13 grudnia roku pamiętnego

Znakomity dziennikarz francuski Gabriel Meretik tak opisał ten historyczny poranek w “Nocy generała”: “Jana Józefa Szczepańskiego, prezesa Związku Literatów Polskich, obudził syn z kolegą. Obaj młodzi ludzie są bardzo podnieceni. Dowiedzieli się o wszystkim przez radio i – ponieważ nie mogli zatelefonować – przyszli natychmiast go powiadomić. Na ulicy minęli patrol uzbrojonych ludzi, bez wątpienia ZOMO-wców. Syn Szczepańskiego zwrócił się do jednego z nich: “A więc to wojna? A z kim?”. Mężczyzna wycelował w niego z automatu i odpowiedział: “Z tobą”” [1].

Dłużej niż polscy literaci pospać mógł wtedy kanclerz Republiki Federalnej Niemiec Helmut Schmidt, przebywający akurat z oficjalną wizytą w satelickiej wobec Związku Radzieckiego, Niemieckiej Republice Demokratycznej. ” – Unmoeglich. Niemożliwe. Ochrona kanclerza federalnego jest nieugięta. Nie wolno go budzić” – relacjonuje również Meretik [2]. Niemcy dali się wyspać swojemu przywódcy, ale znacznie gorzej postąpili Amerykanie, którzy nie uprzedzili polskich przyjaciół z Solidarności o terminie wprowadzenia stanu wojennego przez generałów Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka, chociaż znali go za sprawą misji i ucieczki płk. Ryszarda Kuklińskiego.

 

Stan odmienny nocą wprowadzony

Jak opisywali w książce “Solidarność w podziemiu” Jerzy Holzer i Krzysztof Leski: “Z 12 na 13 grudnia 1981 r. o północy wprowadzono na terenie całego kraju stan wojenny. Formalnie zdecydowała o tym Rada Państwa. Wedle relacji ówczesnego przewodniczącego Stowarzyszenia “PAX”, Ryszarda Reiffa, zawiadomiono go o posiedzeniu Rady Państwa już po północy, a rozpoczęło się ono o godzinie pierwszej w nocy. 

Trwało na pewno ponad godzinę, być może dwie godziny. Zakończyło się przyjęciem przygotowanych wcześniej aktów dotyczących stanu wojennego. Sprzeciwił się temu tylko Reiff” [3].

Nie umniejszając osobistej odwagi tego ostatniego, o którym opozycyjny dziennikarz Stefan Bratkowski napisał nawet dramat sceniczny (“Reiff”) wzorowany na “Lelewelu” Stanisława Wyspiańskiego – zauważyć trzeba, że operacja wojskowo-milicyjna największa w dziejach PRL znajdowała się wtedy w pełnym toku. Zaś rolą Rady Państwa okazało się wyłącznie jej zalegalizowanie. Z kolei powołana w noc grudniową Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego nie odwoływała się nawet do żadnego aktu prawnego. Nazywano ją więc “juntą” lub po prostu “WRON-ą”. Też zresztą przystąpiła do akcji… zanim powstała.

“Przed północą, po uprzednim przerwaniu łączności telefonicznej, rozpoczęły się internowania (..). O godz. 2.00 w nocy milicja otoczyła w Gdańsku hotele, w których przebywali uczestnicy zakończonego właśnie posiedzenia Komisji Krajowej Solidarności” – relacjonowali Leski z Holzerem [4].

Obwieszczenie o wprowadzeniu stanu wojennego przez gen. W. Jaruzelskieg 13 grudnia 1981.

Jak ludzie dobrej woli sprawili, że miał kto tworzyć podziemie

Z sieci obławy wymknął się jednak Zbigniew Bujak, szef Regionu Mazowsze, bo ukrył go w Gdańsku bohaterski ksiądz Jerzy Błaszczak oraz szef innego wielkiego Regionu Dolny Śląsk Władysław Frasyniuk, którego gdy zmierzał już pociągiem do Wrocławia kolejarze ostrzegli (ich łączność nie została bowiem odcięta jak sieć zwykłych telefonów), że na Dworcu Głównym czeka na niego milicja i bezpieka. Zamiast wysiąść “na hauptbanhofie” wyskoczył więc wcześniej, bo maszynista składu specjalnie w tym celu zwolnił. I tak dzięki ludziom dobrej woli rychło powstać miała TKK, kierownictwo podziemne Solidarności. Na wolności pozostali młodzi przywódcy związkowi. Bujak miał wtedy 27 lat, tyle samo, co Frasyniuk, podczas gdy internowany przewodniczący Lech Wałęsa – trzydzieści osiem.

Zanim ks. Jerzy Błaszczak odszedł na zawsze z powodu koronawirusa, zdążył Andrzejowi Anuszowi i mnie opowiedzieć na potrzeby pisma “Opinia” o tym, jak w pamiętną noc grudniową uratował Zbigniewa Bujaka.

Ksiądz zdążył powiedzieć: “czarne chmury zgromadziły się nad Polską”. I radio zamilkło

“(..) O wprowadzeniu stanu wojennego dowiedziałem się wcześniej, gdy o północy zamilkło radio, nadające mszę dla tych, co na morzu (..). Pracowaliśmy nad nią u św. Elżbiety. Ale w nocy z 12 na 13 grudnia nadajniki zamilkły. Zdążyłem tylko powiedzieć: czarne chmury zgromadziły się nad Polską. I odmówić “Pod Twoją Obronę” (..). Za chwilę do św. Elżbiety wpadła cała chmara: Mazowiecki, Geremek, Wielowieyski, Bujak i Janas. Do tej pory Bujak nie oddał wypożyczonych dla niego z teatru wąsów. Tamci poszli, został Zbigniew Bujak, jedni potem wpadli, inni nie, ale sam Bujak przez pierwszy tydzień dowodził rodzącą się konspiracją ze św. Elżbiety. Krócej był z nami Zbigniew Janas. Za to Zbigniew Bujak mieszkał u św. Elżbiety w pokoiku, przychodził na wspólne posiłki, a pani Maria ucharakteryzowała go. I zaprowadziła Bujaka na dworzec. Pojechał lokomotywą” – opowiedział nam dla “Opinii” ks. Jerzy Błaszczak, niekiedy też wymiennie – w celu zmylenia esbeków a nie ze względów duszpasterskich – posługujący się wtedy imieniem Wacław [5].

 

Od rana na ulicach czołgi i żołnierze przy koksownikach

“Miliony Polaków dowiedziały się o wprowadzeniu stanu wojennego dopiero o godzinie 6.00 rano, kiedy telewizja i radio zaczęły transmitować przemówienie gen. Jaruzelskiego” – wskazywali Holzer i Leski. “I sekretarz KC, zarazem premier i minister obrony narodowej opisywał sytuację kraju w najczarniejszych barwach. “Ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią” – mówił generał” [6]. Szczera prawda zresztą, tyle, że stało się to z winy rządzących.

Realia stanu wojennego. Zdjęcie powyżej zamieszczono na pierwszych stronach większości gazet na całym świecie. W tle tytuł filmu "Czas Apokalipsy" którego premiera w Polsce miała miejsce w grudniu 1981.

Na rogach ulic stanęli ogrzewający się przy koksownikach żołnierze, których wybitny znawca Szekspira i bohater dawnych wieców demokratycznych z 1956 r. Jan Kott zgrabnie porównał do rzymskich prostytutek. Patrole legitymowały przechodniów. Ulicami przemieszczały się czołgi oraz kolumny ciężkiego sprzętu milicyjnego w tym armatki wodne.

Strajkującą Stocznię Gdańską wojsko i ZOMO szturmowały parokrotnie: w nocy z 13 na 14 grudnia, z 14 na 15 grudnia oraz 16 grudnia. Skuteczny okazał się dopiero atak ostatni, kiedy czołg staranował historyczną Bramę nr 2.

Tym razem symbolem oporu stała się nie Stocznia, lecz Kopalnia Wujek w Katowicach. Również 16 grudnia 1981 r. podczas szturmu pluton specjalny ZOMO zastrzelił tam dziewięciu górników. Bronili wcześniej dzielnie swojego zakładu pracy. Wziętych do niewoli oficerów milicji tylko rozbrajali, nie wyrządzając im krzywdy nawet po dokonanym już przez zomowców morderstwie. Opozycja w Polsce nie dała się sprowokować do użycia przemocy, pozostając wierna papieskiej nauce społecznej Jana Pawła II oraz pokojowemu dziedzictwu Sierpnia 1980 r.

Najdłużej trzymali się górnicy z Ziemowita – podziemny strajk zakończyli tuż przed wigilią – oraz Piasta, którzy wyjechali na powierzchnię dopiero po Świętach. Ich opór nie doczekał się wciąż oddającego ich bohaterstwo dzieła na miarę monumentalnego filmu Kazimierza Kutza o Kopalni Wujek pt. “Śmierć jak kromka chleba”.                      

 

Polski Grudzień 1981: ofiara, legenda i zasiane ziarno

Władza 13 grudnia i w tygodniach następnych odniosła logistyczne zwycięstwo, ale okazało się ono pyrrusowe. Po raz kolejny potwierdziło się znane z historii powiedzenie, że na bagnetach nie da się siedzieć.
 
Solidarność zdelegalizowano i zepchnięto do podziemia, ale legenda dziesięciomilionowego Związku przetrwała. Zaś działania nielegalnego już kierownictwa stała się inspiracją dla kolejnych, wchodzących w życie dorosłe pokoleń. 
Pamiętam z jakim pietyzmem w Regionie Świętokrzyskim słynną “Konspirę. Rzecz o podziemnej Solidarności” wydawał w 1986 r. w Skarżyskiej Oficynie Wydawniczej Jarosław Malik, a ja ją recenzowałem na łamach “Nurtu”.
Wychowane już na drugim obiegu wydawniczym następne roczniki robotników i studentów, którym obca była trauma stanu wojennego a bliska solidarnościowa legenda przesądziły w toku kolejnych protestów, już w 1988 r. o ponownej legalizacji Związku, prowadzącej do wygranych wyborów z 4 czerwca 1989 r. oraz odzyskania przez Polskę niepodległości.  
 
Nikt zapewne nie odważy się tego powiedzieć żonom ani dzieciom pomordowanych górników z Kopalni Wujek, bo żaden patriotyzm nie ukoi osobistej straty, czy Marzenie dziewczynie Grzegorza Przemyka ani nawet synowi sierżanta milicji Zdzisława Karosa, w służbie władzy wprawdzie ale jak zaświadczają sąsiedzi dobrego i uczynnego człowieka, którego pomyleni bojówkarze zastrzelili w warszawskim tramwaju z jego własnej broni, bo nie chciał im jej oddać a oni zamierzali z komuną jakoby walczyć zbrojnie – ale ofiara ich wszystkich nie okazała się daremna.   Oddali życie za to, by nigdy więcej Polak na polskiej ziemi nie strzelał do Polaka.
  
[1] Gabriel Meretik. Noc generała. Wydawnictwo Alfa, Warszawa 1989, s. 140, przeł. Michał Radgowski      
[2] ibidem
[3] Jerzy Holzer, Krzysztof Leski. Solidarność w podziemiu. Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1990, s. 7
[4] Holzer, Leski, op. cit, s. 9
[5] Portret Papieża na bramie Stoczni był z domu księży Pallotynów. Z ks. Jerzym Błaszczakiem rozmawiają Andrzej Anusz i Łukasz Perzyna. “Opinia” nr XXX (128), zima 2020, s. 267-268 
[6] Holzer, Leski. op. cit, s. 7-8
Udostepnij na Facebook
Dodaj na Twitter
Jedna Polska, jedno plemię

Mury nie rosną, wbrew gorzkiemu przesłaniu słynnego protest songu Jacka Kaczmarskiego, co najwyżej pospiesznie wznoszone są między nami przepierzenia jak z dykty, na tyle dziurawe, że na szczęście nie przestajemy przez nie widzieć tych, co po drugiej stronie.Czytaj więcej ..

Zawsze po złej stronie

Różne ksywy noszą politycy ale w tej tak nieprzyjaznej ujawnia się oczywisty fakt: Giertycha nikt nie lubi. Zwłaszcza we własnym ugrupowaniu. Nie inaczej jest dzisiaj w Platformie Obywatelskiej, której posłem został półtora roku temu ze Świętokrzyskiego.Czytaj więcej ..

Jak pisać o polityce, by nas nie przerosła

Jeśli z dwóch powieści, zaliczanych do gatunku political fiction, słabsze wrażenie wywiera książka celebryty i skandalisty, a lepsze debiut samorządowca dotychczas z pióra się nie utrzymującego – daje to do myślenia. Czytaj więcej ..

Lewandowski, bój się Boga

Jakie czasy tacy bohaterowie. Nikt oczywiście nie odbierze Lewandowskiemu tego, co sobie na boisku wywalczył. Nie ma też chyba sensu go zmuszać, żeby na nie wybiegał, w biało-czerwonych barwach. Mamy go jednak prawo oceniać. I tego powinien się bać jako celebryta, wieloletni bohater wyobraźni zbiorowej. Niby tak wielki, a okazał

© 2023 Copyright: Grupa Medialna Gruszka

5 1 vote
Article Rating
Subscribe
Notify of
0 Comments
Newest
Oldest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments