładamy wszelkich starań, aby strona internetowa działała sprawnie. Jednakże Grupa Medialna Gruszka nie ponosi odpowiedzialności i nie będzie ponosić odpowiedzialności za czasową niedostępność serwisu z powodu problemów technicznych.

Zastrzeżenie Dotyczące Strony Internetowej

Informacje zawarte na tej stronie służą wyłącznie do ogólnych celów informacyjnych. Informacje są dostarczane przez Grupę Medialną Gruszka i chociaż dokładamy wszelkich starań, aby informacje były aktualne i prawidłowe, nie składamy żadnych oświadczeń ani gwarancji, wyraźnych ani dorozumianych, co do kompletności, dokładności, rzetelności, przydatności lub dostępności w odniesieniu do strony internetowej lub informacji, produktów, usług lub powiązanej grafiki zawartej na stronie internetowej w dowolnym celu. W związku z tym polegasz na takich informacjach wyłącznie na własne ryzyko.

W żadnym wypadku nie będziemy ponosić odpowiedzialności za jakiekolwiek straty lub szkody, w tym między innymi za straty lub szkody pośrednie lub wtórne lub jakiekolwiek straty lub szkody wynikające z utraty danych lub zysków wynikających z lub w związku z korzystaniem z tej witryny .

Za pośrednictwem tej witryny możesz otworzyć linki do innych witryn, które nie są pod kontrolą Grupy Medialnej Gruszka. Nie mamy kontroli nad charakterem, treścią i dostępnością tych witryn. Umieszczenie jakichkolwiek linków nie musi oznaczać rekomendacji ani poparcia wyrażanych w nich poglądów.

Dokładamy wszelkich starań, aby strona internetowa działała sprawnie. Jednakże Grupa Medialna Gruszka nie ponosi odpowiedzialności i nie będzie ponosić odpowiedzialności za czasową niedostępność serwisu z powodu problemów technicznych.