Gdzie jest generał? Na Hradczanach

Czesi, wskazując na prezydenta dawnego natowskiego generała Petra Pavla, a nie oligarchę Andreja Babisza, byłego informatora komunistycznych służb specjalnych, co teraz w kampanii wsławił się stwierdzeniem, że nawet w razie kremlowskiego ataku nie pośle wojsk do obrony Polski ani państw bałtyckich – dokonali wyboru doskonałego dla siebie ale również dla nas.
 
Jeśli dodać, że utrącony przez elektorat wywodzący się za agrobiznesu populista Babis nieco przypominający Andrzeja Leppera to kolega partyjny osławionej Very Jourovej, rekordowo nam nieżyczliwej wiceprzewodniczącej Komisji Europejskiej, zaś jego zwycięzca gen. Pavel już w roli prezydenta znakomicie zaprezentował się w Polsce jako mąż stanu a była to jego druga zagraniczna wizyta po Słowacji – znajdujemy podstawy do nadziei, nie tylko na czas wielkanocny potrzebnej.    
 
Kiedy Czesi (wtedy jeszcze stanowiący jedno państwo ze Słowacją) po raz pierwszy od czasów Edvarda Benesza wybrali sobie demokratycznie prezydenta a został nim w ostatnich dniach brzemiennego w wydarzenia roku 1989 Vaclav Havel, dramaturg i założyciel “Karty 77”, tamtejszego odpowiednika KOR i KPN, autor słynnego eseju “Siła bezsilnych”, który stał się Dekalogiem niezależnych ruchów społecznych w budzącej się po czterdziestoleciu komunistycznej dominacji Europie Środkowo-Wschodniej – zwycięstwo hasła “Havel na Hrad” stanowiło decyzję symboliczną. Na tym samym urzędzie w Polsce pozostawał bowiem i miał go pełnić jeszcze przez rok autor stanu wojennego gen. Wojciech Jaruzelski, po objęciu tego stanowiska również za sprawą kunktatorskiego unieważnienia głosów przez renegatów obozu zwycięskiej w wyborach z 4 czerwca 1989 r. Solidarności. Zanim zaczniemy możnym naszym sojusznikom wypominać, nie bez racji zresztą, ich zdrady – warto, żebyśmy pamiętali o tej rodzimej.
 
Wybór “na Hradczany” Petera Pavla zyskuje podobnie symboliczny wymiar, co historyczna wygrana Havla. Dawny generał, pełniący kiedyś najwyższą funkcję w Sojuszu Atlantyckim spośród wszystkich przedstawicieli, wywodzących się z Europy Środkowo-Wschodniej (był w latach 2015-18 szefem Komitetu Wojskowego NATO) nie tylko nie odżegnuje się od zobowiązań do wspólnoty obronnej, zawartych w artykule piątym Traktatu Waszyngtońskiego, tym samym, który przywołał w trakcie wizyty u nas przyjeżdżający tu wprost z Kijowa Joe Biden – ale żarliwie je potwierdza.   

Wojna na Ukrainie doprowadziła nas do zrozumienia podstawowych zasad – powtarzał podczas wizyty w Polsce czeski prezydent. Petr Pavel uznaje też, że wspólnota państw regionu okaże się potrzebna dla całej demokratycznej Europy. A kraje jej środkowo-wschodniej części powinny razem poprzeć europejskie aspiracje Ukrainy. Gdy asystowaliśmy przy jego shake-handzie w Senacie z marszałkiem Tomaszem Grodzkim, ktoś z grona ekip telewizyjnych zawsze profesjonalnym okiem spoglądających rzucił, że gość wcale nie wygląda na 

generała. Raczej jak profesor z uniwersytetu. I bardzo dobrze, chciałoby się dodać. Zupaków bowiem w naszej części Europy mieliśmy już o władzy wielu a efekty ich działalności zwykle okazywały się opłakane.

 

Niewiele brakowało, a wkraczałby do Polski w mundurze agresora

Gdy znaków nadziei w polityce międzynarodowej brakuje – skoro zaraz po wizycie Joego Bidena, który właśnie w zgruzowanej podczas II wojny światowej Warszawie nazwał świętym zobowiązaniem zasadę wspólnej obrony państw Sojuszu Atlantyckiego nastąpił bezprecedensowy atak amerykańskiego koncernu medialnego na Jana Pawła II jako największy autorytet Polaków, nie stanowiący wszak samodzielnej inicjatywy filialnej tylko TVN – warto odnotować ten jeden. Bo dotyczy naszego regionu i sąsiada, chociaż państwa trzy i pół raza mniejszego od Polski, za to naszego sojusznika w II wojnie światowej (Czechów podobnie jak Polaków sprzedali Amerykanie i Brytyjczycy w Jałcie, ci drudzy nam i im w podobny sposób zrewanżowali się za obronę Londynu przed Luftwaffe przez słowiańskie załogi myśliwskich dywizjonów), takiego, któremu coś się też od nas należy za pierwszą historyczną zbrodnię gen. Wojciecha Jaruzelskiego, jeszcze przed krwawym Grudniem 1970 r. na Wybrzeżu i kolejną masakrą, w kopalni Wujek w tym samym miesiącu ale już 1981 roku: zapamiętano nam bowiem “polskie tanki nad Wełtawą” w sierpniu 1968 r. i “śmierć jaskółki tamtej wiosny”, praskiej, o której śpiewał później Jacek Kaczmarski. Z drugiej zaś strony udaremniony w grudniu 1980 r. – dzięki dyplomatycznym wysiłkom Papieża Jana Pawła II, którego wsparł w nich Zbigniew Brzeziński, doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego, demokratycznego, podobnie jak dziś Joe Biden, prezydenta Stanów Zjednoczonych – radziecki plan inwazji armii Układu Warszawskiego na Polskę przewidywał udział w tej operacji oprócz szesnastu sowieckich i jednej enerdowskiej także dwóch dywizji czechosłowackich. 

Z rozmowy z czeskim kolegą toczonej po francusku, bo był to nasz jedyny wspólny język, w trakcie jednej z wizyt oficjalnych, a wiadomo, że takie okazje składają się głównie z czekania i czasu jest mnóstwo – zapamiętałem jego opowieść o końcówce 1980 r. właśnie, kiedy to odsługiwał po studiach obowiązkową podchorążówkę w rodzimej komunistycznej armii. Oficerowie polityczni nagle z dnia na dzień zarzucili marksistowski slang i otwarcie wskazywali w trakcie pogadanek dla żołnierzy, że teraz zrewanżują się nierobom z Polski za udział ich wojsk u boku armii radzieckiej w pamiętnym 1968 roku.

Wśród wysłanych wtedy do Polski żołnierzy napastniczych armii, których nikt by o zdanie, czy chcą tam iść by nie pytał, podobnie jak naszych w 1968 r. przecież, mógłby się znaleźć – gdyby decyzji o inwazji nie odwołano za sprawą dramatycznego telefonu Jana Pawła II do sekretarza generalnego KPZR Leonida Breżniewa – ówczesny elew wyższej szkoły wojsk lądowych, którą ukończył w 1983 r, Petr Pavel. 

Strategią władców komunistycznego imperium zła pozostawało szczucie narodów przeciw sobie nawzajem. Próbuje tego również zmierzający do odwrócenia rozpadu Związku Radzieckiego, który pojmuje jako “geopolityczną katastrofę” Władimir Putin. Przeliczył się przed rokiem jeśli chodzi o Polskę i Ukrainę, skoro nie przejmując się strasznymi zaszłościami rzezi wołyńskiej, otworzyliśmy przed poszkodowanymi sąsiadami serca i portfele, przyjmując ich u nas rekordowe trzy miliony. Podobnie zawodzą kremlowskie rachuby jeśli chodzi o Czechy i Polskę, przynajmniej od czasu niedawnego werdyktu naszych południowych sąsiadów w wyborach prezydenckich.  

Generalska proweniencja Pavla nie stanowi oczywiście jego głównego atutu, choć lepsza to rekomendacja niż bezpieczniackie papiery jego przegranego kontrkandydata. Niezmiernie ważny pozostaje za to fakt, że na czele sąsiedniego państwa stanął rozumiejący tak doskonale nowoczesną politykę obronną do niedawna wysoki rangą funkcjonariusz Sojuszu Atlantyckiego.

 

Miękka siła i wspólna obrona

Polska w imponujący sposób, za sprawą ofiarności społeczeństwa i okazanych przez nie uchodźcom ukraińskim współczucia i empatii, wywodzących się z doświadczenia pierwszej dziesięciomilionowej Solidarności i nauk papieskich, objawiła na największą w całej Europie od zakończenia II wojny światowej skalę miękką siłę. Nie wolno jej lekceważyć. Również w świecie dyplomacji i globalnych interesów “soft power” stanowi kluczową i powszechnie docenianą kategorię.

Od niedawna w bloku mamy nowych sąsiadów. Skośnookich – i co w podobnym stopniu zwraca uwagę – uprzedzająco uprzejmych, uczynnych i dobrze wychowanych. Zgadaliśmy się szybko, gdy nasz owczarek niemiecki obwąchiwać się zaczął przyjaźnie z ich pomeranianem, małą puszystą kulką, reprezentującą rasę, o której wyhodowanie spierają się kynolodzy z Polski i Niemiec, bo narodziła się gdzieś pod Szczecinem. Jak się okazało, niespotykanie grzeczni sąsiedzi pochodzą z Singapuru. Ich maleńki kraj kojarzy się powszechnie z dobrobytem i wynalazczością. Chociaż położony w podobnie newralgicznym jak nasz miejscu na globusie, nie zawdzięcza swojego prestiżu sile militarnej. Podobnie jak Szwajcaria, którą jednak ominęły światowe wojny nie z powodu dysponowania odstraszającą bronią. Po co pisać rzeczy oczywiste? Ażeby uprzedzić dyżurne żarty, które zwykle, ilekroć mowa o polsko-czeskiej współpracy w kwestii obronności, nawiązują do najpopularniejszego z bohaterów, jakiego wykreowała kultura naszych południowych sąsiadów. Do Józefa Szwejka, którego losy opisał wielki prozaik Jaroslav Hasek, zaczynając od niezapomnianej rozmowy w gospodzie, gdzie portret Najjaśniejszego Pana Franciszka Józefa trzeba było zdjąć, bo muchy go obsrały. Teraz “szwejkami” nie tylko prawdziwi zawodowi wojskowi szyderczo nazywają gwardzistów Antoniego Macierewicza, z na szczęście w porę mu odebranej Obrony Terytorialnej. Każda armia ma swoje ofermy batalionowe, to nieodłączna od koszarowej kultury kategoria. W rozwiniętych demokracjach nie skrzykuje się ich jednak zwykle do odrębnej formacji. A gdy mówi się o wspólnocie obronnej polsko-czeskiej, trzeba się także ze stereotypem Szwejka skutecznie zmierzyć.

Nie chodzi o to, żeby czeski żołnierz dokonywał cudów męstwa na współczesnym polu walki. Oby do takiej próby nigdy nie doszło. Ważne za to, że w Pradze mamy dziś przywódcę, który nie tylko wobec Polski potwierdza złożone przed ćwierćwieczem bez przymusu sojusznicze zobowiązania swojego kraju. Jesteśmy razem w Sojuszu Atlantyckim na dobre i na złe, takiego potwierdzenia wreszcie się znad Wełtawy doczekaliśmy. 

Poza opowieścią o Szwejku, którego zblazowaną postać kojarzy każde dziecko polskie a nie tylko czeskie choćby za sprawą licznych ekranizacji (nawet nasi “C.K. Dezerterzy” Janusza Majewskiego nie mogą się z nimi równać, choć film to znakomity), literatura znad Wełtawy dała światu inne jeszcze wybitne dzieło. To “Historia Partii Umiarkowanego postępu w granicach prawa” autorstwa również Jarosława Haszka, który spisał dla nas “Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej”. Zapewne nazwa tejże partii, choć w zamyśle ironiczna jak cała opowieść, stanowi hasło samo w sobie i niezgorszy drogowskaz na obecne trudne czasy. Nie tylko dla braci Czechów, którym wypada życzyć powodzenia, skoro sami już sobie na nie zapracowali, wybierając prezydenta bez porównania lepszego niż jego poprzednicy. Formułę Haszka odczytać można w zmienionej rzeczywistości wcale nie jako greps, lecz zachętę do robienia jak najlepiej tego, co tylko możliwe. Mniejsza o pisarski sarkazm. Inspirująca dla Jacka Kaczmarskiego ballada katalońskiego barda niosła przecież ze sobą pesymistyczne przesłanie a jednak “Mury” stały się pełnym nadziei hymnem pokojowej i demokratycznej rewolucji antykomunistycznej i dziś jeszcze śpiewa się je na napadniętej przez Władimira Putina Ukrainie.

Całkiem sensownie uwspółcześnił przesłanie Haszka zawarte we wspomnianej “Partii…”, czyniąc to zresztą przy okazji krytyki Bronisława Komorowskiego, na łamach “Kultury Liberalnej” Jakub Krupa: “Hasek wyśmiewał w ten sposób kult postępu jako podstawę jakiejkolwiek politycznej wiary. Jak reformy – to tylko “nowoczesne”, “postępowe” i “szybkie”. Ten sposób myślenia o wspólnocie także w Polsce dominował przez lata. Polską transformację i drogę do zachodnich instytucji politycznych – Unii Europejskiej i NATO – cechował pośpiech i konieczność szybkiej realizacji. Kto nie z nami, ten przeciwko nam, wskazywał dyskurs okołoreferendalny z 2003 r. Zabrakło dialogu, chęci zrozumienia innych poglądów. Nawet jeśli “błędne” czy nieuzasadnione czymś musiały być inspirowane. Czym? Dlaczego? Jak można się zaangażować w ich krytykę? Te pytania padały zbyt rzadko” [1].

Jeśli dobrze odczytuję przesłanie wizyty prezydenta Pavla w Polsce, to jego rekomendacje okazują się zbliżone. Zaleca rozwagę i przygotowanie nawet na zaskakujące warianty rozwoju sytuacji. Przy czym nie tai, że niezbędnym celem pozostaje powstrzymanie kremlowskiej agresji. To inwariant. Jednak warto dyskutować o rozmaitych wariantach szczegółowych rozwoju sytuacji. I wspólnej wyobraźni nie może nam zabraknąć, skoro pozostajemy sojusznikami. 

 

Czego nauczyliśmy się z historii

Pamiętamy również o naszych własnych interesach, zwłaszcza gdy pozostają niesprzeczne z oczekiwaniami słowiańskiego sąsiada z południa. I również o tym, co pozostaje prawdą obiegową nie tylko na seminariach historycznych: II Rzeczpospolita upadła nie tylko za sprawą tchórzliwości jej władz, zaraz po radzieckim “nożu w plecy” czmychających szosą na Zaleszczyki samochodami służbowymi wraz z kochankami i futrami (urzędnikowi Ministerstwa Rolnictwa Jerzemu Giedroyciowi nawet w tej sytuacji udało się zademonstrować wyższy ludzki format, bo on do resortowego samochodu zabrał przynajmniej prawowitą żonę, z którą zresztą już się rozwodził – przed wrześniem jeszcze sprawa była w toku – ratując tym samym przyszłą profesor archeologii w Londynie Tatianę Szwecow przed niechybną śmiercią, bo jako “biała Rosjanka” z pochodzenia nie miała żadnych szans u obu okupantów). Międzywojenna Polska nie przetrwała także z powodu, że spośród swoich sąsiadów, tak licznych, że dziś polecenie wyliczenia ich wszystkich licealiści przygotowujący się do matury traktują jak złośliwą nauczycielską represję – normalne stosunki utrzymywaliśmy wyłącznie z dwoma najuboższymi: Łotwą i Rumunią. Rząd tej drugiej zdradził nas zresztą we wrześniu, internując uchodzące z kraju polskie kierownictwo państwowe, jakiekolwiek ono nie było – i ulegając tym samym naciskom niemieckim.

Państwo polskie upadło w 1939 r. bo wrogów mieliśmy wtedy blisko, a przyjaciół daleko. Nie wolno o tym zapomnieć. Znane polskie porzekadło głosi, że uczymy się na błędach. Ale też pamiętamy słowa Jana Kochanowskiego, ojca nie tylko literatury polskiej o czym znowu wiedzą nawet maturzyści, ale także nowożytnego myślenia politycznego nad Wisłą (“Odprawę posłów greckich” ambitny hreczkosiej z Czarnolasu napisał przecież nie z miłości do kultury antyku lecz jako rodzaj inteligentnego poradnika dla odpowiedzialnej za swoje państwo szlachty): “Nowe przysłowie Polak sobie kupi, że i przed szkodą i po szkodzie głupi”. Wybór znowu przed nami… Z pobytu w trakcie ostatniej kampanii przed wyborami do Sejmu (2019 r.) w odległym o parę tylko kilometrów od Czarnolasu powiatowym Zwoleniu, gdzie zwykle wycieczki szkolne odwiedzające dawną posiadłość poety jedzą obiady, zapamiętałem wypełnioną do ostatniego miejsca pomimo upalnej niedzieli salę miejscowego kina, w której skupili się wyborcy, którzy przyszli posłuchać polityków, w tym wypadku prezesa Władysława Kosiniak-Kamysza i marszałka Mazowsza Adama Struzika. Nie chodzi o to, że byli to akurat ludowcy. Tylko o coś ważniejszego: politycy mają się dla kogo starać. Sens demokracji nie zanika dopóki obywatele wierzą, że nadchodzące wybory coś zmienią, a masowy udział w kampanijnej konwencji – kilkuset osób w dziesięciotysięcznym powiatowym mieście – dobitnie na to wskazuje. Warto więc się starać, ponownie zaadresujmy ten przekaz do polityków.

Także po to, żebyśmy po tym wszystkim – gdy skończy się wojna za wschodnią granicą a nasi ukraińscy goście będą mogli swobodnie decydować, czy powrócą do swoich domów, jeśli przetrwały czy raczej budować zechcą dobobyt kraju, który im domy zastępcze zaoferował – mogli powtórzyć pamiętne słowa gdańskiego stoczniowca, jakie w Sierpniu 1980 r. w jego strajkującym zakładzie pracy zanotował światowej sławy reporter Ryszard Kapuściński: – Po raz pierwszy uczymy się na doświadczeniach, nie na błędach [2].

W innym bowiem wypadku stanie się tak, jak w ostrzegawczym tytule książki innego znakomitego czeskiego pisarza Milana Kundery: “Nikt się nie będzie śmiał”. No właśnie…

[1] Jakub Krupa. Prezydent Umiarkowanego Postępu (W Granicach Prawa). “Kultura Liberalna” nr 331 / 19 z 14 maja 2015
[2] Ryszard Kapuściński. Notatki z Wybrzeża. “Kultura” Warszawa, 14 września 1980

Piramida demokracji

Jeden bunt przy urnach dopiero co nastąpił. Obywatele w ostatnim głosowaniu zawstydzili polityków, powtarzających przedtem, że życie publiczne przeciętnego Polaka nie pasjonuje. Zaprzeczyły temu długie wieczorne kolejki do urn wyborczych.Czytaj więcej ..

Jedziemy na Euro

Po wyeliminowaniu Walii rzutami karnymi w barażowym meczu na wyjeździe – polscy piłkarze pojadą na Mistrzostwa Europy. Nie ma sensu narzekanie, że awans zdobyli w ostatnim momencie albo nie w takim stylu jak trzeba. Kto nie umie cieszyć się z sukcesów, kolejnych już nie odniesie.Czytaj więcej ..

Między nami a Walijczykami

Ustrzegliśmy się podobnie niemiłej niespodzianki, jaką w grupie eliminacyjnej stała się porażka z Mołdawią. Piłkarze Michała Probierza zgodnie z planem i rankingami pokonali Estonię 5:1 i o awans do finałów Euro zagrają w Cardiff z Walią. To symboliczne dla nas miejsce i przeciwnik.Czytaj więcej ..

Jaka tragedia taka Balladyna

Minął czas, kiedy Nową Lewicę uosabiały miła buzia i posągowa sylwetka Magdaleny Ogórek. Z sejmowej trybuny gorszą twarz postkomunizmu zaprezentowała przewodnicząca klubu Anna Maria Żukowska, zapowiadająca, że znane ze “strajku kobiet” błyskawice powrócą i jedna z nich porazi Szymona Hołownię ..Czytaj więcej ..

© 2023 Copyright: Grupa Medialna Gruszka

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Notify of
0 Comments
Inline Feedbacks
View all comments