Gdy rakiety spadają coraz bliżej

Ludzi dobrej woli jest więcej, niż Putin ma bomb

Kolejna putinowska eskalacja brudnej wojny dotyka nie tylko ukraińskich sąsiadów. Polacy gromadzą zapasy. Jodek potasu kupują nawet na recepty od weterynarza. Bo to jeden ze sposobów pozyskania tego limitowanego dobra, po raz pierwszy od czasów katastrofy w Czarnobylu znów artykułu pierwszej potrzeby. Wojna nerwów nie okazuje się jednak przegrana, dopóki dominują pozytywne emocje. Myślimy o sobie, ale wciąż pomagamy innym.

 

Lwów, na który spadają teraz rakiety, nie jest dla Polaków zwykłym miastem za granicą. Jeszcze niedawno jeździło się tam na wycieczkę: jedni z nas na handel, drudzy w celach nostalgicznych, bo wiele polskich rodzin wywodzi się właśnie stamtąd. Całkiem jak z Krakowa, Warszawy czy Kielc.

To jest również nasza wojna, co nie znaczy, że nam spowszedniała. Wręcz przeciwnie, Polacy – a naszą granicę przekroczyło od lutego br. prawie 7 mln uchodźców (6,9 mln według danych Straży Granicznej z 10 października) – wykazali jak żaden inny wplątany w obecną złowrogą sytuację naród, że los sąsiadów nie stał się im obojętny. 

W Śródmieściu Warszawy, w zwykłych miejscach, prowadzimy lub słyszymy rozmowy, z jakimi jeszcze rok temu miało się do czynienia tylko w filmach. 

Na skwerze przy wyprowadzaniu psa dowiadujemy się od starszego pana z Ukrainy, że o siedemnastej we Lwowie zamykają gaz ze względu na pewność już, a nie tylko potencjalną groźbę przewidywanego rosyjskiego ataku. W przekazach stacji telewizyjnych jeszcze tego nie ma, ale wiadomość potwierdzi się w parę godzin później. W dobie smartfonów i wszechobecności netu kontakt bezpośredni daje szybsze informacje, niż zbiorą akredytowani w dotkniętych wojną miastach oficjalni korespondenci.

W Żabce ekspedientka ze Wschodu rozmawia z klientem po rosyjsku, żadne z nich, jak wynika z treści dialogu nie jest z Rosji. A zdania, które wymieniają mogą przypomnieć doskonały film pokoleniowego rówieśnika naszego Andrzeja Wajdy – Michaiła Kałatozowa “Lecą żurawie” z Tatianą Samojłową w roli Biełki, nakręcony w latach odwilży za rządów Nikity S. Chruszczowa i

nagrodzony w Cannes Złotą Palmą w 1957 r, gdy wolny świat przekonał się za sprawą doskonałego reżysera gruzińskiego pochodzenia, że radzieccy żołnierze w II wojnie nie zawsze szli do ataku z nazwiskiem Stalina na ustach, częściej ginęli bez sensu, pozostawiając po sobie pustkę i rozpacz. Niezwykłą scenę z dziewczyną Biełką, płaczącą 9 maja 1945 r. w czasie moskiewskiej parady zwycięstwa, bo na niej właśnie dowiedziała się o śmierci ukochanego od jego towarzysza broni, zapamiętali nie tylko kinomani. Do tamtych klimatów wracamy.

– Idziesz do wojska? – pyta ekspedientka w Żabce po rosyjsku swojego dwudziestoletniego klienta.

– U nas na Białorusi jest inaczej – odpowiada tamten. – Jedni walczą po waszej stronie, inni po stronie Putina. Ale ja tam nie wrócę. Zapada kłopotliwe milczenie, zapewne Ukrainka była przekonana, że rozmówca jest jej rodakiem. Mają różne problemy, ale ich przyczyna pozostaje jedna i ta sama. Okazuje się nią wojna Władimira Putina.     

– Jedzą jak zwierzątka – mówi o ukraińskich dzieciakach sąsiadka z bloku, starsza pani, przezywana tu “hrabianką”. Dystans ten i arystokratyczna poza (nosi nazwisko obecne w herbarzach i wśród biogramów zasłużonych w encyklopediach) nie przeszkodziły jednak tej samotnej osobie otworzyć i serce i mieszkanie dla dwójki dzieci i ich matki, przybyłych z okolic Lwowa właśnie, gdy zaczęła się wojna.  

Inni dla odmiany zachwycają się ukraińskimi dziećmi. Zauważają, że pomimo przeżyć, sprawiają wrażenie lepiej wychowanych niż polskie. Socjologowie wcale tego nie oprotestowują: na Ukrainie więcej czasu poświęcało się rodzinie, zachował się bardziej tradycyjny jej model, stąd wspomniany jej efekt. 

Wysoka urzędniczka samorządowa dzieli się ze mną obserwacją, zaznaczając, że w druku może się znaleźć, ale broń Boże pod nazwiskiem: wiele mamy już związków Polaków z Ukrainkami, stosunkowo mniej par – również jeśli oczywiście uwzględnić proporcje – tworzą Polki z Ukraińcami. Jak się wydaje, poziom emancypacji okazuje się tu rozstrzygający. Pewnie niejeden doktorat zostanie o tym napisany.

Stajemy w obliczu problemów, z którymi Polacy nie mieli do czynienia od czasów powojennej wielkiej wędrówki ludów, kiedy to ludność utraconych na rzecz ZSRR Kresów wschodnich przedwojennej Rzeczypospolitej przesiedlano masowo na odzyskane Ziemie Zachodnie

Wojna na Ukrainie

i Północne, które z kolei opuszczali miejscowi Niemcy niestety wraz z uznaną za nich pochopnie przez biurokratów częścią mówiącej po polsku ludności miejscowej zwłaszcza na Mazurach i Śląsku.

Ale po niewiele więcej niż pół roku exodusu da się już ocenić, że nawet wobec związanych z nim kłopotów nie okazaliśmy się bezradni. 

Wcale nie urzędnikom, tylko milionom zaangażowanych w akcję humanitarną, zawdzięczamy fakt, że nie sprawdziły się fatalne prognozy autorytetów naukowych, że liczba 3-4 milionów uchodźców oznacza dla Polski katastrofę humanitarną. Gości ze Wschodu przybyło dwa razy więcej niż ten jakoby złowrogi próg wynosił. I nic złego się u nas nie stało, jeśli pominąć przejściową epidemię ospy wietrznej w przytulisku przy Modlińskiej, ale to na szczęście nie najgroźniejsza z chorób, o czym wiemy, gdy wciąż szaleje pandemia COVID-19. 

W ośrodku w Święcicach za Ożarowem Mazowieckim, przy starej szosie poznańskiej, zaadoptowanym ze starego nieczynnego hotelu przez młodych Polaków, potomków dawnych zesłańców, co przybyli do ojczyzny przodków z państw b. ZSRR, założyli Klub Możliwości i postanowili coś wielkiego dla niej zrobić – jestem świadkiem rozmowy, w trakcie której osiemnastoletnia może Ukrainka chwali się, że właśnie zdobyła pracę w kebabowni w pobliskim Błoniu. A w warszawskiej kawiarni po ukraińsku lub rosyjsku z kijowskim akcentem rozmawia się przy coraz większej liczbie stolików. Wydając swoje pierwsze zarobione w Polsce pieniądze, goście ze Wschodu pomagają się odkuć poszkodowanym w dobie pandemii i przymusowego zamknięcia punktów gastronomicznych właścicielom. Ten argument przekona nawet twardych zwolenników liczenia produktu krajowego brutto jako miernika szczęścia. Korzyść okazuje się obopólna. 

Zasada staropolskiej gościnności stała się nie składnikiem stereotypu tylko, lecz częścią osobowości podstawowej współczesnego Polaka. 

Weterynarz z całodobowej lecznicy nie tylko nie bierze grosza od ukraińskiej pani inżynier, która przyszła do niego z kwękającą suczką Norą, wywiezioną na czas spod bomb i rakiet, ale jeszcze z własnych pieniędzy dodaje lekarstwa dla zwierzaka. Sąsiadka, o której była już mowa, narzeka wprawdzie, że nie może patrzeć, jak jedzą wygłodniałe po podróży

dzieciaki ukraińskie, ale karmi je najlepiej jak potrafi ze swojej emerytury i skromnego świadczenia państwowego. Rozmowę z nią, ale też z matką tych małych gości, polecam serdecznie zawodowej działaczce charytatywnej i eurodeputowanej Janinie Ochojskiej, która utrzymywała, że pieniądze na uchodźców nie powinny być wypłacane osobom, udzielającym im schronienia, tylko im samym. I co niby mieliby zrobić z tą skromną kwotą, na ile noclegów i racji żywnościowych ona wystarczy, kiedy Putin zamiast wojnę zakończyć wobec światowego sprzeciwu jeszcze ją dalej eskaluje?

A w bloku w centrum stolicy o potrzebach tej ukraińskiej rodziny myślą też sąsiedzi bliżsi i dalsi: jedni przynoszą kolorowanki dla dzieci, inni jogurty i owoce. Skojarzenie rodzi się proste: w podobny sposób reszta Polski traktowała uciekinierów z Warszawy po Powstaniu w 1944. I tak pomagaliśmy sobie nawzajem w stanie wojennym. Wtedy wymieniając się informacjami, gdzie można wystać w kolejce trudno dostępny papier toaletowy, teraz zaś – w której aptece znajdziemy jodek potasu.

Przekonaliśmy się, że jak w piosence Czesława Niemena – który zresztą, chociaż nie dożył akcji pomocy ukraińskim uchodźcom, przed laty, bardzo już chory, 

dawał koncerty charytatywne na rzecz ofiar pamiętnej powodzi stulecia – ludzi dobrej woli jest więcej.

Na tym polega miękka siła, jaką w miesiącach próby objawiło polskie społeczeństwo.

W obliczu bezradności zachodnich mocarstw wobec pirackich ataków Putina ta moc, wcale nie lekceważona przez teoretyków dyplomacji – mniej cynicznych niż Henry Kissinger, doradzający bombardowanym Ukraińcom ustępstwa terytorialne – objawia się ze zdwojoną energią. Pozostaje nadzieja, że tej ostatniej nie zabraknie również na czas powojennej odbudowy europejskiego ładu, skoro wiemy, że dyktatura i agresja nie potrwają wiecznie.    

Piramida demokracji

Jeden bunt przy urnach dopiero co nastąpił. Obywatele w ostatnim głosowaniu zawstydzili polityków, powtarzających przedtem, że życie publiczne przeciętnego Polaka nie pasjonuje. Zaprzeczyły temu długie wieczorne kolejki do urn wyborczych.Czytaj więcej ..

Jedziemy na Euro

Po wyeliminowaniu Walii rzutami karnymi w barażowym meczu na wyjeździe – polscy piłkarze pojadą na Mistrzostwa Europy. Nie ma sensu narzekanie, że awans zdobyli w ostatnim momencie albo nie w takim stylu jak trzeba. Kto nie umie cieszyć się z sukcesów, kolejnych już nie odniesie.Czytaj więcej ..

Między nami a Walijczykami

Ustrzegliśmy się podobnie niemiłej niespodzianki, jaką w grupie eliminacyjnej stała się porażka z Mołdawią. Piłkarze Michała Probierza zgodnie z planem i rankingami pokonali Estonię 5:1 i o awans do finałów Euro zagrają w Cardiff z Walią. To symboliczne dla nas miejsce i przeciwnik.Czytaj więcej ..

© 2023 Copyright: Grupa Medialna Gruszka

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Notify of
0 Comments
Inline Feedbacks
View all comments