Dobry sąsiad, redaktor z Dziennika TV

Zmarł Adam Bronikowski (1936-2023)

Kioskarka z warszawskiej ulicy Ordynackiej, która tak nie znosiła komunistów, że przed wyborami prezydenckimi z 1995 r. do końca wypytywała mnie o prognozy, spodziewając się otuchy w postaci zapewnienia, że Lech Wałęsa pokona Aleksandra Kwaśniewskiego, którego dać jej nie mogłem – do niego odnosiła się zawsze z największym szacunkiem, podobnym jak do opozycyjnego pisarza Tadeusza Konwickiego, który też tam co dzień kupował gazetę. Bo też pozostawał Adam Bronikowski człowiekiem niezmiennie wysokiej kultury, klasy i ogłady, czego nie zmienia fakt, że przez lata jako prezenter i flagowy reporter Dziennika Telewizyjnego służył złej sprawie.
 
Nie czynił jednak tego bezkrytycznie, o czym świadczy reporterska migawka z akcji żniwnej pod koniec lat 70. kiedy to z wraz z całą ekipą zdjęciową podszedł do chłopa na polu, dzielnie wymachującego kosą.
– Jak się kosi? – brzmiało pytanie red. Bronikowskiego.
– Dobrze się kosi.
Cała odpowiedź. I tyle produkcyjniaka.
Ironia, jakiej nie wychwycili przełożeni z pl. Powstańców Warszawy ani kwalifikujący otrzymywane “po kablu” materiały cenzor, pozostawała oczywista. W akcji żniwnej brakowało wtedy rolnikom wszystkiego, ze sławetnym sznurkiem do snopowiązałek na czele.
Nie zawiodła tylko kosa. Chociaż czas osadzenia jej na sztorc jeszcze nie nadszedł. 
 
W tamtych latach wzbudzałem zdumienie kolegów ze szkoły a potem także ze studiów i wreszcie z opozycji, że znajduję czas i cierpliwość na oglądanie DTV – ale nie przypominam sobie ani jednego niegodziwego materiału jego autorstwa. Aczkolwiek nie ulegało wątpliwości, po której stoi stronie.
 
Zamiast wzorem wielu kolegów z ówczesnych mediów oficjalnych załatwić synowi studia w Pradze czeskiej czy Moskwie a potem lukratywną placówkę zagraniczną – wykształcił go na śpiewaka operowego, dziś jednego z najznakomitszych w Polsce. Trochę mu też menedżerował.

Nie kłaniam się każdemu, a już nigdy Milanowi Suboticiowi, który po karierze w starym DTV robił dalszą w zmienionej wraz z ustrojem telewizji, wyrabiając sobie wizerunek profesjonalisty w Wiadomościach (od czego niby, zawsze wtedy pytałem), aż objął funkcję szefa Teleexpressu, gdzie za jego rządów odbyła się osławiona wspólna z gangsterami impreza redakcyjna w szemranym klubie Dekadent. Aż poszedł do prywatnej stacji TVN, co wtedy jeszcze szokowało, bo nie dało się 

Adam Bronikowski, 1984

przewidzieć, że po ćwierćwieczu telewizja ta przebije dawną urbanową w atakach na najwyższy społeczny autorytet Polaków, Jana Pawła II. Na tle curriculum vitae Suboticia droga życiowa Adama Bronikowskiego przypominać może opowiastkę dydaktyczną. Znał swój czas i swoją miarę. Po zmianie ustrojowej nie pchał się już do pierwszego szeregu. Jednak przedstawianie go w licznych pośmiertnych tekstach medialnych głównie jako dziennikarza ekonomicznego a nawet znawcy Azji (kontynentu, nie bohatera “Pana Wołodyjowskiego” Henryka Sienkiewicza) mija się z celem godziwego pożegnania, bo nie da się pominąć najważniejszej części jego biografii, której sam nigdy się przecież nie wyparł ani nie wyrzekł. Jak uczyniła to choćby Aleksandra Jakubowska brylująca teraz w środkach musowego przykazu sprzyjających obecnie rządzącym. W trakcie nieudanej poselskiej kariery głosowała za aborcją na życzenie, a później wykpiwała uczestniczki “protestu czarnych parasolek” przeciwko zaostrzeniu prawa w tej materii. Adam Bronikowski zaoszczędził wnikliwym nawet obserwatorom jego kariery podobnie dokuczliwych wolt.

Za jego czasów dziennikarstwo pozostawało zawodem politycznym, póki nie przełamali tego uzależnienia Stefan Bratkowski czy Dariusz Fikus, a z czasem również wyrabiający sobie podobną markę autorzy wywodzący się już z obiegu niezależnego, jak Konstanty Gebert (Dawid Warszawski) i Krzysztof Leski. Tragiczny los tego ostatniego oraz perypetie Geberta, walczącego o prawo do nazywania rzeczy po imieniu na łamach “Gazety Wyborczej”, wywodzącej przecież swój rodowód od kultowego “Tygodnika Mazowsze” – pokazują, że dziś znów sprzeciwiać się warto zdominowaniu tego pięknego zawodu przez polityków. Na łamach Gruszki czynimy to konsekwentnie, niezależnie od światopoglądowych zapatrywań. I to pożegnanie dla mnie tak oczywiste, że nie muszę go uzasadniać, skoro znałem jego bohatera zarówno osobiście jak i z jego zawodowej roli, a miejsce w historii polskich mediów ma zapewnione – też się wpisuje w logikę dyktowaną przez zdrowy rozsądek a nie jałowe po latach resentymenty. Zwłaszcza jeśli ich słuszności nie potwierdza bezcenny przecież dla dziennikarza bezpośredni kontakt. 

Mieszkał na tyle niedaleko, że śmiało nazwać go mogę sąsiadem. Zawsze kłanialiśmy się sobie nawzajem, chociaż nigdy nie zostaliśmy sobie przedstawieni. Zachowywał doskonałe maniery i indywidualny styl. Nawet w najlepszych dla niego czasach nie puszył się też, że przechodnie rozpoznają go na ulicy. Nie przypominał pod tym względem nadętych niezależnie od ustroju, który zachwalali, Grzegorza Woźniaka i Tomasza Lisa, Ireny Falskiej ani Danuty Holeckiej: kukiełek ani misiów z telewizyjnego okienka, lalek Barbie i pacynek, skupionych na pięknie własnego krawata bądź fryzury, a nie wadze i wiarygodności podawanych na antenie informacji, gotowych przy tym służyć każdemu, co na wizję dopuszcza. 

Nie przejął się też zanadto, kiedy w wiele lat po zmianie, gdy wszedł do osiedlowego sklepu i jego pies, ze dwudziestoletni wtedy i przygłuchy owczarek niemiecki, co nigdy nikogo nie ugryzł i do którego odnosił się zawsze ze wzruszającą troskliwością, polizał przez kaganiec jakąś klientkę – a ta z wielką furią zwymyślała właściciela zwierzęcia od komunistów. Przyjął to z godnością, nie wdał się w pyskówkę. A ja poczułem wtedy, że jestem po jego stronie, a nie tej odważnej poniewczasie psychopatki.

Całkiem do niedawna go widywałem. Zastanawiałem się nawet, czy może weźmie nowego wilczura i czy zaprzyjaźni się on z naszą Blue.

Będzie nam Pana brakowało, Panie Redaktorze.

Piramida demokracji

Jeden bunt przy urnach dopiero co nastąpił. Obywatele w ostatnim głosowaniu zawstydzili polityków, powtarzających przedtem, że życie publiczne przeciętnego Polaka nie pasjonuje. Zaprzeczyły temu długie wieczorne kolejki do urn wyborczych.Czytaj więcej ..

Jedziemy na Euro

Po wyeliminowaniu Walii rzutami karnymi w barażowym meczu na wyjeździe – polscy piłkarze pojadą na Mistrzostwa Europy. Nie ma sensu narzekanie, że awans zdobyli w ostatnim momencie albo nie w takim stylu jak trzeba. Kto nie umie cieszyć się z sukcesów, kolejnych już nie odniesie.Czytaj więcej ..

Między nami a Walijczykami

Ustrzegliśmy się podobnie niemiłej niespodzianki, jaką w grupie eliminacyjnej stała się porażka z Mołdawią. Piłkarze Michała Probierza zgodnie z planem i rankingami pokonali Estonię 5:1 i o awans do finałów Euro zagrają w Cardiff z Walią. To symboliczne dla nas miejsce i przeciwnik.Czytaj więcej ..

Jaka tragedia taka Balladyna

Minął czas, kiedy Nową Lewicę uosabiały miła buzia i posągowa sylwetka Magdaleny Ogórek. Z sejmowej trybuny gorszą twarz postkomunizmu zaprezentowała przewodnicząca klubu Anna Maria Żukowska, zapowiadająca, że znane ze “strajku kobiet” błyskawice powrócą i jedna z nich porazi Szymona Hołownię ..Czytaj więcej ..

© 2023 Copyright: Grupa Medialna Gruszka

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Notify of
0 Comments
Inline Feedbacks
View all comments