Morawiecki zna niemiecki

czy wyborcy postpisowskiej prawicy wiedzą czego chcą

Kończą się zarówno przywództwo Jarosława Kaczyńskiego jak projekt polityczny pod nazwą partii Prawo i Sprawiedliwość: pierwsze trwa od 34 lat jeśli doliczyć do dziejów PiS historię poprzedniej nieudanej partii władzy Porozumienia Centrum, drugi zaś od niemal ćwierćwiecza, bo zaczynem stało się odejście brata Jarosława, Lecha z funkcji Ministra Sprawiedliwości w rządzie Jerzego Buzka, którego zresztą nawet nie rozbił. 

W polityce, inaczej niż w piłkarskiej ekstraklasie, żaden pożytek z drużyny co nie wygrywa ani liderów, co do zwycięstwa nie prowadzą. I tak jak w futbolu znajdujemy marki które – jak Garbarnię Kraków czy Polonię Warszawa – kibice kochają na zabój niezależnie od tego, w której lidze występują ulubieńcy – w życiu publicznym miejsca dla podobnych sentymentów nie ma. Przekonaliśmy się o tym na demonstracjach pod TVP, na które zamiast spodziewanych tłumów warszawiaków i przybyszów z całej głosującej na PiS Polski pojawiali się głównie rozpoznawalni świeżo po utracie pracy pisowscy urzędnicy.    
 
Deklaracje samego Kaczyńskiego w sprawie przyszłości pozostają sprzeczne, za to do partyjnej schedy po nim zgłosił się jako pretendent były premier Mateusz Morawiecki. Widać w tym jednak problem: w roli “Delfina” (jak nie od inteligentnego ssaka lecz hrabstwa z siedzibą w Grenoble nazywano następcę tronu francuskiego, który w tej górzystej i obfitującej w talenty krainie – w Grenoble przyszedł m.in. na świat wielki pisarz Stendhal – wprawiać się miał w rządzeniu) obsadził go kiedyś sam Kaczyński, pomimo faktu, że Morawiecki był wcześniej doradcą jego następcy w fotelu premiera Donalda Tuska, ale wyłącznie w scenariuszu, że PiS nie tyle wygra arytmetycznie wybory w październiku 2023 r, ale będzie po nich sprawować władzę. Machina jednak już ruszyła. Co nie znaczy, że nie ma odwrotu. Zaś Polacy mają swoje zdanie na ten temat. 
O tym, że Mateusz Morawiecki ma szanse, by zostać następcą Jarosława Kaczyńskiego w roli prezesa Prawa i Sprawiedliwości przekonanych jest 47 proc z nas, jak policzono  w niedawnym sondażu United Surveys. 40 proc Polaków mu tych szans nie daje [1]. Wspomniane przeświadczenie odróżnić trzeba jednak od pragnienia, żeby tak się stało. Przy czym badanie dotyczyło wszystkich wyborców: odpowiedzi pozytywnej w kwestii szans Morawieckiego na sukcesję po Kaczyńskim udzieliło tylko 30 proc wyborców zwolenników tworzących dziś “koalicję 15 października” za to aż 95 proc wyborców PiS i Konfederacji oraz co znaczące 43 proc pozostałych. 
 
To oczywiście tylko sondaż, ale nie ulega wątpliwości, że jest o co pytać. Widać to po zachowaniu polityków ale też ich zaplecza medialnego.
20 września 2023 - Mateusz Morawiecki podczas oświadczenia dla mediów, próbując premier przejęzyczył się i ostrzegł wyborców... przed swoją własną partią.

Mateusz Morawiecki zaczął pojawiać się w Sejmie na briefingach i odpowiadać na pytania dziennikarzy, jak niedawno w kwestiach budżetowych. To znacząca zmiana. Nie tak dawno w Sejmie dało się zaobserwować jak ochroniarze ówczesnego premiera obcesowo odpychali próbujące mu zadawać pytania dziennikarki, ktoś nawet rzucił, że gdyby tu był Kornel, nie byłoby to możliwe – ojciec szefa pisowskiego rządu, dawny lider antykomunistycznej Solidarności Walczącej, jeszcze wtedy żył, a słynął zawsze z doskonałych manier.

W sobotę wspierająca PiS Telewizja Republika nagle przerwała relację ze spotkania Jarosława Kaczyńskiego w Lublinie, akurat w momencie, gdy uczestnicy zaczęli zadawać pytania prezesowi i przerzuciła się na transmisję innego wiecu z udziałem Mateusza Morawieckiego [2].

W Polsce nie ma prawyborów jak w Ameryce, zwłaszcza na przywódców partii wodzowskich, jednak opinia publiczna ma prawo wiedzieć jak najwięcej gdy otwiera się gra o sukcesję w którejkolwiek z nich. Nawet jeśli zapowiedzi Kaczyńskiego, że z czasem ustąpi traktować trzeba z przymrużeniem oka. Niewykluczone, że prezes PiS składa je po to, żeby prześledzić, kto w sposób widoczny się z nich ucieszy.

Zwłaszcza w świetle tak powszechnego na prawicy przekonania o szansach Morawieckiego na następstwo po Kaczyńskim a szczególnie tym segmentom elektoratu, które skarżą się na dominację “opcji niemieckiej” lub przynajmniej traktują ją jako nadmierną w rodzimej polityce – warto przypominać teksty nawet sprzed wielu lat, za to pisane w czasach, kiedy ich bohater kojarzył się z prezesurą wielkiego banku, zaś jeśli z polityką to w wymiarze regionalnym: Sejmiku Dolnośląskiego, gdzie mandat Mateusz Morawiecki sprawował z listy AWS w latach 1998-2002.

Dla Bankiera.pl tak pisał w 2014 r. o Morawieckim Filip Ficner: 

“(..) imponująca kolekcja certyfikatów, potwierdzających kompetencje przyszłego prezesa pozwoliła rozpocząć pracę w sektorze bankowym. W tym celu Morawiecki przeniósł się do Frankfurtu nad Menem, gdzie w 1995 roku odbył staż w Deutsche Bundesbank, poznając tajniki nadzoru kredytowego i nadzoru nad rynkami finansowymi, a następnie przez dwa lata prowadził badania w zakresie bankowości i makroekonomii na usytuowanym tam uniwersytecie. W 1998 roku wrócił do kraju na skutek propozycji objęcia stanowiska w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej MSZ, gdzie miał się zajmować negocjowaniem warunków przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. Jednocześnie rozpoczął pracę w Banku Zachodnim SA jako doradca prezesa zarządu. Trzy lata później, gdy Bank Zachodni połączył się z Wielkopolskim Bankiem Kredytowym, tworząc Bank Zachodni WBK, Morawiecki został weń członkiem zarządu i dyrektorem zarządzającym, a w 2007 roku, po wieloetapowym procesie rekrutacji, rada nadzorcza nominowała go na stanowisko prezesa zarządu, uprzednio piastowane przez Jacka Ksenia” [3].

Jarosław Kaczyński: Pytania mieszkańców Lublina.

Jak wiemy, Bolesław Chrobry, zanim został królem Polski, jednym z najlepszych w naszej historii, przez wiele lat przebywał na dworze cesarskim w Niemczech chociaż jako zakładnik a nie stypendysta. Odłóżmy jednak żarty na bok. Każdy specjalista od zarządzania ma prawo formować swoją karierę tam gdzie chce, ale gdy przechodzi do politycznej sfery życia publicznego, opinia publiczna ma prawo o tym wiedzieć. W pracy dla Niemców nie ma nic nagannego, istotne pozostaje, czy wyniesione z niej nawyki a tym bardziej zobowiązania rzutować mogą na późniejsze decyzje. Zwłaszcza, mające związek z suwerennością kraju: a skoro Morawiecki jako młody urzędnik – w tym wypadku państwowy nie bankowy – miał swój udział w negocjacjach akcesyjnych, to zarówno wtedy jak teraz wie, o co chodzi. 

Akurat 13 grudnia, nie ostatniego, tylko poprzedniego, i w Sejmie ubiegłej jeszcze kadencji poseł Konfederacji Grzegorz Braun mówił z trybuny nie “bez trybu” jak zwykł to robić Kaczyński, lecz w trybie oświadczenia: “(..) mija właśnie tydzień od opublikowania przez dziennikarza śledczego Leszka Szymowskiego informacji o jego ustaleniu badawczym. W archiwach niemieckich, berlińskich, Mateusz Jakub Morawiecki – zbieżność z imieniem, drugim imieniem i nazwiskiem aktualnego premiera rządu Rzeczypospolitej Polskiej – miał być dwukrotnie zarejestrowany jako tajny współpracownik Inoffiziellen Mitarbeiter, sowiecko-niemieckiej tajnej służby Stasi (..). Mam nadzieję, że cisza w eterze w tej sprawie nie będzie się utrzymywała w nieskończoność” [4]. Chodzi oczywiście o tajną policję polityczną Niemieckiej Republiki Demokratycznej, państwa w latach 1949-90 pozostającego zachodnim sąsiadem Polski, konserwującego formę “koszarowego socjalizmu” nie tkniętego zębem żadnej odnowy.
 
Nie od rzeczy też przypomnieć, jak sam Morawiecki zachowywał się, kiedy podobne zarzuty stawiano innym. W tym – łagodniejszego kalibru, bo w grę wchodzić miała krajowa SB a nie enerdowska Stasi – jego dobrodziejowi i promotorowi kariery Jerzemu Buzkowi, który przystał na wpisanie go na listę kandydatów Akcji Wyborczej Solidarność w wyborach do Sejmiku Wojewódzkiego na Dolnym Śląsku, chociaż wielu mu to odradzało. Pomimo to – zero wdzięczności. Z przekazów współpracowników wynika, że młody Morawiecki zawsze odtąd mówił o premierze rządu AWS per “Karol”, bo taki kryptonim ten ostatni miał nosić w esbeckich dokumentach. 

Obecnie większość poważnych historyków opozycji antykomunistycznej przekonana jest o niewinności Buzka, potwierdziły ją również procedury lustracyjne. W 20001 na życzenie Tomasza Karwowskiego parlamentarzysty KPN wszczęto procedurę tzw. lustracji poselskiej w tej sprawie. Chciałoby się, aby pojawiające się zarzuty wobec Mateusza Morawieckiego, syna posągowej postaci i opozycjonisty już w nastoletnim wieku, nie ostały się w podobny sposób. Ale przedłużanie “ciszy w eterze” na którą skarżył się poseł Braun, którego zachowania w innych kwestiach, z pamiętną chanuką włącznie, zdarzało mi się stanowczo piętnować – zupełnie temu nie służy. Nawet Niemcy nie przejęli po rodzimych komunistach archiwów w stanie idealnym ale pozostają bez wątpienia w lepszym niż polskie. Być może zresztą nie ma się czego bać. Na przykład można sobie wyobrazić, że młody i doskonale już wtedy znający język niemiecki przyszły premier dzielił się swoimi spostrzeżeniami z kimś, kto przedstawił się jako wysłannik Bundesrepubliki a nie państwa enerdowskiego i w ten sposób wykorzystał jego naiwność. Jeśli tak było – pewnie byśmy to Morawieckiemu juniorowi wybaczyli. Ale najpierw musimy wiedzieć, co. Przecież przez lata to właśnie przedstawiciele formacji pisowskiej pouczali samego laureata Pokojowej Nagrody Nobla Lecha Wałęsę i niegdysiejszego patrona pierwszej partii Jarosława Kaczyńskiego, Porozumienia Centrum, że ma “stanąć w prawdzie”. Czy do nich samych też się to odnosi?
 
Na razie tylko jedno w całej tej historii okazuje się pewne: Mateusz Morawiecki świetnie mówi po niemiecku. Dlatego to jedno bezsporne zdanie wybrałem na tytuł tego skromnego szkicu. Pozostają pytania o to, czy sławetna transakcja “pieniądze za praworządność” – w dodatku nieudana, bo środki z Unii Europejskiej trafiły dopiero do Polski rządzonej przez Donalda Tuska – pozostawała autorskim pomysłem ówczesnego premiera, czy też podpowiedział mu ją sam Jarosław Kaczyński a może właśnie jakiś znajomy z dawnych lat. Jeśli aspiruje się do przywództwa polskiej prawicy, trzeba na te kwestie odpowiedzieć. Nie ma w tym nic zdrożnego ani niszczycielskiego. Zaś zanim dopełnić się mogą scenariusze optymistyczne – na przykład przejęcie znacznej części elektoratu PiS przez Konfederację lub wyłonienie się jakiegoś nowego “sojuszu prawicy demokratycznej” na miarę Akcji Wyborczej Solidarność sprzed ćwierćwiecza – skupić się trzeba na tych realnych.    
 
Wiemy też, dzięki pisarzowi Józefowi Mackiewiczowi, że jedynie prawda jest ciekawa.                 
 
[1] badanie United Surveys z 12-14 stycznia 2024 dla Wirtualnej Polski
Udostepnij na Facebook
Dodaj na Twitter
Piramida demokracji

Jeden bunt przy urnach dopiero co nastąpił. Obywatele w ostatnim głosowaniu zawstydzili polityków, powtarzających przedtem, że życie publiczne przeciętnego Polaka nie pasjonuje. Zaprzeczyły temu długie wieczorne kolejki do urn wyborczych.Czytaj więcej ..

Jedziemy na Euro

Po wyeliminowaniu Walii rzutami karnymi w barażowym meczu na wyjeździe – polscy piłkarze pojadą na Mistrzostwa Europy. Nie ma sensu narzekanie, że awans zdobyli w ostatnim momencie albo nie w takim stylu jak trzeba. Kto nie umie cieszyć się z sukcesów, kolejnych już nie odniesie.Czytaj więcej ..

Między nami a Walijczykami

Ustrzegliśmy się podobnie niemiłej niespodzianki, jaką w grupie eliminacyjnej stała się porażka z Mołdawią. Piłkarze Michała Probierza zgodnie z planem i rankingami pokonali Estonię 5:1 i o awans do finałów Euro zagrają w Cardiff z Walią. To symboliczne dla nas miejsce i przeciwnik.Czytaj więcej ..

Jaka tragedia taka Balladyna

Minął czas, kiedy Nową Lewicę uosabiały miła buzia i posągowa sylwetka Magdaleny Ogórek. Z sejmowej trybuny gorszą twarz postkomunizmu zaprezentowała przewodnicząca klubu Anna Maria Żukowska, zapowiadająca, że znane ze “strajku kobiet” błyskawice powrócą i jedna z nich porazi Szymona Hołownię ..Czytaj więcej ..

© 2023 Copyright: Grupa Medialna Gruszka

5 1 vote
Article Rating
Subscribe
Notify of
0 Comments
Inline Feedbacks
View all comments