Suwerenność i fundusz wyborczy

Do niedawna wydawało się, że Jarosław Kaczyński za pozyskane nawet kosztem ustępstw pieniądze z Unii Europejskiej w ramach Krajowego Funduszu Odbudowy zamierza poprowadzić kolejną, zwycięską w swoim zamierzeniu kampanię wyborczą. Rozbudowany pomimo kryzysu socjal znów miał dać zwycięstwo. Teraz narracja PiS się zmieniła, ale nie ona już decyduje, lecz polityczne fakty.

Suwerenność pozostaje jedną z najważniejszych dla każdego państwa wartości. Warunkiem sinequanon jego poważnego istnienia i działania. Bez niej nawet bogactwo nie smakuje jak należy, czego przykładem pozostaje obecny los Tajwanu.

Rozwinięty jak trzeba i zamożny, pozostaje zależny od amerykańskiego parasola militarnego, zaś przez liczącą się z mocarstwowymi Chinami część świata traktowany jako zbuntowana prowincja, chociaż tradycja jego wyspiarskiej państwowości datuje się od 1949 roku. Z kolei przykład Serbii, bez wątpienia suwerennej, ale pozostającej na uboczu wszystkich wspólnot od europejskiej po atlantycką, pokazuje, że własna droga – bez zdolności wchodzenia w obustronnie korzystne relacje z innymi – również szczęścia nie daje. I to pomimo szacunku, jakim cieszyła się Jugosławia, której sukcesorką Serbia pozostaje, w czasach podziału świata na dwa bloki, kiedy to starała się przewodzić ruchowi państw niezaangażowanych.

Odwoływanie się więc do samej tylko suwerenności przy jednoczesnym braku – jeśli użyć technokratycznego określenia – kompatybilności z innymi państwami wydaje się zabiegiem ryzykownym. Gdy czyni to Jarosław Kaczyński, można mu przypomnieć wieloletnie pielęgnowanie sojuszu z Węgrami Viktora Orbana, dziś najlepszym kompanem putinowskiej Rosji wśród krajów Unii Europejskiej i Sojuszu Atlantyckiego.

Obie wspólnoty popełniły zasadnicze błędy nie tylko wobec Polski, ale przede wszystkim Ukrainy. Niemiecka troska o dostawy gazu i jeszcze trudniejsze do zrozumienia włoskie sympatie dla kremlowskich racji oraz priorytet francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona dla interesów własnych koncernów sprawiają, że poparcie dla obrony Kijowa przed Rosjanami okazało się poniżej oczekiwanej miary. Tym trudniej brukselskim urzędnikom narzucać cokolwiek Polsce, nawet rządzonej przez ekipę w świecie mocno niepopularną, w sytuacji, gdy przelewającym krew za prawo do stanowienia o własnych sojuszach Ukraińcom oferuje się tak niewiele. I gdy ciężar najważniejszej, bo humanitarnej pomocy dla nich, wzięła na siebie właśnie Polska. Co szczególnie istotne: całe społeczeństwo, bezprzykładnym w powojennej, skłonnej do egoizmu Europie i godnym podziwu wysiłkiem.

Większe pretensje do Unii niż o przetrzymywanie środków w ramach KPO mieć należy o brak wsparcia dla tych polskich humanitarnych starań. Podobnie zresztą nie wysupłało należnych środków NATO. Chociaż potwierdzenie przez prezydenta USA Joego Bidena akurat w Warszawie aktualności artykułu piątego Traktatu Waszyngtońskiego, zobowiązującego kraje Sojuszu Atlantyckiego do wspólnej obrony ma swoją wagę i pozostaje nie tylko dla Polaków cenne.

Jeśli zaś o pieniądze z KPO chodzi, to minister rozwoju i technologii Piotr Nowak już ogłaszał sukces w tej materii. Jednak został ze stanowiska odwołany. Środki pozostają zamrożone. Chociaż do niedawna wydawać się mogło, że właśnie one posłużą partii Jarosława Kaczyńskiego do wygrania kolejnych wyborów. Nawet za cenę utraty wizerunku nieugiętych przeciwników unijnego dyktatu w kwestii tego, co rządzący zwykli nazywać reformą wymiaru sprawiedliwości a ich przeciwnicy jego upartyjnieniem. Pieniądze za praworządność to formuła transakcyjna ale dająca się zinterpretować jako wyraz mądrości politycznej zwłaszcza w sytuacji, gdy PiS – wbrew własnym narzekaniom – poszerza wpływy w mediach.

Wzmagająca się od niedawna twardsza od dotychczasowej narracja rządzących wobec UE może wskazywać na inne podejście. Oto Mateusz Morawiecki, ale przede wszystkim Jarosław Kaczyński zaczynają oswajać “suwerena”, jak sami rządzonych określają, z perspektywą, że pieniędzy unijnych nie będzie. I że odpowiedzialna za to jest Unia Europejska.

Uzasadnienie to pozwala na demaskowanie nie tylko rzeczywistych nieprawości Brukseli – o dwuznacznej postawie wobec Ukrainy i jej szukających bezpiecznego kąta obywateli była już mowa – ale również obciążanie jej odpowiedzialnością za ogólne pogarszanie się sytuacji bytowej Polaków. Związanej nie tylko z wojną za wschodnią granicą i trwającą ciąż pandemią (to już dwa i pół roku zarazy, o czym zawsze przypominać wypada), ale również z zawinioną przez rządzących w Polsce, a nie eurokratów drożyzną i inflacją, do których wzmożenia przyczyniło się rozbudowane ponad miarę możliwości rozdawnictwo społeczne, uprawiane w dodatku z cudzej kieszeni: kosztem obarczanej daninami i podatkami aktywniejszej i bardziej zaradnej życiowo części społeczeństwa. Gaz i węgiel, cała litania potrzeb podstawowych, jeszcze nie znalazły się wprawdzie wśród niedoborów, ale są już na liście trosk Polaków. Pogłębia się lęk o przyszłość. A w takiej sytuacji szuka się winnych.

Wprawdzie badania opinii publicznej dokumentują niezmiennie, że Polacy zaliczają się do narodów najbardziej euroentuzjastycznych (w badaniach CBOS z czerwca br członkostwo w UE popiera 92 proc z nas, przeciw niemu opowiada się 5 proc), ale trzeba pamiętać, że oddaje to poparcie dla koncepcji wspólnoty europejskiej, a nie przekonanie o nieomylności brukselskiej biurokracji. A zwolennikami jednolitego państwa unijnego Polacy zapewne nigdy się nie staną, bo są do własnego, nawet tak niedoskonałego jak obecne, emocjonalnie przywiązani jak zapewne żadna inna podobnej liczebności europejska nacja. I jeśli zważyć historyczne doświadczenia – trudno nam się dziwić.

Poza tym Kaczyński, w tamtych akurat latach budujący swoją polityczną karierę, doskonale pamięta jak zawodne są sondażowe słupki, co wykazał przykład Tadeusza Mazowieckiego, który najpierw w roli premiera cieszył się poparciem czterech spośród pięciu statystycznych Polaków, a gdy swoją misję już kończył – wybory prezydenckie przegrał z kretesem nie tylko z pokojowym noblistą, wciąż jeszcze wtedy dla wielu symbolizującym nadzieje Solidarności, Lechem Wałęsą, ale także z zagadkowym i plazmowatym Stanisławem Tymińskim, pozbawionym nie tylko wyrazistych przekonań, ale i podobnego waloru biografii.

Z kolei Zbigniew Ziobro, który swoją karierę ufundował na spektakularnym udziale w sejmowej komisji śledczej, badającej aferę Lwa Rywina wie doskonale, jakim poparciem legitymował się Aleksander Kwaśniewski, po pięcioletniej kadencji prezydenckiej uzyskujący kolejną już w pierwszej turze. I jak później, po drugich rządach SLD i wielu aferach, których nici w opinii powszechnej, nawet jeśli prokuratorzy tego nie potwierdzili, prowadziły do Pałacu Prezydenckiego, własna formacja – zresztą z popularnością też zredukowaną do jednej czwartej pierwotnego stanu w ciągu paru lat, uznała go bardziej za obciążenie niż atut. Aż został zapewne najmłodszym emerytem wśród celebrytów.

Trudno uwierzyć, żeby zdarzenia tak dramatyczne jak pandemia i exodus ukraińskich uchodźców, których 5,5 miliona w pół roku przekroczyło naszą granicę – nie zmieniły trwale preferencji Polaków. Nawet, jeśli bieżące badania opinii jeszcze tego nie wychwytują.

Na to być może liczą rządzący. Jednak może się też okazać, że prędzej sami stracą poparcie społeczeństwa, niż Unia Europejska jego sympatię. Oczywiście może się też zdarzyć odwrotnie. Z kolei przykład Wielkiej Brytanii, gdzie inicjator referendum David Cameron wcale nie pragnął “Brexitu” ale do niego doprowadził, pokazuje, jak łatwo wielkie procesy dziejowe wymykają się spod kontroli polityków, nawet jeśli tym ostatnim wydaje się, że pozostają ich inicjatorami czy wręcz kreatorami. Niejeden polityczny scenarzysta kończył z tego powodu karierę w roli statysty. Pozostawiając jednak obywateli ze skutkami swoich działań. Zwykle odległymi od budujących.     

Niezmiernie pouczający okazuje się też przykład Słowenii, gdzie niedawny towarzysz podróży Mateusza Morawieckiego i Jarosława Kaczyńskiego do Kijowa i ich największy po wspomnianym już Orbanie przyjaciel Janez Jansa stracił władzę na rzecz Roberta Goloba, który swoją formację założył tuż przed zwycięskimi wyborami. To dowód, jak przyspieszyć może tempo zmian w naszej części Europy. 

Jedno wydaje się niestety pewne: nie o żadne wartości w całym tym zamieszaniu chodzi obecnej ekipie rządzącej. Jak dla wielu jej poprzedników – liczą się władza i kasa. Ale o tym powie państwu każdy warszawski taksówkarz, zawsze rozpolitykowany, a zwykle na tyle krytyczny i przy tym skłonny do narzekań, że aż – pewnie niesprawiedliwie – przezywany “cierpiarzem”.

Udostepnij na Facebook
Dodaj na Twitter
Piramida demokracji

Jeden bunt przy urnach dopiero co nastąpił. Obywatele w ostatnim głosowaniu zawstydzili polityków, powtarzających przedtem, że życie publiczne przeciętnego Polaka nie pasjonuje. Zaprzeczyły temu długie wieczorne kolejki do urn wyborczych.Czytaj więcej ..

Jedziemy na Euro

Po wyeliminowaniu Walii rzutami karnymi w barażowym meczu na wyjeździe – polscy piłkarze pojadą na Mistrzostwa Europy. Nie ma sensu narzekanie, że awans zdobyli w ostatnim momencie albo nie w takim stylu jak trzeba. Kto nie umie cieszyć się z sukcesów, kolejnych już nie odniesie.Czytaj więcej ..

Między nami a Walijczykami

Ustrzegliśmy się podobnie niemiłej niespodzianki, jaką w grupie eliminacyjnej stała się porażka z Mołdawią. Piłkarze Michała Probierza zgodnie z planem i rankingami pokonali Estonię 5:1 i o awans do finałów Euro zagrają w Cardiff z Walią. To symboliczne dla nas miejsce i przeciwnik.Czytaj więcej ..

Jaka tragedia taka Balladyna

Minął czas, kiedy Nową Lewicę uosabiały miła buzia i posągowa sylwetka Magdaleny Ogórek. Z sejmowej trybuny gorszą twarz postkomunizmu zaprezentowała przewodnicząca klubu Anna Maria Żukowska, zapowiadająca, że znane ze “strajku kobiet” błyskawice powrócą i jedna z nich porazi Szymona Hołownię ..Czytaj więcej ..

© 2023 Copyright: Grupa Medialna Gruszka

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Notify of
0 Comments
Inline Feedbacks
View all comments