O torcie i stoliku

Przyczyną kryzysu mediów w Polsce nie są obecnie zawłaszczający je politycy – ich poprzednikom zdarzało się zachowywać podobnie, lepiej tylko się maskowali – ani stolik dziennikarski w Sejmie, tak zabawnie scharakteryzowany ostatnio przez Miłosza Kłeczka. Nie stanowi jej też tolerowanie patologicznych zachowań osobników pokroju Tomasza Lisa, chociaż przyprawiają one gębę nam wszystkim, bo przecież w potocznym odbiorze to też dziennikarz, a nie celebryta czy propagandysta. 
 
Media pozostają tendencyjne a zarazem słabe i bojaźliwe, bo po zmianie ustroju świeża władza przez rok zwlekała ze zniesieniem cenzury w Polsce, czekając aż zwolennicy Tadeusza Mazowieckiego i Lecha Wałęsy podzielą między siebie tytuły i programy. W ponad dekadę później wkraczające do Polski niemieckie koncerny medialne zamiast równości zyskały przywileje kosztem padających jak muchy rodzimych środków przekazu. Zaś gdy kolejna dekada minęła, PiS kopnął w stół, bo nawet nie potrafił po swojemu tortu na nim pokroić. 
 
Z takim obrzydlistwem dawno nie mieliśmy do czynienia w życiu publicznym: Tomasz Lis, który niedawno stracił posadę naczelnego springerowskiego tygodnika “Newsweek Polska” w związku z zarzutami molestowania i mobbingowania podwładnych, nie tylko występuje w sieci jako komentator życia publicznego, ale obraża innych. Z zemsty za to, że Szymon Hołownia nie podporządkowuje się Donaldowi Tuskowi, Lis ukuł neologizm “kałownia”. Już Józef Piłsudski zauważył przed stuleciem, że polskie życie publiczne staje się wychodkiem.  Przeciw ekscesom Lisa jakoś nie protestują intelektualiści, którzy niedawno 447 podpisami (pretendujący do tego zaszczytnego miana mnożą się bowiem jak króliki) wsparli niedawno ideę jedynie słusznej jednej listy opozycji pod wodzą Tuska. Co znaczące – elaboratu tego nie sygnowało żadne z dwojga polskich intelektualistów najbardziej w świecie znanych: literacka noblistka Olga Tokarczuk ani laureat Oscara Paweł Pawlikowski. Inteligenckiej drobnicy zaś kloaczny styl Lisa wcale nie przeszkadza. “Dlaczego siedzisz w błocie, pytał Litwin diabła lub Pińczuka. Siedzę, bom przywyknął” – opisywał podobne postawy wieszcz narodowy Adam Mickiewicz. Nie ma zaś dziś Piłsudskiego, który równie ostrym słowem by je napiętnował, chociaż do roli naczelnika pretenduje powszechnie znany polityk, którego z Napoleonem łączy głównie niski wzrost. Chociaż jak wiemy 13 grudnia spał do południa, a Cesarzowi Francuzów wystarczyły cztery godziny snu na dobę.
 
Z bluzgów Lisa trudno jednak wyprowadzać wnioski o stanie polskiego dziennikarstwa. Skandalista, wyrzucany kolejno z wszystkich ogólnopolskich stacji telewizyjnych, wbrew pozorom nie jest wcale dziennikarzem, lecz wyłącznie celebrytą. Medialną kreacją, męskim odpowiednikiem lalki Barbie. 


Demokracja medialna czyli kto skontroluje kontrolerów


Za to dziennikarz z krwi i kości, nieugięty w swoich poszukiwaniach Szymon Jadczak okazał się właśnie tym, który nieprawości Lisa zdemaskował. Ujawnił, jak poniewiera podwładnymi, obłapia, obściskuje i obraża. Nie uląkł się znanego z mściwości gwiazdorka o niemęskim charakterze, podobnie jak wcześniej kiboli krakowskiej Wisły, kiedy ujawnił, jak ich doszczętnie skryminalizowane środowisko przejęło jeden z najbardziej zasłużonych klubów piłkarskich w Polsce. Starczyło zarówno na reportaż jak na inspirowany nim film Patryka Vegi “Bad boy” o stadionowych gangsterach.  
 
Z drugiej strony kraj, w którym medialni gwiazdorzy niewiele różnią się od chuliganów z ligowych trybun trudno nazwać ustabilizowaną w tym sensie, że niełatwo wyobrazić sobie, w jaki sposób środowisko żurnalistów tyle lat tolerujące gorszące ekscesy Lisa i spuszczające na nie zasłonę milczenia, miałoby kontrolować świat polityki, a taka jest przecież dziennikarska funkcja i rola w demokracji. 
 
W kontekst tego pytania wpisuje się niebanalna ocena stolika dziennikarskiego (czasem zwanego też prasowym) dokonana przez Miłosza Kłeczka w wywiadzie dla jednego z pisowskich tygodników [1]. Mniejsza o miejsce publikacji. Jeśli kogoś zbulwersuje, że przywołuję tygodnik “Sieci” uchodzący za partyjną gadzinówkę i plugawo osławiony publikacją wywiadu z rosyjskim ambasadorem Siergiejem Andriejewem akurat w czasie, gdy putinowskie tanki ruszyły na podbój Ukrainy – wspomnę, że w czasach gdy z obecnym twórcą Gruszki Jarosławem Malikiem współpracowałem przy jego niezależnych inicjatywach medialnych w Regionie Świętokrzyskim (“Nurt”, Skarżyska Oficyna Wydawnicza SOWA i “Ulotka Świętokrzyska”), szokowałem też wiele razy kolegów z uniwersyteckiej polonistyki regularnym czytaniem “Trybuny Ludu”.  Nie jest bowiem ważne, kto mówi i gdzie, tylko czy ma rację. A charakterystykę stolika, dokonaną przez wybijającego się dziennikarza TVP można przyjąć lub odrzucić, ale za banalnej uznać się jej nie da. Kłeczek bowiem w wywiadzie – chociaż pytania zadaje mu medium paskudne – wie co mówi, podobnie jak na antenie, gdzie nie tylko wyrazistością przekonań (których sam, jak się Państwo domyślacie, nie podzielam, co nie znaczy, ze odmawiam dziennikarzowi telewizyjnemu prawa do żarliwości, chociaż bliższy mi jest Peter Arnett, któremu nawet Saddam Husajn zezwolił na pozostanie z ekipą w bombardowanym przez Amerykanów Bagdadzie w uznaniu dla jego obiektywizmu) ale i doskonałym opanowaniem warsztatu przykuwa uwagę widza. 
 
Stolik dziennikarski widzi Miłosz Kłeczek w postaci instytucji: światopoglądowego monolitu. Ludzi tam zasiadających łączą liberalne przekonania. Rzutujące na sposób przepytywania przez nich polityków. Dalece ciekawsze od ocen wydają się rysy obyczajowe: jak zmieniają się dziennikarze, kiedy już od swojego stolika odejdą. Spotkana przypadkiem przez Miłosza Kłeczka na siłowni jedna z dziennikarek odnosi się do niego przyjaźnie i razem sobie żartują, ale przy ponownym zobaczeniu się już koło wspomnianego mebla ta sama dziewczyna głowę nosi wysoko, odwraca ją i udaje, że kolegi nie widzi. Jednym słowem: stolik zmienia tych, co przy nim zasiadają – ale tylko na czas, kiedy są przy nim obecni. 
 
Charakterystyka stolika dokonana przez Kłeczka dla wnikliwego studenta socjologii stać by się mogła inspiracją jeśli nie wprost tematem pasjonującej pracy rocznej, pretendującej do nagrody u dziekana.
 
Stolik dziennikarski w Sejmie jednak – wbrew ocenie Miłosza Kłeczka – stanowi wyłącznie objaw a nie istotę zjawiska. Dziennikarzy bowiem do Sejmu – jeśli pominąć nieliczną grupę tych, co wywalczyli sobie samodzielną pozycję – posyłają ich przełożeni. Bossowie z ich redakcji, czasem nawet nie dziennikarze. A jeśli w parlamencie się sami pojawiają, to raz do roku, na biznesowej rozmowie z przewodniczącym klubu parlamentarnego najbliższego tytułowi, którym kierują. 


Jak klasa polityczna łup medialny dzieliła


W istocie podział tortu w polskim świecie mediów dokonywał się co najmniej trzykrotnie. Po raz pierwszy, co oczywiste, przy zmianie ustrojowej. Ponownie zaś przed wstąpieniem do Unii Europejskiej – kiedy to na polski rynek weszły nie przebierające w środkach zagraniczne, głównie niemieckie koncerny medialne. I wreszcie po raz trzeci – już w formacie kapitalizmu politycznego – po podwójnym zwycięstwie PiS w wyborach w 2015 roku, kiedy władza bez pardonu odwróciła proces dokonany na wzór francuski w latach 90, ponownie zamieniając publiczną telewizję i radio w partyjne, bo nawet już nie państwowe środki przekazu.
 
Symbolem tej ostatniej “podłej zmiany” stał się wyrzucony już prezes TVP Jacek Kurski. Zaś dowodem, że po każdym ze wspomnianych zakrętów można się odnaleźć – prezenterka Wiadomości Danuta Holecka, najpierw protegowana prawicowej senatorówny Agnieszki Romaszewskiej-Guzy, później preferowana przez postkomunistów gospodyni flagowego programu informacyjnego, teraz zaś twarz telewizji pisowskiej. Podobnie dobre na każdą okazję okazywały się była szefowa Wiadomości i obecna członkini Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Marzena Paczuska czy dyrektorka TVP Polonia Magdalena Tadeusiak. Kameleony znalazły dobre posady w TVP Kurskiego. Więcej ich tam niż ideowych zwolenników dobrej zmiany. Nie zazdroszczę więc Miłoszowi Kłeczkowi, Adrianowi Klarenbachowi czy innym dziennikarzom o wyższych niż cechujące osoby wcześniej wspomniane standardach zawodowych.
 
Wraz z odejściem Jacka Kurskiego, zastąpionego w prezesowskim fotelu przez Mateusza Matyszkowicza, filozofa określanego przed media, również te agorowe, mianem hipstera (co nic nie znaczy, bo hipster to przecież człowiek bez właściwości)…  nie znika strach. Umawiam się na spotkanie z wysoko kwalifikowanym specjalistą z Woronicza. Cel zupełnie niewinny, kiedyś współpracowaliśmy, kontaktujemy się od lat regularnie, wcale nie chodzi o przekazywanie mi tajemnic firmy. Mój interlokutor wybiera późną godzinę rozmowy, w położonej w śródmieściu kawiarni sieciowej siada w sali niewidocznej z ulicy. Ostrożność nie zawadzi. Szanuję jego postawę, bo cenię dorobek twórczy kolegi, ale trochę mnie to bawi. 


Barbarzyńcy i etatowi obrońcy demokracji

 
Nie do śmiechu za to artystom sztuki telewizyjnej, wciąż realizującym swoje talenty w TVP – reżyserom, realizatorom, operatorom obrazu i dźwięku, kierownikom produkcji – przed którymi rysuje się dziś ponura perspektywa. Jeśli wybory wygra PiS, wszystko zostanie tak jak jest: racje polityczne zdominują dobro firmy. Zaś zwycięstwo obecnej opozycji, jeśli jej główną siłą pozostanie Platforma Obywatelska, oznaczać może likwidację TVP w ramach płacenia politycznych długów wobec jej konkurencji, zwłaszcza określonej jeszcze przez wielkiego Andrzeja Wajdę mianem “naszej telewizji” TVN. Na razie otwarcie mówi się o zamknięciu kanału Info. Ale w wariancie “hard” opcja likwidacyjna dotyczyć może całej TVP. Zaś stacje prywatne nie będą wystawiać sztuk Szekspira ani współczesnych autorów awangardowych, bo im się to zwyczajnie nie opłaca. Lepiej zarobić na programach, których głównym bohaterem jest kucharz. Albo na “Królowych życia” gdzie wzorcem zalecanym do naśladowania okazuje się właścicielka agencji towarzyskiej. 
 
Paskudnym prognostykiem okazała się odmowa wpuszczenia na konferencję Donalda Tuska – odbywającą się w Sejmie, choć posłem on nie jest; a więc za pieniądze polskiego podatnika, a nie partyjne – operatora Jerzego Ernsta, przed laty ranionego przez terrorystów w trakcie pracy w Iraku. Zablokowano mu wejście na konferencyjną salę, bo miał nagrywać dla TVP Info. Potraktowanie w ten sposób artysty sztuki telewizyjnej, który złożył ofiarę krwi w walce o prawo wolnego świata do informacji… przemawia do wyobraźni. Rodzimi obrońcy demokracji stawiają siebie w jednym szeregu z barbarzyńcami.      


Cenzurę znieśli jak się już najedli

 
Wedle wersji oficjalnej, w rodzącej się nowej Polsce regulatorem stać się miał rynek, “na którym – jak pisze Jan Bryłowski, wcześniej wybitny dziennikarz wydawanego poza zasięgiem cenzury “Przeglądu Wiadomości Agencyjnych” – “żeby się utrzymać, trzeba było korzystać z sieci oficjalnego kolportażu. Jeśli oficjalnego, to trzeba było zarejestrować pismo i – na co zgody być nie mogło – poddać je cenzurze, tj. Głównemu Urzędowi Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk, który w dalszym ciągu ze swojej centrali na Mysiej 2 w Warszawie kierował czterdziestoma dziewięcioma delegaturami w każdym z ówczesnych województw (..). GUKPPiW (od 1981 roku bez pierwszego P – GUKPiW) naprawdę odszedł w niebyt dopiero w czerwcu 1990 roku, kiedy weszła w życie ustawa z 11 kwietnia 1990 roku. Ostatni Prezes Urzędu, Stanisław Kosicki, panował w nim osiemnaście lat, od wczesnego Gierka. Premier Tadeusz Mazowiecki miał podobno zaproponować jesienią 1989 roku jednemu z ówczesnych senatorów-bliźniaków, Jarosławowi, właśnie tę posadę (..)” [2].           
 
Oferta nie została skonsumowana, ale w międzyczasie, gdy istnienie cenzury blokowało możliwość legalizacji pism drugiego obiegu, obie strony zapewniły sobie na medialne zaplecze. Tadeusz Mazowiecki w postaci “Gazety Wyborczej” Adama Michnika, przez pierwszy rok wożonej do cenzury, chociaż oficjalnie stanowiącej kontynuację podziemnego “Tygodnika Mazowsze”, zaś Lech Wałęsa – pod marką “Tygodnika Solidarność” gdzie naczelnym został wtedy gorliwy jego zwolennik Jarosław Kaczyński.
 
Dla innych zaś zabrakło miejsca. Zwłaszcza dla tych, co zapragnęli kontynuować piękną tradycję wolnych mediów z lat 1976-89, wydawanych poza zasięgiem cenzury komunistycznej.  


Jak Donald Tusk słowa dotrzymywał

 
Jak wykazała inna bohaterka drugiego obiegu, Stanisława Domagalska: “Aby otworzyć pismo, trzeba było mieć duże i to naprawdę bardzo duże pieniądze. Praktycznie udało się to tylko “Gazecie Wyborczej”, której założenie zapisane zostało w końcowych protokołach Okrągłego Stołu. “Gazeta” otrzymała pieniądze z Zachodu i nisko oprocentowane kredyty, które przy szalejącej jeszcze wówczas inflacji okazały się darowizną (..). Na naszych oczach tworzyły się i rozpadały dopiero co powstałe tytuły – dziennik “Obserwator” i tygodnik “Spotkania” (..). Mocno już zaawansowane inicjatywy: Andrzeja Kinaszewskiego “Dziennik Krajowy” i sławny z afery “Telegraf” Macieja Zalewskiego, Andrzeja Urbańskiego i innych, w ogóle nie doszły do skutku, mimo zgromadzonych i to podobno niemałych pieniędzy” [3].       
 
“Telegraf” to matka wszystkich afer na rynku medialnym. Nie ukazał się ani jeden jego numer a pokaźne środki na to przeznaczone zniknęły bez śladu. Sprawcą nie był żaden magik. Lecz środowisko ówczesnego Porozumienia Centrum.
 
W najtrudniejszej sytuacji znaleźli się ci, którzy próbowali skorzystać z zalecanej wtedy oficjalnie drogi, co tak wspomina Jan Bryłowski: “Podjęliśmy wówczas starania o uzyskanie od Komisji Likwidacyjnej byłego koncernu KC PZPR, Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej “Prasa – Książka – Ruch”, prawa do któregoś z tytułów prasowych RSW. Obiecywano nam wiele – a czynił to, nomen omen, ówczesny członek tej komisji – Donald Tusk, ale na obietnicach się skończyło. Zgodnie z polityką rządu – choć mieliśmy tam wielu przyjaciół, kolegów i znajomych – tytuły rozdano rodzącym się wtedy ugrupowaniom politycznym, jak się potem rychło okazało na zmarnowanie” [4].
 
Można więc mówić o grzechu pierworodnym polskiej demokracji medialnej. Czytelników zaś nikt o zdanie nie zapytał. 
 
Uczciwsze bez porównania korzenie miała koncepcja zbudowania w Polsce telewizji publicznej na wzór najlepszego na świecie systemu francuskiego. Jednak po ćwierćwieczu mniej lub bardziej udanych eksperymentów (pozwalały one na równoczesne funkcjonowanie jako redaktorów wydań “Wiadomości TVP” w latach 90. wspomnianej już senatorówny Romaszewskiej i Grzegorza Miecugowa czy w tym samym czasie relacjonowanie mityngów prawicy przeze mnie zaś Unii Wolności przez Katarzynę Kolendę), to PiS kopnął w stół i przejął całą pulę. Od tego czasu o “publicznej” nie da się już mówić, pozostał tylko Kurski, po nim zaś Matyszkowicz. Jak już wspominaliśmy – hipster, czyli człowiek bez właściwości. No właśnie… Całkiem jak jego stacja.     

 
[1] Jestem wojownikiem. Rozmowa z Miłoszem Kłeczkiem. “Sieci” nr 3 z 2023
[2] Jan Bryłowski. Warto było [w pracy zbiorowej:] Przegląd Wiadomości Agencyjnych 1984-1990. Przerwana historia ilustrowanej bibuły. Wyd. Dom Na Wsi, Ossa 2009, s. 134
[3] Stanisława Domagalska. “Paw” [w:] Przegląd Wiadomości Agencyjnych… op. cit, s. 100-101  
[4] Jan Bryłowski. Warto było… op. cit, s. 133
Piramida demokracji

Jeden bunt przy urnach dopiero co nastąpił. Obywatele w ostatnim głosowaniu zawstydzili polityków, powtarzających przedtem, że życie publiczne przeciętnego Polaka nie pasjonuje. Zaprzeczyły temu długie wieczorne kolejki do urn wyborczych.Czytaj więcej ..

Jedziemy na Euro

Po wyeliminowaniu Walii rzutami karnymi w barażowym meczu na wyjeździe – polscy piłkarze pojadą na Mistrzostwa Europy. Nie ma sensu narzekanie, że awans zdobyli w ostatnim momencie albo nie w takim stylu jak trzeba. Kto nie umie cieszyć się z sukcesów, kolejnych już nie odniesie.Czytaj więcej ..

Między nami a Walijczykami

Ustrzegliśmy się podobnie niemiłej niespodzianki, jaką w grupie eliminacyjnej stała się porażka z Mołdawią. Piłkarze Michała Probierza zgodnie z planem i rankingami pokonali Estonię 5:1 i o awans do finałów Euro zagrają w Cardiff z Walią. To symboliczne dla nas miejsce i przeciwnik.Czytaj więcej ..

Jaka tragedia taka Balladyna

Minął czas, kiedy Nową Lewicę uosabiały miła buzia i posągowa sylwetka Magdaleny Ogórek. Z sejmowej trybuny gorszą twarz postkomunizmu zaprezentowała przewodnicząca klubu Anna Maria Żukowska, zapowiadająca, że znane ze “strajku kobiet” błyskawice powrócą i jedna z nich porazi Szymona Hołownię ..Czytaj więcej ..

© 2023 Copyright: Grupa Medialna Gruszka

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Notify of
0 Comments
Inline Feedbacks
View all comments