Zamienił stryjek siekierkę na kijek…

czyli Portugalska myśl szkoleniowa

Powołanie Fernando Santosa na selekcjonera narodowej reprezentacji piłkarskiej nie wiąże się dla polskich sympatyków futbolu z żadnymi wielkimi nadziejami. Pozostaje mniej rozpoznawalny niż jego poprzednik Czesław Michniewicz, zwolniony, chociaż odniósł największy do 40 lat sukces w mistrzostwach świata. W dodatku niedawno inny trener portugalski Paulo Sousa uciekł z Polski po serii niepowodzeń.
 
Z czterech ostatnich trenerów reprezentacji dwóch to Portugalczycy. Każdy z nich zastępował polskiego poprzednika, kiedy ten odniósł sukces i zamiast premii otrzymał dymisję. Jerzy Brzęczek wprowadził drużynę do finałów Euro, które sromotnie potem przegrał Sousa. Czy podobnym niewypałem okaże się również Santos, najdroższy jak na razie w dziejach polskiej piłki selekcjoner? Oficjalnych danych o jego zarobkach nie podano, nieoficjalne wahają się od 2.5 mln euro dla niego samego do dwóch milionów wspólnie ze sztabem asystentów.
 
Żadna to gwiazda. Siedem lat temu rzeczywiście wywalczył z macierzystą Portugalią mistrzostwo Europy. Tyle, że w futbolu Euro nie ma nawet połowy tego prestiżu, co Mundial. Mistrzami Europy były nawet Czechosłowacja (1976 r.) i Grecja (2004 r.), o aktualni zwycięzcy Euro (z 2021 r.) Włosi nawet na katarski turniej nie awansowali. Tylki zdobycie światowego tytułu zapewnia nieśmiertelność. Do dziś pamięta się niemiecki zespół z 1974 r. z Franzem Beckenbauerem, Gerdem Muellerem czy Seppem Maierem w bramce albo Francuzów z 1998 r. z Zinedinem Zidanem w składzie. 
 

Mąż opatrznościowy ze względnymi osiągnięciami

 
Na niedawnym katarskim mundialu Santos również Portugalię prowadził. Zdziałał niewiele więcej od Michniewicza, bo awansował do ćwierćfinału, podczas gdy Polska do grona szesnastu najlepszych drużyn. Różnica jedna i zasadnicza: Portugalczycy przed turniejem losowani byli z pierwszego koszyka, skupiającego teoretycznie najsilniejsze drużyny, Polacy dopiero z trzeciego. My w Katarze przegrywaliśmy tylko dwa razy, za to z najlepszymi: mistrzem Argentyną i wicemistrzem Francją. Portugalczycy także dwukrotnie, ale najpierw w grupie z mierną drużyną Korei a później – co zdecydowało o odpadnięciu z turnieju – z Marokiem, jak się potem okazało najsłabszym z grona czwórki półfinalistów. To występ Portugalii a nie Polski w Katarze okazał się rozczarowaniem. Dla nas był to najlepszy turniej od 1982 r. kiedy to selekcjoner Antoni Piechniczek ze Zbigniewem Bońkiem w składzie wywalczył trzecie miejsce.
 
Właśnie Boniek, w niefortunnej – jak się okazało – kolejnej swojej życiowej roli prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej zwolnił Brzęczka, gdy ten wygrał eliminacje Euro i na trenera powołał Sousę. Ten pomimo zarobków 75 tys euro miesięcznie na rękę w finałach tegoż turnieju skompromitował nas doszczętnie: przegraliśmy bowiem ze Słowacją, potęgą, tyle, że nie w futbolu lecz w hokeju na lodzie, zremisowaliśmy z Hiszpanią i na koniec znów ulegliśmy Szwecji.
 
Tej samej Szwecji nasz zespół szkolony już przez następcę portugalskiego losera Sousy, Czesława Michniewicza, nie wpuścił na mundial katarski, choć atutem rywali była trauma naszej niedawnej porażki na Euro i wyższe miejsce w rankingach. Polacy wygrali jednak 2:0 a zwłaszcza druga z bramek, autorstwa Piotra Zielińskiego – pierwszą zdobył sam Robert Lewandowski – okazała się jedną z tych, o których się mówi, że tylko dla nich warto oglądać piłkę nożną. Potem w Katarze znaleźliśmy się po raz pierwszy od 1986 r. w gronie szesnastu najlepszych w świecie. Życzyć sobie tylko wypada, żebyśmy podobną jak za sprawą Michniewicza w futbolu pozycję osiągnęli w gospodarce czy kulturze. I również w obronności, co w obecnej sytuacji geopolitycznej kraju tak istotne.
 
Następca Bońka w fotelu prezesa PZPN Cezary Kulesza – twórca sukcesów Jagiellonii Białystok, co przyznajmy stanowi skromniejszą rekomendację niż rozpoznawalność Bońka od lat ponad czterdziestu wśród wszystkich praktycznie Polaków – powtórzył jego “błąd szeryfa”. Autor sukcesu został ukarany zaraz po tym, jak go odniósł. Wybrano zaś… wariant obcy i nieznany. Nie rokujący też jakichkolwiek zwycięstw w przyszłości.
 

Zagłębie trenerów dla polskiej reprezentacji

 
Z całym bowiem dla Portugalii szacunkiem, nie jest to Holandia, gdzie co piętnasty statystyczny mężczyzna gra w piłkarskiej drużynie a kolejne generacje zawodników w pomarańczowych koszulkach reprezentacji, najpierw ta z Johanem Cruyffem, Robertem Rensenbrinkiem i Johanem Neeskensem, później zaś kolejna z Marco van Bastenem oczarowały świat. Największym sukcesem Portugalczyków pozostaje wciąż trzecie miejsce w świecie zdobyte przez ekipę z Eusebio w składzie w zamierzchłym czasie, bo w 1966 r. My podobną pozycję zajmowaliśmy na mistrzostwach dwukrotnie – za sprawą selekcjonerów Kazimierza Górskiego (1974 r.) i Antoniego Piechniczka (1982 r.), o którym była już mowa. Geniusz Cristiano Ronaldo, który chociaż pochodzi z biednej rodziny (matka była kucharką, ojciec ogrodnikiem bardziej niż z chwastami jednak zmagającym się ze skłonnością do alkoholu) został uznany przez “Forbesa” za najzamożniejszego sportowca świata a bramki strzelał w pięciu kolejnych mundialach (ostatnią w wieku 37 lat w Katarze), ani sukcesy klubowe FC Porto (także za sprawą naszego bramkarza Józefa Młynarczyka, zwycięzcy w Pucharze Europy, ówczesnym odpowiedniku Ligi Mistrzów z 1987) nie zmieniają faktu, że akurat wobec Portugalczyków w futbolu nie musimy się czuć gorsi.
 

Komentatorskie sado-maso czyli kompleks niższości 

 
Ale się czujemy. Podsycamy własny kompleks niższości. Domorośli komentatorzy i media głównego nurtu, a żurnaliści sportowi dalece bardziej od politycznych kierują się u nas fobiami i uprzedzeniami, wzniecili prawdziwą histerię, że pod wodzą Michniewicza reprezentacja jakoby brzydko grała. Tyle, że futbol to nie łyżwiarstwo figurowe, gdzie ocenia się styl, ani druga nasza dyscyplina narodowa, skoki narciarskie, w których liczy się zarówno odległość jak piękno skoku. Piłka nożna to wynik. Pamiętamy przecież najbrzydszy zapewne w historii finał mundialu amerykańskiego (1994 r.), kiedy to przez 120 minut paskudnej gry nie padła ani jedna bramka, a tytuł wywalczyła Brazylia, pokonując dopiero w rzutach karnych Włochy. Czy po latach ktoś Brazylijczykom wyrzuca, że mecz był szpetny? Rodacy cieszyli się z tytułu. Piłkarscy znawcy mają w takich razach dyżurne porzekadło: wynik lepszy niż gra.
 
Teraz ma być pięknie z zagranicznym trenerem. Z Sousą wcale nie było. Po niezliczonych porażkach zwyczajnie porzucił pracę w Polsce. Jak król Henryk Walezy z Polski uciekł. Skusiła go atrakcyjniejsza finansowo oferta brazylijskiego klubu Flamengo z Rio de Janeiro. Ale tam go z czasem nie chciano.           
Zdumiewające, że kompleksów niższości nie mają wcale polscy piłkarze. Wojciech Szczęsny obronił rzut karny egzekwowany przez Leo Messiego, typowanego na najlepszego zawodnika turnieju w Katarze, już po tym meczu wraz z drużyną zdobywcę tytułu mistrza świata. Jego zwycięska parada stała się jednym z najpiękniejszych akordów turnieju. Zaś aktem końcowym naszego w nim udziału stał się symbolicznie gol strzelony przez Roberta Lewandowskiego też z karnego, w dodatku powtarzanego, co łączy się z wojną nerwów – wicemistrzom świata Francuzom. Nie wstyd tak przegrać. Ci, co mówili i pisali o brzydkim stylu reprezentacji albo nie oglądali ocenianych przez siebie meczów albo w ogóle o futbolu nie mają pojęcia.
 
Największym jego pięknem jest niespodzianka. Ziściło się to, gdy w pierwszych spotkaniach mundialu Arabia Saudyjska pokonała późniejszego mistrza z Argentyny. Ponieważ my z kolei zremisowaliśmy z Meksykiem a potem Saudyjczyków pokonaliśmy, gdy Argentyna z Meksykiem wygrała – objęliśmy prowadzenie w grupie. W tej sytuacji w ostatnim meczu z Argentyńczykami można było przyjąć wyłącznie taktykę defensywną. Przegraliśmy wprawdzie 0:2, ale była to “zwycięska porażka”, bo dająca nam awans do kolejnej fazy. 
 
Jeśli malkontenci wypisują, że Polacy byli najgorszą drużyną turnieju, to albo świadomie mijają się z prawdą, albo nie oglądali meczów polskiej reprezentacji ani drużyn, zaliczonych do faworytów, które zawiodły naprawdę: Niemcy wrócili do domu po pierwszej rundzie, podobnie jak silni jeszcze na poprzednim turnieju Urugwajczycy, zaś Belgowie potwierdzili, że są mocni ale… wyłącznie w zestawianych komputerowo rankingach a nie na boisku. Za to my graliśmy dalej.   
 
Spingerowski brukowiec Fakt, eksponujący niekorzystne miejsca Polaków w rankingach zestawianych po turnieju (najgorsze mecze, jedenastka najsłabszych zawodników) powinien zająć się raczej niemiecką drużyną narodową, której występ pozostawił po sobie wyjątkowo wstydliwe wrażenie do czego przyczyniło się zarówno odpadnięcie po trzech meczach (my jednak zagraliśmy cztery) jak kompromitująca przegrana z Japonią, potentatem ale w siatkówce i judo, bo na pewno nie futbolowym [1]. Albo blamażem ojczyzny innego współwłaściciela korporacyjnego – Szwajcarii, która wprawdzie wystąpiła w Katarze tak jak my na boisku aż cztery razy, ale na koniec poniosła klęskę 1:6 właśnie z Portugalią o której tyle tu mowa: a w piłce nożnej przewaga pięciu bramek znamionuje różnicę klasy.
 
Warto pochylić się na chwilę nad oceną katarskiego mundialu, bo to swoisty bilans otwarcia dla nowej trenerskiej ekipy: Fernando Santosa i jego asystentów. Punktem dojścia okażą się kolejne piłkarskie Mistrzostwa Świata, za trzy i pół roku w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Meksyku. Podczas tego turnieju Robert Lewandowski jeśli zagra, będzie miał już 38 lat, więcej niż Cristiano Ronaldo w Katarze. Ale najpierw trzeba tam awansować. Obecny klimat nie sprzyja zaś mobilizacji kogokolwiek.
 
Stanowi bowiem efekt niszczącej kampanii, zachwalającej kolejnych zagranicznych cudotwórców – jeszcze na długo przed Sousą trenerem polskiej reprezentacji był Holender Leo Beenhakker, ich obu łączą dwie kwestie: wysoka pensja (Beenhakker miał 70 tys euro na rękę co miesiąc, a więc o 5 tys mniej od Portugalczyka) oraz zupełny brak dających się zapamiętać efektów pracy. Przy czym Beenhakker mieszkał w warszawskim Hotelu Sheraton a Sousa… w ogóle poza Polską, nawet wtedy, gdy był tu zatrudniony.
 
W tej sytuacji media sprzedają niczym sensację fakt, że następca Michniewicza, Fernando Santos, zamierza zamieszkiwać w Warszawie. Chociaż kuriozum stanowi raczej szczegół, że poprzednik pana Czesława pracował u nas – za pieniądze o jakich była już mowa – wyłącznie z doskoku. 
 
Kibicom z trudem przychodzi się połapać w tych wszystkich Portugalczykach. Ale jak pokazuje cała historia pracy Sousy dla PZPN i początki tejże w wykonaniu Santosa – jeszcze trudniej naszym gościom przyjdzie zorientować się w specyfice polskiego futbolu. Wprawdzie można porównywać bramkostrzelnego wirtuoza Eusebio z naszym też czarnoskórym fenomenem Emmanuelem Olisadebe, strzelcem pierwszego gola dla Polski po powrocie na mundial po 16 latach nieobecności (w 2002 r.) albo też zestawiać Roberta Lewandowskiego z wymienianym już tu Cristiano Ronaldo, zwłaszcza, że przez lata rywalizowali obaj gwiazdorzy o miano najlepszego zawodnika Europy – ale nie da się zauważyć, że Polska i Portugalia nie tylko kartograficznie tworzą dwa bieguny zjednoczonej Europy. I futbolu to dotyczy i całej naszej mentalności. Na razie więc płacimy więc Santosowi za to, by za równowartość luksusowego mieszkania w centrum Warszawy wypłacaną mu miesięcznie zorientował się w sytuacji – na co inni potencjalni kandydaci do tej funkcji czasu nie musieliby wcale tracić. Był wśród nich Adam Nawałka, przez którego prowadzony zespół w ćwierćfinale zwycięskiego później dla Portugalczyków Euro 2016 r. przegrał z drużyną Santosa właśnie dopiero w rzutach karnych. Albo Marek Papszun, młody trener rewelacyjnego lidera polskiej ekstraklasy Rakowa Częstochowa, o dziewięć punktów wyprzedzającego dysponujące wielokrotnie większym budżetem Legię, Lecha i Widzew. 
 

Szewczenko chciałby realnie pieniędzy, które Santos bierze tylko według brukowców

 
Andrij Szewczenko, znakomity trener z Ukrainy, nie potrzebowałby czasu na rozeznanie w sytuacji, bo zapewne zdarza mu się oglądać nie tylko mecze biało-czerwonych ale też i polską ekstraklasę. Na wejściu też miałby bonus sympatii związanej z wyjątkowym w ostatnim roku splotem okoliczności w kontaktach polsko-ukraińskich, w których jak nigdy w historii naszej wspólnej emocje pozytywne dominują. Tyle, że zatrudnienie renomowanego selekcjonera oznaczałoby dla PZPN, że rzeczywiście należałoby mu dać takie pieniądze, jakie Santos pobiera… tylko zdaniem opisujących jego stawki brukowców i portali wyspecjalizowanych w sensacji. 
 
Z tych samych względów spalił na panewce pomysł zatrudnienia Niemca Juergena Klinsmanna na posadzie trenera polskiej reprezentacji. Również on nie musiałby się wszystkiego uczyć przez pół roku bez gwarancji dobrego skutku. Ale pensji oczekiwałby jeszcze wyższej niż jego ukraiński odpowiednik. Zresztą Klinsmann wysłał nawet CV prezesowi Kuleszy. Ale jak w bajce zażądał – to wcale nie żart – sztabu złożonego z siedmiu wskazanych przez niego współpracowników. Na to już urzędnicy z PZPN przystać nie mogą: przecież lukratywne kontrakty, czasem jak w wypadku Beenhakkera pokrywane przez sponsorów zewnętrznych to okazja, żeby dać zarobić swoim. A nie cudzym. Nie osłabia to kompleksów.
 
Od lat część komentatorów sportowych, jak Rafał Stec, wyspecjalizowała się w wydrwiwaniu “polskiej myśli szkoleniowej”. Pastwi się nad nią też mniej zacietrzewiony i bardziej od Steca kompetentny Dariusz Tuzimek. Określenia tego użył kiedyś, w kontekście pozytywnym i zachwalającym Grzegorz Lato, dawny król strzelców niezapomnianych Mistrzostw Świata w RFN (1974 r.) – jednak wtedy, gdy to mówił, poprzednik Bońka w fotelu prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej. Równie nieudany jak następca.
 
Już po tym, kiedy te słowa padły i zostały z rozgłosem przez komentatorów wykpione, polski trener Jerzy Brzęczek wprowadził nas do finałów Euro 2021 r, w których jego portugalski następca Paulo Sousa poniósł z zespołem klęskę – bo wtedy naprawdę byliśmy najsłabsi na boisku, a nie jak teraz po Katarze wyłącznie w tendencyjnych niemiecko-szwajcarskich choć polskojęzycznych przekazach medialnych. Gdy już to nastąpiło, kolejny polski selekcjoner nie tylko zapewnił drużynie przepustkę na mundial ale wprowadził ją tam do najlepszej szesnastki. Aż inny Portugalczyk go zastąpił. Czy historia się powtórzy?     
 

Falstart medialny czyli premiera trenera

 
Prezentacja Fernando Santosa w roli nowego trenera reprezentacji wypadła żałośnie. Wprowadzający go prezes PZPN Cezary Kulesza pomylił imię głównego bohatera ceremonii, tytułując go: Felipe. Przed obydwoma leżały w zasięgu kamer kabanosy, bo podobno zażyczył sobie tego sponsor Związku. Chociaż zapewne nie z wpływów od producentów wędlin, bo to nie ta skala, wzięła się obecna gaża Santosa, nie aż tak wybujała, jak twierdzą popularne media, ale niewątpliwie pokaźna.
 
Najmniej do powiedzenia miał w tej sytuacji sam bohater. I kolejne dni tego nie zmieniły.
 
Najpierw musi się rozpatrzyć w sytuacji. Ciekawe, czy zdąży to zrobić, zanim zaczną się eliminacje do kolejnych Mistrzostw Świata (USA-Kanada-Meksyk 2026). Bo jak była o tym mowa, wybrednych polskich kibiców Mistrzostwa Europy raczej z powodu mniejszej ich rangi nie interesują, chyba, że akurat je organizujemy, jak w pamiętnym 2012 do spółki w Ukrainą. 
 
Skoro o tej ostatniej mowa, to sprowadzając rzemieślnika Santosa zamiast charyzmatycznego wirtuoza Szewczenki prezes PZPN Kulesza zakpił tym razem z histerycznych zwolenników poszukiwania zagranicznego trenera o parametrach męża opatrznościowego i zbawcy rodzimej piłki. Gołym okiem już widać, że Fernando Santos nim się nie stanie. Nie dlatego, że nie chce – tylko nie potrafi. Nie ten format po prostu. Na razie media brukowe zajmują się tym, że gdzieś w restauracji Portugalczyk “raczył się złocistym napojem”, co opisują w takiej właśnie grafomańskiej poetyce [2]. A jeszcze niedawno krytykowały styl, ale u piłkarzy. Same piszą tak, że od czytania zęby bolą, za to futboliści koniecznie mają grać pięknie, nawet z Argentyną, na którą w Katarze nie tylko Polska ale nikt inny poza rewelacyjnymi Saudyjczykami sposobu nie znalazł. Na usprawiedliwienie żurnalistów bulwarowego “Super Expressu” przyznać można, że o nowym selekcjonerze niewiele konkretnego da się powiedzieć i napisać. I być może tak już zostanie.
 
Miarą podejścia Fernando Santosa do nowej tak lukratywnej przecież funkcji pozostaje jego rozkład zajęć: popracował sobie aż dwa dni, spotkał się między innymi z zarządem PZPN po czym udał się na dwutygodniowy urlop, jakoby wcześniej zaplanowany. Ale nie byle jaki, skoro obejmujący również pielgrzymkę do Jerozolimy. Przypomina mi się jak w trakcie fatalnej dla niezależnych samorządowców kampanii wyborczej z 2014 r. jej kierownik i zarazem grabarz Grzegorz Wysocki udał się w punkcie kulminacyjnym przedwyborczego wyścigu też z pielgrzymką, ale do Częstochowy. Żartowało się wtedy, że to jedyne, co potrafi, bo wziąć się do roboty nie zamierza. Nie trzeba dodawać, że skończyło się klęską.
 
Niezapomniany ksiądz Prymas Józef Glemp, gdy kiedyś wierni oburzali się w katedrze na ekipę telewizyjną, bo “filmują podczas podniesienia i nawet się nie przeżegnają”, stanowczym tonem pouczył swoje nierozgarnięte czy tylko obłudne owieczki: – Oni robią swoje. Wy się modlicie. Oni pracują. Wszystko na chwałę Bożą.
 
I wszystko w odpowiednim czasie. Żaden bigot uchylający się od roboty świętym jeszcze nie został. Nawet jeśli jerozolimska modlitwa stanowi dziękczynienie za kontrakt stulecia. Wciąż nie wiemy ile on wynosi, chociaż Polski Związek Piłki Nożnej nie jest – jak sama nazwa wskazuje – prywatnym przedsięwzięciem. W wypadku Fernanda Santosa wyraźnie przeinwestowano. Wysoki kontrakt pobudził wyłącznie jego arogancję ale nie zapał do pracy. Starczyło go na dwa dni, o czym była już mowa.     
Zresztą skąd osobnik raczej przeciętny, któremu niezależnie od wyników zapewniono pensję roczną w wysokości – trzymajmy się dolnych widełek pogłosek o jego zarobkach – prawie dwóch milionów euro na rękę po odliczeniu gaż sztabowców, czerpać miałby motywację i energię do twórczej pracy? Boniek chciał trenera z zagranicy, więc wstawił Sousę na tę posadę, ale okazał na tyle cwany, że wstydzić się za indolentnego cwaniaka musieli już inni, bo wyboru pan Zbyszek dokonał na sam koniec kadencji. Kulesza podobnego komfortu nie ma. Dopiero niedawno jego kadencja się zaczęła. Potrwa aż do sierpnia 2025 r, kiedy to znane już będą – dające się już dziś przewidzieć – skutki kolejnej operacji “na kierunku portugalskim”. Przyjdzie więc mu wypić to piwo, przepraszam, trzymajmy się przaśnej stylistyki “Superaka”: złocisty napój raczej.  
 
Bossowie polskiego futbolu padli ofiarą własnej propagandy, co w kraju nad Wisłą i Odrą nagminnie przytrafia się też politykom.       
 
[1] Fakt.pl z 19 grudnia 2022  
[2] sport.se.pl z 24 stycznia 2023
Piramida demokracji

Jeden bunt przy urnach dopiero co nastąpił. Obywatele w ostatnim głosowaniu zawstydzili polityków, powtarzających przedtem, że życie publiczne przeciętnego Polaka nie pasjonuje. Zaprzeczyły temu długie wieczorne kolejki do urn wyborczych.Czytaj więcej ..

Jedziemy na Euro

Po wyeliminowaniu Walii rzutami karnymi w barażowym meczu na wyjeździe – polscy piłkarze pojadą na Mistrzostwa Europy. Nie ma sensu narzekanie, że awans zdobyli w ostatnim momencie albo nie w takim stylu jak trzeba. Kto nie umie cieszyć się z sukcesów, kolejnych już nie odniesie.Czytaj więcej ..

Między nami a Walijczykami

Ustrzegliśmy się podobnie niemiłej niespodzianki, jaką w grupie eliminacyjnej stała się porażka z Mołdawią. Piłkarze Michała Probierza zgodnie z planem i rankingami pokonali Estonię 5:1 i o awans do finałów Euro zagrają w Cardiff z Walią. To symboliczne dla nas miejsce i przeciwnik.Czytaj więcej ..

Jaka tragedia taka Balladyna

Minął czas, kiedy Nową Lewicę uosabiały miła buzia i posągowa sylwetka Magdaleny Ogórek. Z sejmowej trybuny gorszą twarz postkomunizmu zaprezentowała przewodnicząca klubu Anna Maria Żukowska, zapowiadająca, że znane ze “strajku kobiet” błyskawice powrócą i jedna z nich porazi Szymona Hołownię ..Czytaj więcej ..

© 2023 Copyright: Grupa Medialna Gruszka

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Notify of
0 Comments
Inline Feedbacks
View all comments