Dobry czas wielkich papieży

Co łączy Benedykta XVI, którego niedawno pożegnaliśmy, z Janem Pawłem II? Nie tylko ćwierćwiecze osobistej współpracy, kiedy to niemiecki kardynał Joseph Ratzinger za czasów posługi naszego Papieża zawiadywał strategiczną Kongregacją Nauki Wiary. Przede wszystkim fakt, że oba pontyfikaty – Jana Pawła II (1978-2005) i Benedykta XVI (2005-13) stanowiły dobry czas nie tylko dla Kościoła powszechnego ale dla świata. Obaj charyzmatyczni przywódcy duchowi wydatnie się do tego przyczynili.
 
To za ich pontyfikatów rozpadło się komunistyczne imperium zła i runęła żelazna kurtyna, upadły też dyktatury w krajach tak różniących się i odległych jak Chile i Filipiny, a wszystkie te procesy dokonały się przy wydatnym udziale hierarchów Kościoła. Wprawdzie nie koniec historii, głoszony na gorąco przez Francisa Fukuyamę, ale optymistyczny w niej zwrot miał miejsce jeszcze za posługi Jana Pawła II. Już po powołaniu na stolicę Piotrową Benedykta XVI świat przezwyciężył kolejny globalny kryzys gospodarczy, uśmierzył narastającą groźbę terroryzmu międzynarodowego i zachował pokój. Obaj pozostawali papieżami-filozofami, ludźmi księgi i refleksji. A do historii nie tylko przeszli, ale jej bieg zmieniali, nie ograniczając się do roli świadków, za sprawą siły ducha i czynu, do którego nie wahali się nawoływać. 
 
Charyzmę obu wielkich przywódców Kościoła, potrafiących o sprawach najtrudniejszych przypominać w taki sposób, żeby nikogo nie dotknąć i nie obrazić, doceniliśmy w pełni w dobie kolejnej próby: wojny na Ukrainie, kiedy podobnego głosu ze Stolicy Apostolskiej zabrakło. Niefortunne, chociaż nie ze złej woli wynikające lapsusy, jakie przydarzyły się obecnemu sternikowi Kościoła Franciszkowi, gdy mówił o szczekaniu NATO u granic Rosji, czy akurat w trakcie spotkania z ukraińskimi dziećmi rozczulał się nad losem zamordowanej w zamachu putinowskiej propagandystki Darii Duginej, chociaż nietrudno dla ich oceny przywołać soborową jeszcze z 1870 r. wykładnię, że papież jest nieomylny ale w sprawach wiary – skłaniały również do oceny, że jego poprzednicy zapewne lepiej poradziliby sobie i z tą sytuacją.  
 
Siłą ducha i woli rozwiązywali dylematy i rozplątywali węzły gordyjskie, z którymi nie umieli sobie i do dziś nie potrafią poradzić politycy. Dla Polaków znakomitym przykładem pozostaje wizyta Benedykta XVI w oświęcimskim obozie, nazwanym przez niego miejscem grozy, którego bramę przekroczył w 2006 r. w milczeniu, pieszo i samotnie, bez asysty choćby jednego kleryka, jakby w pokutnej drodze. Zapewne dla pojednania polsko-niemieckiego miało to znaczenie największe od czasów, gdy socjaldemokratyczny kanclerz Willy Brandt, któremu zawdzięczamy uznanie naszych granic zachodnich i północnych, w ćwierć wieku po zakończeniu II wojny światowej ukląkł pod warszawskim pomnikiem. Ale impuls do tego wydarzenia dał pamiętny list biskupów polskich do niemieckich z 1965 r. z pamiętnymi słowami „Przebaczamy i prosimy o wybaczenie”, którego jednym z pomysłodawców był ówczesny arcybiskup krakowski Karol Wojtyła. Benedykt XVI nie tylko godził ludzi ale tłumaczył im sens cierpienia i męczeństwa, jak wtedy gdy w Oświęcimiu zadawał dramatyczne pytanie: „jak stało się to możliwe?”. Nie rozwiązało to wszystkich spraw szczegółowych, wiążących się z zadośćuczynieniem za wojnę, z którymi wciąż nie potrafią się uporać dyplomaci, politycy i prawnicy, ale przybliżyło narody, kiedyś walczące przeciwko sobie, do wzajemnego zrozumienia.     
 
Niemieckiego papieża Polacy w trakcie jego wizyty w ich Ojczyźnie przyjmowali tłumnie, jak żadnego przed nim zagranicznego przywódcę i serdecznie jak kiedyś swojego Ojca Świętego. Nie przypadkiem Benedykt wybrał Polskę jako kraj pierwszej pielgrzymki czasów swojego pontyfikatu. Świadomie podążał ścieżkami wytyczonymi przez Jana Pawła II, był w Krakowie na Błoniach i w papieskim oknie, w rodzinnych Wadowicach Karola Wojtyły i w Częstochowie. A także na placu Piłsudskiego, który zmienił nazwę od czasu pamiętnej mszy odprawionej tam przez Jana Pawła II w trakcie której padły niezapomniane słowa: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi”. Do następstw społecznych i moralnych pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II lepiej może pasowała poprzednia nazwa miejsca celebracji: plac Zwycięstwa. Ale też od 1979 r. w Polsce zmieniło się niemal wszystko, nie tylko nazwy placów i ulic. Fenomen Solidarności, dziesięciomilionowego ruchu wyrzekającego się przemocy, zrodził się zarówno z polskiej tradycji niepodległościowej jak papieskiej nauki społecznej. Ale podobnie skutkowała ona na odległych od nas Filipinach, gdzie także za sprawą wcześniejszej wizyty Jana Pawła II z 1981 r. chwiała się prawicowa z kolei dyktatura prezydenta Ferdinanda Marcosa, a zmiana władzy bez rozlewu krwi stała się możliwa w 1986 r., kiedy na apel miejscowego kardynała Jaime Sina miliony ludzi wyszły na ulice stolicy, żeby oddzielić zbuntowane wojska od sił, które miały ich rewoltę stłumić. Nazwano później te wydarzenia filipińskim cudem różańcowym.
 
Jednak nie wszędzie ofiar w podobny sposób udawało się uniknąć. Ciężar męczeństwa ponosili zarówno księża jak hierarchowie. Salwadorski arcybiskup Oscar Romero zginął zastrzelony przez prawicowe szwadrony śmierci w swojej świątyni w 1980 r. Księdza Jerzego Popiełuszkę z parafii św. Stanisława Kostki z warszawskiego Żoliborza zamordowali w 1984 r. po uprzednim uprowadzeniu funkcjonariusze komunistycznej służby bezpieczeństwa.
 
Przemoc nie była jednak w stanie powstrzymać siły duchowej. Charyzma Papieża wydatnie się do tego przyczyniła.     
 
O Janie Pawle II tak pisali jego biografowie, wcześniejszy demaskator afery Watergate Carl Bernstein oraz watykanista Marco Politi: „Mistyk i samotnik, czerpie energię z tłumów, zapewne najliczniejszych, jakie przyciągał jakikolwiek przywódca w historii. Jego przesłanie moralne i doktrynalne jest niezwykle wymagające i nie wszystkim zarówno w Kościele, jak i poza nim, się podoba.  Nie mają na niego wpływu ani wyniki badań opinii społecznej, ani to, co popularne, ani koncepcje krytyków” [1].      
 
Do tych, którym w Kościele spodobało się wymagające przesłanie nowego pasterza, zaliczał się bez wątpienia niemiecki kardynał Joseph Ratzinger. Mianowany przez Jana Pawła II prefektem Kongregacji Nauki Wiary. Oznaczało to odpowiedzialność za doktrynę katolicką. 
 
Chociaż, jak wiadomo, Kościół nie do walki został stworzony, od początku swojej misji Ratzinger zmuszony zostaje do zmagań na dwóch frontach. Potężnym i rosnącym w siłę zagrożeniem okazuje się teologia wyzwolenia tworzona m.in. przez brazylijskiego duchownego Leonardo Boffa. Popularna w wielu krajach Ameryki Łacińskiej niesie za sobą pomieszanie nakazów religii z dopuszczaniem użycia przemocy i marksistowską inspiracją. Równie groźni na przeciwległej konserwatywnej flance okazują się lefebryści, zamierzający cofnąć Kościół w przeszłość. Zwolennicy Marcela Lefebvre’a kwestionują historyczne dokonania i ustalenia Soboru Watykańskiego Drugiego. Podobnie bardziej siłą ducha niż sankcjami pokonani zostają jedni i drudzy. W prostowaniu dróg Kościoła za pontyfikatu Jana Pawła II prefekt Ratzinger ma swój wielki udział.
 
Łączy ich wspólne doświadczenie II wojny światowej, chociaż z pozoru powinno dzielić. Pochodzący z małej wioski w Bawarii Ratzinger jako nastolatek przymusowo zmobilizowany zostaje do wermachtu. Po dezercji trafia z kolei do alianckiego obozu jenieckiego. Zaś Karol Wojtyła podczas niemieckiej okupacji pracuje jako robotnik w zakładach Solvay w Krakowie. Gdy kiedyś wraca po fabrycznej zmianie, potrąci go dotkliwie ciężarówka prowadzona przez niemieckiego żołnierza. Wojtyła równocześnie studiuje polonistykę na tajnych kompletach i w konspiracyjnym Teatrze Rapsodycznym występuje jako aktor. W tym ostatnim zajęciu tkwi zapewne jedna z tajemnic wpływu, jaki po latach wywierać będą jego wystąpienia na tłumy wiernych ale także na obserwatorów nie identyfikujących się z katolicyzmem.
 
Gdy wieloletni prefekt Ratzinger wybrany zostaje przez konklawe następcą Jana Pawła II, dotychczasowy przydomek „pancernego kardynała” ustępuje szybko obrazom o przeciwnej wręcz wymowie, jeszcze łatwiej dającym się zapamiętać. Papież Benedykt wypuszcza na wolność białego gołębia, który jednak z uporem nie zamierza odlecieć, wraca do jego dłoni. Równie liczne stają się ujęcia z małymi dziećmi, do których niedawny strażnik doktryny odnosi się tak, jakby był ich dziadkiem. Ciepłe i rzewne sceny nie wyczerpują obrazu jego pontyfikatu, jego przesłanie – podobnie jak poprzednika – okaże się wymagające. Broni tradycyjnej rodziny. Przypomina o obowiązkach. Tak jak Jan Paweł II mówił młodym na gdańskiej Zaspie w 1987 r, że każdy ma swoje Westerplatte, tak również Benedykt błyskawicznie nawiąże z nimi kontakt na Błoniach krakowskich, gdzie w 2006 r. stawią się w liczbie 900 tys. A papież im poradzi, żeby stojąc na ziemi, wpatrywali się w niebo. 
 
Obaj, Jan Paweł II i Benedykt XVI okażą się nie tylko wybitnymi sternikami ale mężami stanu.  
 
Kościół za ich posługi stał się rzeczywiście powszechny. Okazał się wspólnotą ale i opoką pozostał.
 
Myśl ale i emocja stanowiąca dar, otrzymany przez obu wielkich Papieży, za sprawą których świat stał się wyraziście lepszy, chociaż wiadomo, że nie z dnia na dzień to nastąpiło, towarzyszyć nam będzie również teraz, gdy stawiać przychodzi czoła sytuacjom znanym dotychczas bardziej z podręczników historii: epidemii, wiążącej się ze wzmożonym zagrożeniem dla najsłabszych, wojny w sąsiednim kraju i uchodźczego exodusu, pozostającego nie abstrakcją ale tłumaczącego się na konkretne potrzeby szukających u nas schronienia ukraińskich dzieci i ich matek.
 
Nie tylko Polacy i Niemcy, nie tylko sami nawet katolicy, mają się do kogo w tej sytuacji odwoływać. Bo też zarówno Jan Paweł II i Benedykt stali się pierwszymi w dziejach papieżami również dla niewierzących, szanowanymi też przez przedstawicieli innych religii, którzy się z nimi liczyli. Znalazło to wyraz w gorącej linii, nawiązanej z polskim papieżem przez jego rodaka Zbigniewa Brzezińskiego, doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego prezydenta Stanów Zjednoczonych Jimmy’ego Cartera, żarliwie wierzącego baptysty, która przyczyniła się do uchronienia Polski przed grożącą jej w grudniu 1980 r. interwencją zbrojną państw Układu Warszawskiego.   
 
Gdy obaj wielcy przywódcy Kościoła odeszli, pozostaje po nich nie pustka, ale bogactwo inspiracji, z których również w życiu codziennym przyjdzie korzystać.  
 
[1] Carl Bernstein, Marco Politi. Jego Świątobliwość Jan Paweł II i nieznana historia naszych czasów. Wyd. Amber, Warszawa 1997, s. 20, przeł. Stanisław Głąbiński
Piramida demokracji

Jeden bunt przy urnach dopiero co nastąpił. Obywatele w ostatnim głosowaniu zawstydzili polityków, powtarzających przedtem, że życie publiczne przeciętnego Polaka nie pasjonuje. Zaprzeczyły temu długie wieczorne kolejki do urn wyborczych.Czytaj więcej ..

Jedziemy na Euro

Po wyeliminowaniu Walii rzutami karnymi w barażowym meczu na wyjeździe – polscy piłkarze pojadą na Mistrzostwa Europy. Nie ma sensu narzekanie, że awans zdobyli w ostatnim momencie albo nie w takim stylu jak trzeba. Kto nie umie cieszyć się z sukcesów, kolejnych już nie odniesie.Czytaj więcej ..

Między nami a Walijczykami

Ustrzegliśmy się podobnie niemiłej niespodzianki, jaką w grupie eliminacyjnej stała się porażka z Mołdawią. Piłkarze Michała Probierza zgodnie z planem i rankingami pokonali Estonię 5:1 i o awans do finałów Euro zagrają w Cardiff z Walią. To symboliczne dla nas miejsce i przeciwnik.Czytaj więcej ..

© 2023 Copyright: Grupa Medialna Gruszka

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Notify of
0 Comments
Inline Feedbacks
View all comments