Monopol i obywatel


Wbrew tytułowi nie będzie to tekst o cenach wódki. Lecz o dobrach duchowych. A może o wolności nawet ..

 

Bez konkurencji degeneruje się nie tylko władza, prasa też. Kto nie wierzy, niech spyta Adama Michnika, chociaż zapewne bardzo go rozzłości. Dlatego warto wspomnieć przypadek „Obserwatora Codziennego”, który ucieleśniał pluralizm, chociaż długo na rynku medialnym nie przetrwał.

 

Pomimo trwającej pandemii i wojny tuż za wschodnią granicą potwierdza się stare powiedzenie, że my Polacy najlepiej umiemy obchodzić przepisy i rocznice. Świętuje się ćwierćwiecze Konstytucji, chociaż przyjęta wtedy nieznaczną różnicą głosów przypomina instrukcję obsługi i wciąż dzieli Polaków, co nie oznacza, że wolno ją łamać, o czym władza zapomina. Zaraz fetować się będzie rocznicę odwołania rządu Jana Olszewskiego, chociaż czcić raczej warto osiągnięty wtedy po raz pierwszy po zmianie ustrojowej wzrost gospodarczy: sukces tym większy, że Mecenas utrzymywał, że na ekonomii się nie zna, ale dobrał sobie ludzi, którzy dobry efekt osiągnęli. W tym natłoku okazji nie trzeba też zapominać o 30-leciu zamknięcia „Obserwatora Codziennego”, bo gdyby ten dziennik przetrwał – polskie media i życie publiczne wyglądałyby inaczej. 

 

We Francji debata publiczna toczy się nie tylko w parlamencie, ale również na łamach „Le Figaro” i „Le Monde”. Również w Niemczech „Frankfurter Allgemeine Zeitung” nie pisze tego samego co „Bild”. Miarą opiniotwórczości mediów w największych demokracjach zachodnich pozostaje choćby fakt, że to „FAZ” a nie żaden z polityków z Bundestagu pierwszy zdefiniował rolę Polski w obecnym kryzysie związanym z wojną na Ukrainie jako przyjmowanie uchodźców. Jak się później okazało, nie pomylił się nawet na jotę.

 

Ulubiony samochód Henry’ego Forda czyli czemu monopol niszczy monopolistę

 

W polskiej prasie codziennej w ponad 30 lat po odzyskaniu niepodległości za pluralizm starczyć muszą wiadomości o sporze między redakcją „Gazety Wyborczej” a wydającą ten dziennik spółką Agora albo o rozstaniu z tym tytułem Konstantego Geberta (Dawida Warszawskiego), spowodowanym próbą ocenzurowania przez redaktorów tekstu o Ukrainie.

 

Na rynku – jeśli w tej sytuacji o nim mówić jeszcze w ogóle można – pozostał bowiem jeden tylko profesjonalny dziennik prasowy. Przed stuleciem sam Henry Ford oznajmiał, że każdy Amerykanin może mieć swój ulubiony samochód, pod warunkiem, że będzie to produkowany przez niego Model T z lakierem koloru czarnego. Dziś mamy podobnie jeden dziennik malujący zwykle świat… w obowiązkowo czarnych barwach.

 

Tym bardziej warto przypominać próby stworzenia alternatywy dla „Gazety Wyborczej”. Nawet jeśli okazały się

krótkotrwałe. Doskonałą po temu okazją wydaje się trzydzieści lat, jakie właśnie mijają od zamknięcia liberalno-demokratycznego dziennika „Obserwator Codzienny” z młodym zespołem, kierowanym przez charyzmatycznego intelektualistę ze środowiska drugoobiegowej a potem zalegalizowanej „Res Publiki” Damiana Kalbarczyka. Potem było jeszcze „Życie” Tomasza Wołka. Każdy z tych tytułów różnił się zasadniczo od kierowanej przez Adama Michnika „Gazety…”. Nie w kategoriach typu: lepsze – gorsze. Po prostu pozostawały inne od produktu, wytwarzanego na Czerskiej.

 

Dziś, gdy uwagę medioznawców pochłania spór między „Agorą” a „Gazetą” niby dotyczący biznesowych priorytetów

(sieć czy papier) a w istocie podejścia do władzy – szefowie spółki negatywnie bowiem reagują na straty spowodowane organizowaniem przez redaktorów frontu odmowy wobec PiS, skutkujące utratą oficjalnych reklam i ogłoszeń rządowych –

powraca sens dawnego powiedzenia demokratów.

 

Monopol szkodzi samemu monopoliście.

 

Dowodzi tego zarówno zimna wojna domowa w obrębie biurowca na Czerskiej gdzie siedzibę mają „Gazeta” i wydająca ją spółka, jak sposób potraktowania dawnej ikony drugiego obiegu i jednego z najbardziej cenionych polskich publicystów, autora książki „Mebel” o Okrągłym Stole czy „Obrony poczty sarajewskiej” o walkach w Jugosławii – Konstantego Geberta pisującego od lat pod rozpoznawalnym i budującym markę prestiżowej niezależności pseudonimem Dawid Warszawski. Człowieka zarazem uprzejmego i odważnego. Profesjonalisty i erudyty. Nie z obowiązku się z nim rozmawiało. Sprawiało to przyjemność. A jego zawalone od podłogi aż po sufit książkami mieszkanie przy warszawskiej uliczce Gałczyńskiego sprawiało wrażenie świątyni mądrości.  

 

Grzech pierworodny, czyli posady dla obu braci Kurskich

 

Źródłem późniejszego monopolu okazała się taktyka władzy z czasów zmiany ustrojowej, rządzący zwlekali wówczas ze zniesieniem cenzury. Monopol zresztą jak się wydaje w założeniu projektowany był bardziej… jako duopol, ale środowisko ówczesnego Porozumienia Centrum do podziału łupów nie dorosło, bo zabrakło mu elementarnych zdolności biznesowych, o czym świadczy rynkowa klęska – pomimo uprzywilejowania – „Tygodnika Solidarność”. Za to „Gazeta Wyborcza” wyszła na swoje, aż miło. Tyle, że dziś sprzedaje 57 tys egzemplarzy dziennie (najnowsze dane za IV kwartał 2011 r.), podczas gdy w czasach świetności przed ćwierćwieczem było ich dziesięć razy więcej. Ale zawsze można powiedzieć, że czytelnicy nie dorośli, całkiem jak wyborcy w 1990 r, kiedy to woleli wpuścić do drugiej tury walki o prezydenturę Stanisława Tymińskiego od Tadeusza Mazowieckiego. Zresztą mag z Peru i tak przegrał z Lechem Wałęsą, wobec którego „Wyborcza” z dnia na dzień zmieniła front.

 

Tytuły pozostałe po koncernie KC PZPR, utrzymywanej przez nas wszystkich, podatników Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej „Prasa – Książka – Ruch”, Komisja Likwidacyjna, w której zasiadał wtedy m.in. Donald Tusk, porozdawała ugrupowaniom politycznym – jak rzecz ujmuje Jan Bryłowski – na zmarnowanie. Wyjątek stanowiła przeciwna Okrągłemu Stołowi i rządowi Mazowieckiego Konfederacja Polski Niepodległej, bo przeciwko przydzieleniu jej „Sztandaru Młodych” zaprotestował jakoby „zespół dziennikarski”, a ściślej dawni autorzy okolicznościowych wstępniaków pierwszomajowych, których protest uznały obłudne „solidaruchy” z komisji. 

 

Decydować miał, jak wyłuszcza z ironią wieloletni dziennikarz drugoobiegowego „Przeglądu Wiadomości Agencyjnych” Bryłowski: „rynek, na którym żeby się utrzymać, trzeba było korzystać z sieci oficjalnego kolportażu. Jeśli oficjalnego, to trzeba było zarejestrować pismo i – na co zgody być nie mogło – poddać je cenzurze tj. Głównemu Urzędowi Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, który w dalszym ciągu ze swej centrali na Mysiej 2 w Warszawie kierował czterdziestoma dziewięcioma delegaturami w każdym z ówczesnych województw (..). Smutkiem napawa wspomnienie, że – licząc od wyborów parlamentarnych – 4 czerwca czy daty 12 września 1989 roku, kiedy powstał rząd Mazowieckiego – jeszcze prawie rok funkcjonowała w Polsce, jak na urągowisko, cenzura. Bagatelizuje się dziś ten fakt (..) ale z pewnością miało to znaczenie dla losów „PWA” i innych pozacenzurowych pism”[1]. 

 

Kropkę nad „i” stawia inny bohater ze środowiska prasy niezależnej Jan Doktór: „cenzura obowiązywała do czerwca 1990 roku. Wystarczająco długo, by nie przetrwało żadne pismo niezależne, odmawiające poddania się cenzurze i skrystalizowane wokół niego środowisko. Bez możliwości zakupu po „państwowych” cenach papieru, bez dostępu do drukarni i sieci kolportażu niezależne pisma nie miały żadnych szans. Co gorsza, wszystko to działo się w całkowitym milczeniu, tak jakby wokół istnienia cenzury w wolnej Polsce i padania pism niezależnych panowała zmowa milczenia. „Gazeta Wyborcza” i „Tygodnik Solidarność” zachowały w tej kwestii całkowitą dyskrecję. Miało to swoją cenę w dramatycznym procesie transformacji. Niszcząc prasę niezależną – centralną, regionalną i zakładową – zniszczono jedyne efektywne narzędzie społecznej kontroli nad przebiegiem procesów demokratyzacji i prywatyzacji, uwłaszczania się dawnych i nowych elit” [2]. Co nie znaczy oczywiście, o czym już była mowa, że brakowało prób przełamania monopolu. Warto więc przypomnieć jedną z nich.

 

Krótka historia jednego dziennika

 

Telewizyjny program informacyjny „Obserwator” w latach 1990-91 ukazujący się na antenie „Dwójki” od poniedziałku do

soboty zawsze o godz. 19 stał się symbolem jako pierwszy w historii TVP dziennik bez komunistów. Zaś zdjęcie go z anteny spowodowało dziesięciodniowy strajk połączony z okupowaniem pomieszczeń redakcyjnych przez zespół. Do jego uczestników mam zaszczyt się zaliczać.  

 

Zainteresowanie przejęciem logotypu Obserwatora a tym samym prawa do legendy pierwszego strajku w historii Telewizji Polskiej w obronie wolności słowa wyraził reemigrant i przedsiębiorca Wiktor Kubiak. Wtedy był sponsorem rządzącego Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Szokować to może, że właśnie z nim się dogadaliśmy, skoro to premier Jan Krzysztof Bielecki oraz rzecznik rządu Andrzej Zarębski z poduszczenia przestawiającego się na sojusz z byłymi komunistami prezydenta Lecha Wałęsy przesądzili o zdjęciu programu z anteny. 

 

Politykę pojmowaliśmy wtedy bez zacietrzewienia. W kategoriach dobra wspólnego. Również później, kiedy rząd się zmienił, wobec kolejnej ekipy Jana Olszewskiego przyjęliśmy – w odróżnieniu od rozhisteryzowanej „Gazety Wyborczej” – postawę roztropnej opozycyjności, wiele posunięć władzy stanowczo krytykując, ale zarazem ciesząc się na łamach z pierwszego osiągniętego po zmianie ustrojowej wzrostu gospodarczego, który stanowił główną zasługę zespołu Szlachetnego Mecenasa. A dla milionów zwykłych ludzi – dowód, że warto było zmieniać ustrój. 

 

Już pierwsze spotkanie zespołu z Kubiakiem wywarło na nas spore wrażenie. Pozostawał barwną postacią. Oprócz KLD sponsorował musical „Metro”, pierwszą w Polsce produkcję teatralną w amerykańskim stylu. Stał się odkrywcą talentów Katarzyny Górniak i późniejszej zwyciężczyni konkursu piosenki Eurowizji Edyty Górniak.

 

Zamiast sztywniaka w garniaku zobaczyliśmy rozluźnionego faceta w kraciastej koszuli, który w swoim biurowcu zamiast kawą podjął nas colą w puszkach. I powiedział, że chciałby mieć taką gazetę, którą mógłby co rano przeczytać przy śniadaniu bez wstydu i z zadowoleniem. A wobec sytuacji na rynku mediów – gdzie jego zdaniem wpływy podzieliły między siebie „nowa

gangsterka liberalna i stara gangsterka komunistyczna” – nie widzi innego wyjścia, niż samemu taką gazetę założyć. Tak też się stało.  

 

Początki były trudne. Kiedy jako kierownikowi największego działu krajowego Anna Maruszeczko (później prowadząca w TVN popularny wyciskacz łez „Wybacz mi”) dostarczyła mi do sprawdzenia tekst, w którym znalazły się słowa „rezygnacja niektórych członków komisji wyborczych spowodowana jest ich śmiercią” – powiedziałem, że wiem, kto w przyszłości napisze mój nekrolog. Z trudem przyszło mi zachować spokój, gdy córka tokarza Dorota Boruszkowska w relacji z obchodów upamiętniających Janusza Korczaka napisała, że uroczystość odbyła się „w rocznicę dobrowolnego przemarszu doktora wraz z grupą dzieci na Umschlagplatz”. W tym już wypadku każdy żart rozładowujący sytuację wydawał się nie na miejscu. Uczyliśmy się jednak na błędach, które poprawiałem mozolnie. A dzięki pieniądzom Kubiaka spełniła się moja ambicja ściągnięcia najzdolniejszych z młodych roczników. 

 

Za tematykę związkową odpowiadał u mnie Mirosław Mikulski, który wcześniej jako fotoreporter drugiego obiegu wyskakiwał zza szpaleru demonstrantów, bez drżenia ręki robił zdjęcie zomowcom i chował się na powrót wśród ludzi. Jego reporterskie fotogramy przekazywałem w latach 80 m.in. Jarosławowi Malikowi, prowadzącemu pisma niezależne w Regionie Świętokrzyskim.

 

Korespondentką w Moskwie została Natasza Bryżko ze środowiska Liberalno-Demokratycznej Partii „Niepodległość”, później

tłumaczka literatury ukraińskiej (przełożyła kultowe „Riwne/Rowno” Ołeksandra Irwanca) oraz pracownica polskiej dyplomacji na Wschodzie.

 

Szybko łamy „Obserwatora Codziennego” stały się miejscem spotkania markowych komentatorów jak autor zaczytywanej w czasach bibuły przez studentów broszury „Józef Piłsudski: ewolucja myśli politycznej” Marcin Król czy twórca Ośrodka Studiów Wschodnich Marek Karp, pracujących w sekretariacie redakcji kulturoznawców i erudytów jak Mirosław Pęczak czy Piotr Bratkowski oraz młodych ludzi, dla których szkołą bardziej niż uniwerek czy polibuda stał się przedtem drugi obieg.

 

Przyszły też sukcesy. Ujawniliśmy na łamach, że jeden z organizatorów stowarzyszenia niby to wspierającego zmiany w wojsku, przedtem w czasach LWP znęcał się okrutnie nad rekrutami. Kariera zupaka skończyła się za sprawą odkrywcy tej ponurej prawdy Huberta Stadnickiego, dziś właściciela agencji reklamy nagradzanej w branżowych konkursach i zatrudniającej około dwudziestki „kreatywnych”. Zaś gdy w Porozumieniu Centrum doszło do rozłamu, bo grającemu na nową „proeuropejską i oświeconą” koalicję z Unią Demokratyczną prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu przeciwstawiła się grupa młodych posłów z Andrzejem Anuszem na czele, domagająca się szczerego poparcia dla mec. Olszewskiego i jego rządu przełomu – czytelnicy informacji o tym szukali u nas a nie w „Wyborczej”, bo były sprawdzone i rzetelne.

 

W redakcji dominował luz, czasem dziewczyny biegały na bosaka, wszyscy mówiliśmy sobie po imieniu, kawę każdy sobie sam robił. Nie spieraliśmy się o ideologię, nie rozprawialiśmy o etosie jak sekta z Czerskiej. Liczyło się, czy informacja jest pewna, a nie komu jej podanie pomoże czy zaszkodzi. Młodzi ludzie pracowali przez sześć dni w tygodniu od 9 do 23, nie licząc dojazdów, ale nikt się nie skarżył. Za ciężką i wyczerpującą robotę, choć często jeszcze przed dyplomem, zarabiali kilkakrotnie więcej niż ich rodzice z tytułami inżynierów i magistrów. Polska przechodziła właśnie przez trudny czas pauperyzacji inteligencji, wielu przekonywało nas wtedy, że ta zasłużona w historii grupa społeczna rozpadnie się wkrótce na niedoinwestowaną sferę budżetową i optymistycznie nastawioną i awansującą materialnie klasę średnią.

 

Wiktor Kubiak dotrzymał słowa. Zobowiązał się do finansowania pisma przez rok. Po tym czasie „Obserwator Codzienny” miał zacząć na siebie zarabiać. Niestety okazało się, że 11 tys. sprzedawanych codziennie egzemplarzy gazety nie rokuje samowystarczalności. 

 

Gdybyśmy czasu mieli więcej, wynik okazałby się inny. Z badań ankietowych, przeprowadzonych wtedy wśród studentów dziennikarstwa, wynikało, że za swoje ulubione pismo uznawali oni wcale nie „Gazetę Wyborczą” lecz „Obserwatora Codziennego”. Oznacza to, że jeślibyśmy przetrwali dłużej – do momentu, kiedy ci młodzi w swoich redakcjach zaczną decydować, co cytują w artykułach i na antenie – los dziennika okazałby się lepszy. Jednak nieudana komercyjnie eskapada „Metra” na Broadway uczyniła rozmowę z Kubiakiem o prolongacie terminów niemożliwą. Deadline pokazał, co znaczy po angielsku – pogadywaliśmy między sobą z czarnym humorem. Po ostatnim dniu naszej pracy na komputerze graficznym pośrodku newsroomu pozostało na ekranie ogromną czcionką imponujące: logout. 

   

Paradoksalnie warto przytoczyć laurkę, jaką antykomunistycznemu i liberalnemu „Obserwatorowi Codziennemu” namalował na łamach należącego do komunisty Jerzego Urbana „Nie” redaktor Piotr Gadzinowski, którego można nie lubić, ale trudno przyjąć, że na mediach się nie zna, bo stanowiłoby to wyraz zacietrzewienia. Tak charakteryzował oryginalność dziennika na tle prasy lat 90: „Obserwator Codzienny też był zaprzeczeniem. Inna forma, inny sposób łamania, niż w pozostałych dziennikach. Inne zasady rekrutacji dziennikarzy. Tworzyła go pokoleniowa grupa przyjaciół. Młodych, bez dziennikarskich doświadczeń, ale wolnych od skażeń i naleciałości „starego”” [3].  

 

Kogo razi cytowanie tygodnika „Nie”, temu przypomnę rozważania z wywodzącej się z KPN „Opinii”: „Jeśli Obserwator Codzienny był porażką – to takich klęsk gotów jestem przeżyć jak najwięcej. W odróżnieniu od gości z Czerskiej nie staliśmy się sektą ani nie truliśmy o etosie. Jako typowa grupa sytuacyjna znaleźliśmy się w jednym czasie i miejscu, by robić żywą gazetę a nie ideologię” [4]. Tylko tyle i aż tyle.

 

Nie martwmy się, gorzej mają w Kairze i Taszkencie

 

Oczywiście pozostaje internet. Ważny również dla mieszkańców państw arabskich czy krajów poradzieckich, gdzie sieć zapewnia jedyną nie skrępowaną przez władzę ani motywowaną korporacyjnym interesem informację.

 

Jednak racja, w imię której założyciel „Obserwatora Codziennego” powoływał przed 30 laty do życia to pismo: że każdy Polak ma prawo mieć taką gazetę, którą codziennie mógłby przeczytać przy śniadaniu jako własną – pozostaje również prawem obywatelskim. Zapewne nie jedynym, które nie jest respektowane we współczesnej Polsce. Z niego też bierze się

możliwość realizacji wielu innych, podobnie istotnych. W tym prawa do kontroli świata polityki, które rodzi się z rzetelnej informacji o jego działaniach.  

 

[1] Jan Bryłowski. Warto było [w książce zbiorowej:] Przegląd Wiadomości Agencyjnych 1984-1990. Przerwana historia ilustrowanej bibuły. Wyd. Dom na Wsi, Ossa 2009, s. 134-135

[2] Jan Doktór. Stasia i ja [w książce zbiorowej:] Przegląd… op. cit, s. 145

[3] Piotr Gadzinowski. Cienki Bolek z miliardami. „Nie” nr 23 z 4 czerwca 1992

[4] Łukasz Perzyna. Liberalizm codzienny. Krótka historia jednego dziennika. „Opinia” nr 16 jesień 2017, s. 203 

 


Łukasz Perzyna – dziennikarz PNP 24.PL, „Opinii” oraz „Samorządności” i portalu wio.waw.pl.  Autor filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz jedenastu książek o polityce i historii najnowszej, w tym biografii Andrzeja Ostoi-Owsianego. Pracował dla wydawanej poza cenzurą prasy KPN („Orzeł Biały”) i Regionu Świętokrzyskiego Solidarności („Nurt”, „Ulotka Świętokrzyska”), a w nowej Polsce w „Obserwatorze” i „Wiadomościach TVP” oraz „Gazecie Wyborczej”, „Obserwatorze Codziennym”, „Sztandarze”, „Życiu” i kwartalniku „InGreen”. Absolwent warszawskiego Liceum Batorego i polonistyki UW, studiował również dziennikarstwo.


Email

kontakt@gruszka.com


Telefon

+48 512 239 167


Zastrzeżenie Dotyczące Strony Internetowej

Informacje zawarte na tej stronie służą wyłącznie do ogólnych celów informacyjnych. Informacje są dostarczane przez Grupę Medialną Gruszka i chociaż dokładamy wszelkich starań, aby informacje były aktualne i prawidłowe, nie składamy żadnych oświadczeń ani gwarancji, wyraźnych ani dorozumianych, co do kompletności, dokładności, rzetelności, przydatności lub dostępności w odniesieniu do strony internetowej lub informacji, produktów, usług lub powiązanej grafiki zawartej na stronie internetowej w dowolnym celu. W związku z tym polegasz na takich informacjach wyłącznie na własne ryzyko.

W żadnym wypadku nie będziemy ponosić odpowiedzialności za jakiekolwiek straty lub szkody, w tym między innymi za straty lub szkody pośrednie lub wtórne lub jakiekolwiek straty lub szkody wynikające z utraty danych lub zysków wynikających z lub w związku z korzystaniem z tej witryny .

Za pośrednictwem tej witryny możesz otworzyć linki do innych witryn, które nie są pod kontrolą Grupy Medialnej Gruszka. Nie mamy kontroli nad charakterem, treścią i dostępnością tych witryn. Umieszczenie jakichkolwiek linków nie musi oznaczać rekomendacji ani poparcia wyrażanych w nich poglądów.

Dokładamy wszelkich starań, aby strona internetowa działała sprawnie. Jednakże Grupa Medialna Gruszka nie ponosi odpowiedzialności i nie będzie ponosić odpowiedzialności za czasową niedostępność serwisu z powodu problemów technicznych.

Zastrzeżenie Dotyczące Strony Internetowej

Informacje zawarte na tej stronie służą wyłącznie do ogólnych celów informacyjnych. Informacje są dostarczane przez Grupę Medialną Gruszka i chociaż dokładamy wszelkich starań, aby informacje były aktualne i prawidłowe, nie składamy żadnych oświadczeń ani gwarancji, wyraźnych ani dorozumianych, co do kompletności, dokładności, rzetelności, przydatności lub dostępności w odniesieniu do strony internetowej lub informacji, produktów, usług lub powiązanej grafiki zawartej na stronie internetowej w dowolnym celu. W związku z tym polegasz na takich informacjach wyłącznie na własne ryzyko.

W żadnym wypadku nie będziemy ponosić odpowiedzialności za jakiekolwiek straty lub szkody, w tym między innymi za straty lub szkody pośrednie lub wtórne lub jakiekolwiek straty lub szkody wynikające z utraty danych lub zysków wynikających z lub w związku z korzystaniem z tej witryny .

Za pośrednictwem tej witryny możesz otworzyć linki do innych witryn, które nie są pod kontrolą Grupy Medialnej Gruszka. Nie mamy kontroli nad charakterem, treścią i dostępnością tych witryn. Umieszczenie jakichkolwiek linków nie musi oznaczać rekomendacji ani poparcia wyrażanych w nich poglądów.

Dokładamy wszelkich starań, aby strona internetowa działała sprawnie. Jednakże Grupa Medialna Gruszka nie ponosi odpowiedzialności i nie będzie ponosić odpowiedzialności za czasową niedostępność serwisu z powodu problemów technicznych.