„O wspólny dom” czyli życiorys niedokończony

13 grudnia 1981. Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego wprowadziła w Polsce stan wojenny na obszarze całego kraju. Na czele Rady stanął generał Wojciech Jaruzelski. O wydarzeniach które przyniosły w rezultacie cofnięcie rozwoju Polski o całą dekadę wiemy zarówno z prac naukowych jak i opracowań historycznych. Ale nieodłączną składową tych prac są wspomnienia osób którzy w okresie “karnawału Solidarności” lat 80-81 odegrali kluczową rolę. Oddajmy im głos – te opowieści wracają po latach.

W artykule opublikowanym na Gruszce 31 sierpnia 2023 opowiadam o jednym z liderów Solidarności w Skarżysku-Kamiennej, Krzysztofie Głąbie. Nasza przyjaźń i rozmowy trwały przez lata . Spiąłem te rozmowy klamrą na sześćdziesięciu stronach nigdzie dotąd nie publikowanego dziennikarskiego zapisu. “W sierpniu ’80 takich mieliśmy liderów” to narracja lidera o tworzeniu Solidarności w Z.M. Mesko w Skarżysku-Kamiennej. Publikację tekstu zakończyłem uwagą rozmówcy, że “nadchodził nowy rozdział – zbliżał się moment aresztowania 13 grudnia 81. Za ten ‘karnawał’ trzeba było płacić więzieniem“.

Dziś dalszy ciąg rozmowy która z pewnością zainteresuje nie tylko historyków. W rocznicę wprowadzenia stanu wojennego prezentujemy fragmenty rozmowy z Krzysztofem Głąbem rozmawiajac tym razem o aresztowaniu 13 grudnia, internowaniu i wspomnieniach z więzienia.

***

Fragmenty rozdział“Aresztowanie i Okres Internowania”

 

               I/. Przed burzą

J.MALIK: w piątek 12 grudnia, w godzinach popołudniowych udałeś się do delegatury Solidarności w Skarżysku na Milicy by zobaczyć co się dzieje. Czy już wtedy było widać, że cokolwiek dzieje się w kraju?

 

Krzysztof Głąb:   Wstąpiłem do delegatury bo mnie interesowało co się dzieje. Sytuacja była napięta bo 5 grudnia doszło do prowokacji w tejże delegaturze. Interesowało mnie co się dzieje choć nie miałem żadnych podejrzeń, że coś złego się dzieje. Kilka dni wcześniej oplakatowano delegaturę obraźliwymi hasłami. Wiemy, że była to prowokacja SB. Plakaty szkalowały Solidarność. Do delegatury chodziłem, zaglądałem mimo, że nie byłem już przewodniczącym Solidarności. Ale w tej delegaturze byłem cały czas aktywny bo nikt nie chciał się tym dobrze zająć.

Wieczorem, 12 grudnia na mieście nie było niczego widać. W delegaturze były codzienne dyżury do 22. i tam na dyżurze był wiceprzewodniczący terenowej komisji Solidarności i przewodniczący kombinatu budowlanego w Skarżysku Andrzej Śliwa. On był tylko na dyżurze. Jak przyszedłem okazało się, że jest dalekopis.

– Krzysiu, wiesz, tutaj piszą coś ważnego. Ja muszę iść bo żona się strasznie piekli, że mnie nie ma w domu.

– Mówię jak musisz to idź. 

– Jak już poszedł to wziąłem te teleksy, przejrzałem je, przeczytałem je i myślę sobie: coś tutaj jest niewyraźnie. A w teleksie było napisane, że grupa ok 300 zomowców wyruszyła w kierunku Gdańska. To był teleks, chyba z Elbląga, informujący, że w kierunku Gdańska wyruszyła grupa i być może że to jest akcja “Pierscien”. Akcja “Pierscien”, o której było wiadomo już od dawna – władza szykowała  taką akcję ogólnopolską która miała zlikwidować Solidarność.

– Przeczytałem to, wziąłem i myślę sobie: jeżeli coś by było no to tam się zaczęło. Trzeba było posłuchać co się dzieje. Poszedłem do sąsiadki z bloku, Ireny Gryszkiewiczowej i tam siedziałem do godziny 12. Ale zanim to zrobilem, najpierw poszedłem sprawdzić co dzieje się wokół budynku Milicji przy ulicy Krasinskiego. Cichutko, spokój, nic nie widać. Nikogo. Nie ma żadnego ruchu. A ja od dawna liczyłem się z tym, że wcześniej czy później pójdziemy siedzieć. Bo to się nie rozejdzie tak po kościach.

Stan Wojenny - ZOMO na ulicach Warszawy.

– Obszedłem budynek, poszedłem potem pod prezydium rady narodowej na Sikorskiego, pooglądałem co się dzieje ale nic szczególnego nie widziałem. Wszedłem do Gryszkiewiczowej, był tam sędzia Kępa, który w latach 1976-80 wspierał działania KOR po wydarzeniach radomskich i z tego też powodu dobrze się znaliśmy. Tam rozmawialiśmy o tym, że coś tu jest niewyraźnie pokazując teleks który przyszedł wieczorem do delegatury. – Coś mi się to nie podoba – powiedziałem zaniepokojony.

J.MALIK:  Jeżeli taki teleks przychodzi do delegatury to nie przyszło Ci do głowy żeby poinformować innych ludzi ze Związku?

Krzysztof Głąb:   – Natychmiast, jeszcze telefonicznie z delegatury, nie pamiętam czy używałem też dalekopisu, ale telefonicznie na pewno dzwoniłem do Warszawy i rozmawiałem z takim dyżurnym z Zarządu Regionu Mazowsze, przedstawiłem się i poinformowałem, że taki dostałem teleks i nie wiem czy to jest jakaś prowokacja czy jakieś podpuszczanie. Zadzwoniłem także do Kielce, do Zarządu Solidarności, tam ktoś był ale nikt się niczym nie interesował. Potraktowano to jako prowokację. Oni robili takie akcje, takie fałszywki puszczali. – Nie, tu nic się nie dzieje – nie chcieli nic słyszeć. Ale nie pamiętam z kim rozmawiałem.

J.MALIK:  Czy w Skarżysku rozmawiałeś jeszcze z kimś kto powinien był wiedzieć o tym wydarzeniu? Na przykład z Krzysztofem Nurzynskim [red: przewodniczący zakładowej Solidarności w Z.M. Mesko w Skarżysku]?

Krzysztof Głąb:   Nie rozmawiałem z nikim. To wszystko krótko trwało. Zanim wyszedłem z delegatury obszedłem sporo miasta, zajęło mi to godzinę, może dwie. Wszystko wydawało mi się normalne i sam uwierzyłem, że to mogła być jakaś prowokacja.

J.MALIK:  Czyli z delegatury zabrałeś tylko teleksy? Nie przyszło Ci do głowy żeby jeszcze coś zabrać z delegatury?

Krzysztof Głąb:   Nie przyszło. Poza tym ja nie miałem za bardzo prawa. Byli już inni przedstawiciele delegatury. Dachno był nowym przewodniczącym [red: Dezyderiusz Dachno – działacz lokalnej Solidarności]. To on powinien był tym się interesować. Sugerowałem mu zresztą już wcześniej, żeby ukryć niektóre dokumenty z delegatury. W delegaturze były ważne documenty. Na przykład zapisy rozmów z wojewodą w sprawie odwołania naczelnika miasta, szefów wydziałów, bardzo ważne dokumenty.

J.MALIK:  Co było w rzeczywistości w delegaturze? Czy mieliście jakieś inne ważne rzeczy?

Krzysztof Głąb:   Był powielacz spirytusowy, byle co ale drukowaliśmy na nim jakieś tam ulotki.

 

               II/. Aresztowanie i przewóz do Kielc

Krzysztof Głąb:  U Gryszkiewiczów byłem do północy i potem wróciłem do domu. Włączyłem telewizor i chciałem posłuchać radia Wolna Europa. Tego radia wolno było jeszcze wtedy słuchać. Nie było zagłuszane. Zaraz potem przerwano połączenia. Wszystko było normalne.

Krzysztof Głąb - uzasadnienie internowania.

Może dwie minuty po północy słyszę stukanie do drzwi. Początkowo było to pukanie. Panie Krzysiu jest pan bardzo potrzebny bo jest jakaś sprawa i musi pan być obecny do jakieś komisji. Mówię: – Panie nie otwieram w nocy po 21, znam przepisy i nie otwieram. Jeżeli chodzi o komisję, władze to przewodniczącym komsji zakładów metalowych jest Krzysztof Nurzynski. Proszę do niego iść. Mogę panu podać adres. Zresztą wszyscy go znają. Ja nie jestem kompetenty do żadnych rozmów w jakiejś komisji zakładowej.

J.MALIK: Ten zza drzwi sugerował, że jesteś potrzebny na posiedzienie jakiejś komisji?

Krzysztof Głąb:   Obowiązkowo muszę być. Mówię mu, że nigdzie nie idę, nie zamierzam iść. – Panie Krzysiu niech pan otworzy bo jest bardzo pilna sprawa. Trwało to może 2-3 minuty. W końcu mówię, żeby zabrali się i poszli bo zrobię tu raban na cały dom i na okolice. Nie zamierzam nigdzie chodzić. I któryś tam z nich mówi: dawaj klucz, nie ma rady. No i wyłamal drzwi. Mieli przygotowany sprzęt do wyrywania, taki wyłom z dźwignią. Cóż mogłem myśleć? Ja wiedziałem po co przyszli bo mówili że milicja, jesteśmy z milicji, itp. Mówię do nich milicja nie przychodzi po 21. A poza tym słyszę że tam się już dobijają do sąsiada, Zmijewskiego. W trakcie naszej rozmowy już słyszałem, że tam się dobijają, stukają. A dobijali się do Krzysztofa Zmijewskiego który mieszkał piętro niżej i też był w Komisji Zakładowej Solidarności “Mesko”.

Zarowno jemu jak i u mnie wywalili te drzwi. Zona skarżyła się, “Rany boskie jak ja pójdę teraz do pracy. Co ja zrobię z tymi drzwiami? Rozwalone“. Poszedłem do kuchni, wziąłem taki duży nóż kuchenny a ci co przyszli patrzą tak dziwnie, a przyszło ich chyba ze 6 osób. Z pistoletami, z krótką i długą broń w ręku. Z bronią normalnie wkroczyli do domu. Wrzasku narobili jak zobaczyli mnie z tym nożem, proszę to odłożyć. – Ludzie czy wyście oszaleli? – mówię. – To wy całą armię tu przyprowadziliście i boicie się takiego kozika? Stoję z tym nożem, próbuje naprawić drzwi żeby dały się zamknąć.

J.MALIK: Co więc się dzieje jak wpadli? Zamieszanie, rewizja w domu?

Krzysztof Głąb:   Oczywisice, zaczęli plądrować po szufladach. Było dwóch cywilów, czterech milicjantów ubranych w normalne niebieskie mundury. Tak jak milicja była ubrana. Poplądrowali, zabrali dużo różnych rzeczy. Nie krzyczeli, nie wrzeszczeli, nie chcieli rozmawiać, robili swoje. Nie próbowali nic uzasadniać, zawiadomili mnie, że jest jakiś stan wojenny czy coś takiego. Nie było żadnej rozmowy. Poplądrowali, zabrali parę jakichś druków, gazetek, książek.

J.MALIK: Czy próbowałeś ich pytać co oni tu chcą? Co się dzieje? Żeby ci uzasadnili po co przyszli? Jak ta interakcja wyglądała?

Krzysztof Głąb:   – Jak wtargnęli do domu to już tylko robili swoje. Nikt mnie o nic nie pytał. Grzebali po wierzchu, po szafkach, wyciągali co chcieli. Ze mną już nikt nie dyskutował. Ja sam też nic nie mówiłem. Przyglądałem się na to wszystko i trochę nawet śmieszyło mnie to, że przyszli z karabinami do mnie do domu.

– Jakiś czas później zabrali mnie za fraki, na dół do samochodu. Nie skuli nas. Zmijewskiego też zaraz zabrali. Córka Zmijewskiego podniosła straszny wrzask. – Wy bandyci, co wy tu chcecie od mojego ojca? Sponiewierała ich tam słownie bardzo solidnie. Oni w ogóle się nic nie odzywali, nikogo nie bili. Ja zszedłem pierwszy, Zmijewski zaraz za mną przyszedł. Samochód stał tuż przed wejściem na klatkę schodową. Przyjechały dwa samochody po nas. To były takie milicyjne samochody ale nie suki. Takie zwykłe jakieś dwa samochody osobowe. Nie pamiętam nawet czy mieli tam jakiegoś koguta. Za głowę. Wcisnęli do środka i jedziemy.

– Myślę gdzie oni mnie tu wiozą cholery? Ale nie było się co pytać. Czekam co będzie dalej. Zawieźli na komendę, na komendzie chyba już był Nurzynski ale nikogo innego jeszcze nie było. Na komendzie zabrali nas od razu do celi. Zimno jak cholera. Zabrali nam wszystkie sznurowadła i inne rzeczy bo to jest takie typowe dla aresztantów. Powyciągali sznurowadła, paski jak ktoś miał.

Zdjęcie z okresu pobytu w więzieniu na Piaskach w Kielcach - maj 1982.

J.MALIK: A co zabrałeś ze sobą?

Krzysztof Głąb:  – Nic, jak przyjechałem tam to zgłupiałem. Widzę że to ubowcy, trochę tam milicjantów siedzi. Ja tam miałem kilka kontaktów z milicjantami i to bardzo takich grzecznych kontaktów. Czasem chcieli mnie do domu odwozić.

J.MALIK: Pytałeś ich o cokolwiek?

Krzysztof Głąb:   Tak pytam ich: co tu się dzieje, Nurzynskiego przyprowadzili, też go tam obrabiają.  On też pyta co się dzieje. Niech się pan ich zapyta – odpowiadają milicjanci. Sprawiali wrażenie, że sami byli zaskoczeni. Nie przestraszeni ale zaskoczeni. Nie wiedzieli co się dzieje. Tak wyglądali jakby po prostu nie rozumieli co się stało. Wzięli nas wszystkich do celi.

J.MALIK: Kogo jeszcze tam spotkałeś?

Krzysztof Głąb:   Nie dało się wszystkich policzyć bo przywozili co trochę nowych. Tylko ze Skarżyska. Była to akcja wyłącznie na Skarżysko. Wszystko widać było dobrze ukartowane. I nas tam wszystkich zgarnęli a w celi siedzieliśmy gdzieś do piątej nad ranem. Zimno było strasznie. Cela była zarzygana. Pokrwawiona.

J.MALIK: Musieliście o czymś rozmawiać.

Krzysztof Głąb:   Nie było jak rozmawiać. W moje celi było może 8 osób.Mówię, poprzykrywajmy się bo tu zamarzniemy. Kto jak mógł to się pookrywał. Cela nie miała żadnych łóżek, nic. Pusto. Nie było nawet krzesła a cela nie miała nawet betonowej podłogi. Był to taki drewniany pomost. Cały zarzygany. Każdy z nas miał tam jakąś kurtkę, płaszcz, przykrył się i tak dotrwaliśmy do rana.

– Trudno było o reakcję. Zresztą wiedzieliśmy, że jesteśmy aresztowani. Tego wszyscy byli świadomi. O co tu pytać? Co będziemy robić? Czy będziemy uciekać? Wiedzieliśmy, że jest kilkadziesiąt osób aresztowanych.Rozmieszczono nas w kilku celach. To byli wszystko działacze solidarności. Ale dziś nie pamiętam kto jeszcze był w mojej celi.

Uzasadnienie internowania - cd.

O piątej rano otwierają się drzwi do celi. Zaczynano nas wywozić. Wiedzieliśmy, że gdzie nas będą zawozić. Przyjechało może około 15 samochodów pół-ciężarowych, suk, różnych samochodów i załadowano nas tak po 3 osoby do każdego samochodu. W samochodzie 1-2 milicjantów. Jeden z tyłu, drugi w szoferce i kierowca. i tak zaczęliśmy jechać, jedziemy, jesteśmy pod Baranowską Górą pod Skarżyskiem i wtedy zaczęły się takie pierwsze dziwne zachowania których nie bardzo rozumiałem. 

A jechałem w moim samochodzie z kierowca z PKS-u, także aresztowanym za działalność Solidarności w PKS i mówię: – Co te cholery tu planują. Mówię, że lepiej nie wychodzić z samochodu. Słyszę, że przyszła komenda, bo to wszystko było słychać jak rozmawiali, rozkazy jakie padały. A tam podają:  – zatrzymać się na wprost przecinki. O cholera, myślę sobie. Nie wychodzić z samochodu. Niech nas wynoszą. Nie wychodzić do żadnego lasu. Słyszę, że pada rozkaz: czekać na grupę specjalną czy jakieś inne określenie, czekać na grupę specjalną pod Baranowską Górą.

– Wreszcie patrzę. Cholera, nie każą nam do przecinki wchodzić. W wyobraźni zaczęło mi się kojarzyć, że nas tu wszystkich ukatrupią.

J.MALIK: Myślałeś, że was wywożą za miasto żeby sie was pozbyć?

Krzysztof Głąb:   Tak to wyglądało. Mało tego. Widzimy, że drogą od strony Radomia jedzie grupa specjalna. Podjeżdża kilka lodówek, dołącza do naszej grupy. Nie wiedzieliśmy co w tych lodówkach jest. Myślę, że może chcą nas tu posprzątać. Ci młodzi aresztowani to niewiele sobie wyobrażali, nie mieli obrazków z okupacji ale ja miałem. Na wszystkich robiło to wrażenie bo w koncu dojechaliśmy az do Zagnanska, do dębu Bartek, tam pada rozkaz: skręcać w prawo.

– Myślę sobie jedziemy do Kielc. A tu komenda: skręcać w prawo. Pytam się tego aresztowanego kierowcy, panie dokąd tędy można dojechać? Nigdzie, tam jest tylko droga do Końskich. To przecież myślę jakby jechali do Końskich, to ze Skarżyska jest droga prosto do Końskich. Nielogiczne. No jest tam taka droga która idzie prosto do Kielc. Po co więc mają jechać przez Zagnańsk do Kielc skoro jest prosta droga?

J.MALIK: A ile osób jechało w tym samochodzie z tobą?

Krzysztof Głąb:   Było nas 3 osoby w tym naszym samochodzie. Facet z pistoletem siedzi obok, rozmawiać się z nim nie dało, nie odpowiadał. Siedział w środku z nami w tym samochodzie pilnując nas i nic nie mówiąc. Dojechaliśmy w kierunku Zagnańska, 200-300 metrów. Okazuje się że konwój znów staje w lesie. Co oni planują myślę sobie? Atmosfera strasznie ciężka w tym samochodzie. Na mnie to robiło bardzo duże wrażenie bo wiem, jak to się odbywało jak komuniści załatwiali w przeszłości różne sprawy. Ja myślałem, że nas po prostu na białe niedźwiedzie wywiozą. Jakoś mentalnie byłem na to przygotowany. Na szczęście stało się inaczej.

– Pojechaliśmy drogą z Zagnańska do Kielc. Przyjechaliśmy pod Kielce, pod Kielcami jest nas około 50 samochodów podobnych do naszych. Stanęliśmy przy więzieniu na Piaskach, wjechaliśmy na teren więzienia. Ciemno było ale widzieliśmy, że ktoś szedł, jakaś grupka ludzi przechodziła obok i przyglądała się na nas. Czekamy. Rozpoczął się process przyjmowania nas do tego sanatorium.

Krzysztof Głąb:   Wjeżdżamy na teren więzienia i czekamy tam dosyć długo .. Jest zimno, wymarzliśmy. Potem nas kolejno zabierali z poszczególnych samochodów bo tam z różnych okolic było nas dużo. Z Ostrowca, Skarżyska, Radomia. W tych lodówkach o których mówiłem to jechał Radom. Zabierano nas częściowo grupami a częściowo pojedynczo na świetlicę. Na świetlicy zaczęły się odbywać takie nieprzyjemne sceny. Funkcjonariusze wewnątrz więzienia, w biurach, w obsłudze, ci którzy tam pracują, różni, oni byli ustawieni i nauczeni, że przyjadą tu przestępcy, zbrodniarze, bandyci, i nie wolno z nimi rozmawiać.

– Na świetlicy było nas około setki ludzi. Niektórzy ściągali jakieś godła państwowe że ścian i z tyłu na tych obrazkach pisali, że w dniu takim i takim zrobili takie czy inne rzeczy, że nas przywieźli tutaj, kto i skąd przyjechał i z jakich miast.

J.MALIK: W jakim celu to robiono?

Krzysztof Głąb:   No cóż, nie wiadomo było jak się potoczą sprawy. I tam ci świeżo aresztowani opisywali co się zdarzyło. Chcieli jakoś zostawić ślad. A z tej świetlicy zabierali po 2-3 osoby, to wszystko długo trwało, już było widno.

J.MALIK: Dlaczego mówisz, że miały miejsce jakieś incydenty na świetlicy?

Krzysztof Głąb:   Sama atmosfera wśród tych pracowników więzienia, strażników więziennych, była taka ustawiona wcześniej. Że tu przyjadą tacy groźni przestępcy z którymi nie wolno rozmawiać i nie wolno żadnych dyskusji prowadzić. No i to się udzielało wszystkim. Bo tam było gdzieś około 70 do 100 osób. Atmosfera była napięta. Stamtąd zabierano po kilka osób do cel. A reszta nas czekała jeszcze na zewnątrz. Najpierw do rozbieralni a potem do celi.

J.MALIK: Czy były przeszukania, utarczki ze Służbą Więzienną?
Gryps przemycony do więzienia na Piaskach, adresowany do Krzysztofa Głąba, marzec 1982.

Krzysztof Głąb:   Służba Więzienna się w ogóle nie odzywała. Chcieliśmy się czegoś od nich dowiedzieć, co tu się dzieje, dlaczego tu jesteśmy. – Nie wolno nam mówić, proszę odejść – padała odpowiedź. Nie było żadnego bicia ale wiem, że tych z Radomia trochę pobili bo niektórzy przyjeżdżali w skarpetkach, któryś tam w kalesonach przywieziony. Takie śmieszne obrazki. Ale nic nadzwyczajnego czy poważnego się nie działo. Nikomu nóg nie połamali. Jakieś tam popychania ale nie zwracało się na to uwagi. To zawsze się mogło zdarzyć.

 

               III/. Internowanie i pobyt w więzieniu

J.MALIK: I trafiłeś do celi. Z kim znalazłeś się z tej celi?

Krzysztof Głąb:   To nie takie proste. Bo cele były zmieniane, nawet co parę dni czy tygodni. Siedziało się z różnymi ludźmi. I z Kielc i ze Skarżyska. Ze Skarżyska było procentowo nas najwięcej działaczy, było mniej więcej tyle osób co z Radomia.

J.MALIK: Czemu to zawdzięczać?

Krzysztof Głąb:   Mimo tego co opowiada Tomtas [red: Ryszard Tomtas – działacz Solidarności Skarżyska], w Skarżysku się działo dużo rzeczy które oni uważali za rzeczy groźne. Nie tylko pisanie ale także inna działalność, na przyklad związki z Kościołem

J.MALIK: Ale mówimy o okresie legalnego działania Solidarności. A tu mówisz, że największą grupą osób aresztowanych była ta ze Skarżyska. Czy to oznaczałoby, że Solidarność w Skarżysku była taka najmocniejsza czy może było tak dużo ludzi których oni się obawiali?

Krzysztof Głąb:   W Skarżysku było 30 i pół tysiąca zarejestrowanych w terenowej komisji koordynacyjnej Solidarności. Na 50 tysięcy mieszkańców to bardzo dużo. W Ostrowcu było 80 tysięcy ludzi i było 31 tysięcy ludzi w Solidarności. Tak mi przynajmniej mówili działacze z Ostrowca. W Starachowicach ktore były identycznym miastem jak Skarżysko było zarejestrowanych 21 tysięcy członków Solidarności. Jak później czytałem z informacji IPN wynikało to z faktu, że działaczy w Starachowicach było około 16 tysięcy. Ale trzeba pamiętać, że w Skarżysku byli zarejestrowani także działacze z Suchedniowa, Bliżyna i pobliskich miejscowości. Więc jak widać było w Skarżysku najwięcej zarejestrowanych działaczy. Stąd też możliwe, że właśnie ze Skarżyska było najwięcej internowanych.

J.MALIK: Skupmy się na pobycie na Piaskach w okresie do Świąt Bożego Narodzenia. Był to okres największego wstrząsu dla internowanych działaczy Solidarności. Czy rozmawiano w celach na temat tego co się wydarzyło?

Krzysztof Głąb:   Jeśli chodzi o rozmowy to ciągnęły się one przez całe 7 miesięcy mojego pobytu w tym internacie. Trudno było o tym nie rozmawiać. Wydarzeń było bardzo dużo. I to czasem takie groźne bo czasem do więzienia wkraczało do nas Zomo z psami, miało miejsce straszenie ludzi, wyciąganie z celi na golasa i inne formy szykan. Takie różne przeszukiwania, nagle, nie wiadomo dlaczego i po co. To takich rzeczy było bardzo wiele. To co tam Tomtas opisywał, że internowani nie chcieli rozmawiać, to nieprawda. Było różnie. I były różne wydarzenia. A to ubowcowi w zamek wpychało się jakaś zapałkę żeby nie otworzył, żeby nie przychodził, nie czepiał się, więc po takich zdarzeniach wzywano do komendanta obozu, a to było wywalanie dziury w ścianie bo facet nie mógł się dogadać sam z kolegami, wywalił dziurę w ścianie, wyskrobał łyżką, itp.

– W czasie pobytu w internowaniu było kilka bardzo ważnych wydarzeń w więzieniu na Piaskach których byłem świadkiem. Zasygnalizowałem o tych wydarzeniach w swojej pozycji ‘O Wspólny Dom’ [red: pozycja wydawnicza wydana prywatnie przez Krzysztofa Glaba dot. powstania i dzialania Zwiazku w Skarzysku-Kamiennej].

– Około maja otworzono nam cele. Do tego czasu byliśmy w celach zamknięci. Byliśmy przenoszeni z celi do celi, zamieniano nas w celach bo działy się różne rzeczy którym służby chciały przeciwdziałać ale do tego czasu bylismy w celach zamknięci. Ale pomimo tego wiele się działo. Na przykład wychodziala gazetka ‘Gryps’ czy ‘Krata’. To się przepisywało ręcznie. Sam przepisywałem ze trzy razy takie gazetki. Ja ich nie pisałem choć wiedziałem kto je pisał, ale nie byłem pewien wszystkich tych ludzi. Przede wszystkich pisał to Juliusz Braun, późniejszy prezes KRRiT. Byliśmy więc aż do maja cały czas izolowani.

Fotografia gazety więziennej wydawanej przez internowanych działaczy Solidarności po 13 grudnia 1981r w kieleckim więzieniu na Piaskach. Współredagowana przez K. Głąba.

– Gazetki o których mowie zawierały opis wydarzeń tego co dzieje się w kraju, komentarz, były informacje o ludziach którzy przychodzili do nas z innych ośrodków, na przykład z wiezienia w Załężu. Pisali do nich doradcy Syryjczyk, Macierewicz, profesor Gawronski z Kielc, czy docent z AGH i z nimi przeprowadzaliśmy wspolne spotkania. Ja to organizowałem na własny użytek. Ale takie spotkania były organizowane po tym jak otwarto nam cele.

– W tym czasie gdy cele były pozamykane odbywały się przesłuchania internowanych. Oni robili takie rozmowy “naprowadzające”,  żeby po prostu nam wytłumaczyć, że Solidarność to było zło. Robili to różni sbecy. Przyjeżdżali do więzienia, brali różne osoby z celi na rozmowy. Zdarzało się że niektórzy nie chcieli iść na takie rozmowy. Miałem dwie takie rozmowy. Raz zabrano mnie do komendanta więzienia i tenże komendant więzienia wspólnie z jakimś sędzią i innym sbekiem dopytywali się co to jest demokracja. Uświadamiałem ich, że pojęcie demokracji powinni znać, że to władza ludu a lud, no cóż, siedzi właśnie tutaj, w więzieniu.

J.MALIK: Czemu miały służyć te rozmowy?

Krzysztof Głąb:   – Oni chcieli po prostu pytać i badać w ten sposob jak jest nasza świadomość, czy my wiemy czego chcemy. Czy Solidarność wie czego chce, ta miejscowa świętokrzyska Solidarność.

J.MALIK: Czy naprawdę potrzebowali tego typu informacji?

Krzysztof Głąb:   – Oni chcieli wiedzieć przede wszystkim co my wiemy, co my myślimy. Do tych internowanych wprowadzali złodziei, bandziorów, zwykłych przestępców, takich którzy sami między soba się bili, rozrabiaków. Efekty tego były rozne. Jeden z internowanych to się wieszał z tego powodu, bo nie mógł zrozumieć dlaczego on tu siedzi, nikogo nie skrzywdził, nic złego nie zrobił, nikogo nie zabił i nikogo nie okradł a siedzi w więzieniu. Co to się dzieje w tej Polsce?

J.MALIK: Te rozmowy miały na pewno character sondażowy. Żeby również wywnioskować jakie nastroje panowały wśród internowanych.

Krzysztof Głąb:   – Nastroje to znali na codzień. Chcieli się dowiedzieć czym my żyjemy, co nas interesuje i jaka jest nasza świadomość. Czy my to robimy świadomie czy to taka chołota się zebrała i która tylko protestuje i sprzeciwia się. Czy my mamy jakieś cele a jeśli tak to jakie te cele są. O to im chodziło. Zresztą cały czas, nawet z komitetu centralnego PZPR przyjeżdżali. Ale na początku pobytu w więzieniu byly zaproszenia do dyskusji i rozmów z ubowcami. Najczęściej przyjeżdżał do wiezienia na Piaskach szef skarżyskiej sbecji Fijalkowski. Fijalkowski ze mną rozmawiał bardzo grzecznie. Ani słowa jakichś zarzutów czy czegoś podbnego. Bardzo grzecznie pytał jak mi jest, czy tutaj nie jestem krzywdzony, itd. Takie głupie rzeczy..

J.MALIK: Czy w oparciu o te właśnie rozmowy wypuszczali was stopniowo z więzienia?

Krzysztof Głąb:   – Tak. Także w oparciu o podpisywane lojalki. Jeśli ktoś nie podpisał lojalki to siedział do końca. Oświadczenia były różnej treści. Oni zmieniali treść tych oświadczeń czy deklaracji. Był w nich przede wszystkim zapis, że “bede postępował zgodnie z prawem i nie przewiduje jakich protestów i sprzeciwów”.

– Odpowiadałem wtedy na to, że ja to zgodnie z prawem cały czas postępowałem. Ja nie wiem czego tutaj mam się wyrzekać. To są rzeczy które są niezbywalne. To jest prawo każdego człowieka. Jest przeciw podpisana konwencja praw człowieka, konwencja Helsińska, i na tej podstawie nasze prawo powinno się dostosować do tej konwencji bo myśmy ją podpisali. Ale na tym się te rozmowy kończyły. Trochę było nieprzyjemnie bo ja sam miałem kontakt z tymi wszystkimi z Kielc, z Braunem, Stepniem, ktorzy mieli na ten temat inne zdanie.

J.MALIK: No właśnie jaki ich oceniałeś w tym okresie internowania i z interakcji jakie z nimi miałeś?

Krzysztof Głąb:   – Przede wszystkim byłem zdziwiony ich zachowaniem. Któregoś razu w więzieniu zarządzono, że będą zbierać od nas odciski palców, nazywaliśmy to palcówki. Widzę że te palcówki zebrali już od 20-30 osób, może więcej. Poszedłem do Stępnia [red: Jerzy Stępien, dzialacz Solidarnosci w Kielcach, czlonek Zarzadu] bo cele były już otwarte i mówię: Słuchaj, po co oni te palcówki robią? Czy my musimy to robić? A co ci tam zależy, tam, palcówki. Daj spokój. On sam sprawiał wrażenie jakby chciał po prostu mieć spokój i się nie wychylać. 

Dopiero przyszedł do celi któregoś razu internowany z Włoszczowy, bardzo zdecydowany i ostry facet, zajmował się drukowaniem kopert więziennych które produkowaliśmy a które zawierały różnego rodzaju hasła. Nazywał się Wajerczyk. Miał swoje zdanie i się nie szczypał. Potrafił się sprzeciwić. Przychodzi któregoś dni do tych co chcą brać te odciski palców i mówi: – A co wy tutaj będziecie robić? Jaką palcówkę? Żadnej palcówki, wynoście się stąd i koniec. I nie pozwolił sobie wziąć odcisków palców. i już wszyscy następni powiedzieli to my też nie dajemy odcisków palców. A co to? Musimy? I tamci się zabrali i poszli. Tyle tych odcisków wzięli ile zdążyli a resztę facet wygonił i tyle.

J.MALIK: Dlaczego zaskakująca była dla ciebie postawa tych działaczy kieleckich? Co jeszcze możesz powiedzieć na temat ich charakterów, sposobu ich zachowania czy sposobu myślenia?

Krzysztof Głąb:   Tam się dużo mówiło. To byli ludzie przede wszystkim z uczelni kieleckich którzy mieli jakieś poglądy, jakias świadomość tego gdzie są i co się stało. Natomiast jeśli chodzi o działania, nie było prawie żadnych. Zrobili to gazetkę ‘Krata’ i namówili kilkadziesiąt osób do tego żeby urządzić głodówkę. Ta głodówka została urządzona. Braun o ile pamiętam też brał udział w tej głodówce.

J.MALIK: Mamy do czynienia z ludźmi którzy kierowali związkiem w regionie. Nagle znaleźli się w systuacji ekstremalnej, konfrontacyjnej.
ZOMO podczas pacyfikowania demonstracji 31 sierpnia 1982 w Warszawie.

Krzysztof Głąb:   To trudno powiedzieć bo pamiętam że specjalnie chodziłem do Stępnia do celi, pamiętam, że siedział przy celi na spacerniku. Było pół godziny dziennie spacerów po tym placyku. i mówię: Jurek, pokaż się tym ludziom, ludzie są załamani, są zdruzgotani, są przerażeni tym co się dzieje, pokaż się im, że tutaj jakoś jesteś. To samo mówiłem do Rysia [red: Bogdan Rys – dzialacz Solidarnosci w Skarzysku, czlonek Zarzadu Zwiazku]. Ale nic z tego nie wychodziło. I trochę mnie to dziwiło. Mówię żeby ludzie czuli że ty tu jesteś. Usmiechnich się do nich, zażartuj, powiedz jakiś kawał, żeby to nie wyglądało że jesteś na uboczu.

J.MALIK: Chcesz powiedzieć, że był bierny w tym czasie?

Krzysztof Głąb:   – Ano niestety tak było. Ale byli i inni, byli jeszcze radomiacy. Również siedzieli. Był tam  taki Olek  z Radomia, był w komitecie prymasowskim, nie pamiętam nazwiska ale dobrze go zapamietałem.

– Chcieliśmy mieć przedstawiciela tych wszystkich internowanych, żeby niektóre sprawy załatwiać ze służbą więzienną. Chcieli tam wybrać Stępnia do takiego przedstawicielstwa. Bronił się i nie chciał żeby go tak jakoś wyróżniać. Tak było. Z ludźmi nie chciał za bardzo rozmawiać w tym początkowym okresie. Było jedno wydarzenie z tego okresu które zapamiętałem ale było to znacznie później. Przygotowaliśmy uroczystości na spotkanie dla uczczenia rocznicy wydarzeń w poznaniu w 1956 roku lub wydarzeń w czerwcu radomskim 1976 roku. 

Służba więzienna wiedziała o tym, że chcemy to zorganizować więc zamknięto nas w celach. Ale chyba nie wszystkich bo w jakiś sposób drzwi do cel pootwieraliśmy, ktoś tam z zewnątrz znowu je otworzył, nie wiem czy umówili się z jakimś strażnikiem, faktem jest że zgromadziliśmy się na świetlicy. Strażnicy pouciekali gdzieś, zniknęli.  Było nas znacznie mnie niż na początku, może z 70 osób. Z przeszłości wiedziałem, że Stępień bardzo ładnie mówił, podobnie jak Krzysztol Nurzynski. Potrafił się skupić i ukierunkować. I tym razem Stępień wyszedł, zrobił przemowę. Uważam, że to jedna z jego prawdziwych zasług. Że wtedy przemówił. To było trudne.To przemówienie było bardzo ładne. Ale efektem tego było to, że służba więzienna sprowadziła do więzienia ZOMO. Było ich chyba ze 30-40, zomowców. Jakby wkroczyli przez te zamknięte kraty które zamknięto ze względu na naszą uroczystość, to by pewnie była prawdziwa bijatyka. Ale ci zomowcy zachowali się przyzwoicie. Wysłuchali wszystkich naszych śpiewów, hymnu które śpiewaliśmy, Roty.

J.MALIK: Musiał to być dramatyczny moment..

Krzysztof Głąb:   – Tak było. To był jeden z takich aktów który miał ich przekonać, że my w dalszym ciągu myślimy to samo. To bardzo dobrze wypadło. Oni to wszystko wysłuchali a my wszystko co zaplanowaliśmy zrobilsmy do końca. To nie było organizowane przez 10 osób. To była takie jedno-osobowe wystąpienie Stępnia i jego prezentacja jego poglądów. Ale prawda jest, że myśmy stali tam i każdy coś tam trzymał w ręku, niektórzy pourywane nogi od stołów na wszelki wypadek.

– Nieco wcześniej przyjechali do nas księża na uroczystości Bożego Ciała. Zawsze się odbywały takie manifestacje i księża przyjechali do nas na to Boże Ciało. My ze swojej strony przygotowaliśmy dekoracje a było to o tyle ciekawe, że były one bardzo śmieszne. Na Boże Ciało jest zwykle cztery ołtarze. Pamiętam, że jednym z ołtarzy była rozdarta więzienn koszula w ksztalcie krzyża a pod tą koszulą napis:  Boże, odpuść im bo nie wiedzą co czynią. Samo to hasło było bardzo wymowne i konfrontacyjne. Wszystko to było specjalnie przygotowane. Były i inne hasła ale to szczególnie sobie zapamiętałem.

– Na przyjazd księdza zrobiliśmy specjalną więzienną monstrancję a do niej dorobiliśmy specjalne metalowe krzyżyki co było moją już domeną. Pomagali mi w tym mój przyjaciel Jurek Nobis [red: Jerzy Nobis, przewodniczacy Solidarnosci w zakladach “Star” w  Starachowicach. Był też inny chłopak z Kielc który mi w tym pomagał. Oprócz tego robiliśmy specjalne krzyże pamiątkowe. Dla biskupa, do muzeów – zrobiona była specjalna monstrancja i ksiądz z tą monstrancją chodził od ołtarza do ołtarza. Dosyć nieprawdopodobna sceneria. Przyjeżdża ksiądz do więzienia, cztery ołtarze, porozmieszczane w odpowiednich miejscach na ścianach i odbywa się świętowanie Bożego Ciała. Do więzienia przyjeżdżali różni biskupi, ordynariusz Materski, pomocniczy biskup radomski Sygnet, przyjeżdżali też późniejsi biskupi, wtedy jeszcze prałaci.

J.MALIK: Co jeszcze z tych 7 miesięcy internowania jest warte wspomnienia?

Krzysztof Głąb:   – Bardzo ciekawe były listy przychodzące do nas do więzienia. Dostawałem tych listów sporo. Przychodziły od różnych ludzi. Miałem wyjątkowo dużo takich ciepłych listów w czasie internowania, nie tylko od rodziny ale także od obcych. Listy te były bardzo ciepłe. Ludzie pisali: współczujemy wam serdecznie, jesteśmy przekonani, że siedzicie tam w naszej wspólnej sprawie, że cierpicie tam różne upokorzenia, że to jest nieludzkie, że my o tym pamietami. Listy przychodziły także od obcych ludzi których nie zawsze dobrze znałem. Otrzymałem 5-6 takich listów.

J.MALIK: Czy oddział na którym siedziałeś był przeznaczonych wyłącznie dla internowanych?

Krzysztof Głąb:   – Tak. Wszyscy internowani byli odizolowani od zwykłych aresztantów. Z tym, że wśród internowanych było także kilku bandytów, zlodzieii. Takich, którzy chcieli się rządzić. Nosili te wytatulowane kropki i próbowali w więzieniu grypsować. Był taki Heniek Zarzycki, członek komisji z Zakładów Metalowych, lubiłem go, kawał chłopa. I był tam taki co poniewierał innych, z Kielc. Zmuszał innych do robienia różnych rzeczy. A mieszkał w celi z takim jakimś działaczem z Kielc, bardzo miłym drobnym chłopakiem. I ten kazał mu zamiatać, tu zrobić, tam zrobić, wysługiwał się nim a ta bidota robił co mu kazali. 

Któregoś razu tem młody chłopak poszedł się wysikać. A więzieniu jest taki zwyczaj, że jak chcesz to zrobić to musisz powiedzieć: nie szamać bo idę do kibla. A on tego nie zrobił bo nie wiedział, nigdy w więzieniu nie siedział i za to napadl na niego ten jego towarzysz gitowiec z celi. 

Zarzyckiego właśnie przenieśli do celi w którym oni byli. I ten Zarzycki złapał tego gitowca za fraki, a to było silne chłopaczysko, podniósł go do góry i mówi: – Zamknij mordę bo jak nie to zaraz na tej ścianie zostanie po tobie plama. 

Wiem, że tenże gitowiec chciał się powiesić jeszcze tej samej nocy. Nie mógł uwierzyć, że jest gitowcem, nic złego nie zrobił a tu siedzi jakiś taki co nie gituje, za to poniewiera go i chce z niego zrobić mokrą plamę. Nie mógł tego przeżyć.

 

– Ciekawe było to że w listach było tyło serdeczności od ludzi. Były bardzo ciepłe. Ludzie mieli tyle zaufania, zaangażowania. Myśmy te listy zaczęli czytać na głos. Zbierała się grupa i czytała te listy na głos. Bo te listy były wysyłane na czyjeś nazwisko ale były kierowane do wszystkich. 

Niektórzy płakali albo mieli łzy w oczach jak te listy były czytane. Ludzie byli już zmęczeni tym siedzeniem. Listy i ich czytanie robiły wielkie wrażenie na ludziach. I to się tak przyjęło, że jak ktoś dostał jakiś taki ciekawszy list to zaraz przychodził do czytania. Niektórzy to wręcz na głos szlochali, nie mogli się pohamować. Dużo było takich ludzi.

J.MALIK: Wróćmy na chwilę do tematu rozmów prowadzanych przez SB z internowanymi. Bo wydaje się, że w wyniku tych rozmów zwalniano was w różnej kolejności. Myślisz, że te rozmowy były czynnikiem w podejmowaniu przez SB decyzji o zwolnieniu?

Krzysztof Głąb:   Nie wątpię że to tak było. Oni na podstawie tych rozmów widząc na przykład, że ktoś był ugodowy, że kłaniał się nisko, przepraszał że się pomylił bo i tacy byli, to takich właśnie wypuszczano wcześnie. Nie ma wątpliwości. Oni tego nie ukrywali. Zachęcali nawet żeby się zdeklarować, podpisać lojalkę.

J.MALIK: A czy próbowali namawiać do emigracji?

Krzysztof Głąb:   Specialnie po to fotografa sprowadzili. Gdyby ktoś chciał wyjechać to oni umożliwią. Już od razu można zrobić sobie zdjęcie i starać się o wyjazd za granicę. Od razu można się było starać, jeszcze z więzienia. Miało to miejsce gdzieś na wiosnę 1982 roku, w połowie mojego turnusu.

J.MALIK: Nie ma wątpliwości że podczas twojego siedzenia przez 7 miesięcy spotkałeś ludzi których można było umiejscowić pod dwóch stronach tej więziennej rzeczywistości. Z jednej strony takich którzy w żaden sposób nie przyjmowani do wiadomości stanu wojennego i byli zdeterminowani kontyuowac działalność, tych których wypuszczano wcześnie bo uważano ich za mniej niebezpiecznych. Gdybyś miał ocenić całą te grupę ludzi to gdzie ulokowałbyś większość ludzi? Czy większość pozostawała twardo na stanowisku, że należy kontynuować działalność czy też większość ludzi udało się zmiękczyć? Upatruję tu pewnego początku  do wejsca w działalność podziemną czyli tych następnych kilku lat.

Krzysztof Głąb:   Nie można byłoby tego tak określać. Bo nigdy nie wiadomo co człowiek myśli. Było dużo takich ludzi którzy swoje wiedzieli, chcieli wyjść jak najwcześniej, chcieli coś robić i chcieli się wyłgać. Żeby ich po prostu zwolnili. A swoje myśleli. A takich mogło być nawet połowa ludzi. Zdecydowanych, ale tak 20-30 procent ludzi to zdecydowanie wiedziało i otwarcie głosiło swoje poglądy. Trzeba pamiętać, że w celach byli szpicle którzy donosili. Oni wiele rzeczy wiedzieli, co się będzie działo, tak jak było to w związku z tą manifestacją i ludzie po prostu wypowiadali się zgodnie ze swoimi przekonaniami. A inni ukrywali to, chcieli jak najprędzej wyjść. Nie wiadomo czy chcieli wyjść że strachu czy chęci podjęcia działalności. Między innymi tacy działacze wielcy jak Ryś wyszli po trzech miesiącach, w marcu 1982. Nie pokazał się nawet przez drzwi, nie odpowiadał na cześć. Denerwował się, że ktoś się go o coś pyta, że jakaś ekstrema go tu w więzieniu buntuje.

 

               IV/. Życie więzienne

J.MALIK: A czy były jakieś poważne rozmowy w celach na temat oceny 18 miesięcy działania legalnego Związku?

Krzysztof Głąb:   Tak ale już na samym końcu. Na samym końcu przyjechał specjalny delegat z komitetu centralnego PZPR i prowadził rozmowy na świetlicy. Zaproszono wszystkich, nie musiało się iść ale zapraszali. Rozmowa polegała na tym, że on propagandą ustawiał nas pod odpowiednim kątem, że tutaj potrzebny jest spokój w kraju, że trzeba pracować, że trzeba żyć, że musimy tutaj robić chleb a nie robić rozróby. Że stan wojenny musiał być wprowadzony ponieważ już władze nie panowały nad sytuacją, że wytworzyła się sytuacja w kraju taka a nie inna i w związku z tym prosił o wypowiedzi od nas, takie ogólne.

No i tam kilka osób się wypowiadało, przede wszystkim był taki facet, dziennikarz z Warszawy, nazywał się Andrzej Zwaniecki, on później był w radiu Głos Ameryki bo wyjechał za granicę. Znał dobrze angielski, było trochę łatwiej. Ten Zwaniecki tak go sponiewierał tego z KC, jak mu wytłumaczył na czym polega ta cała działalność rządowa i ta polityka rządowa i zaczął wytykać mu cały szereg błędów. Po prostu tamten nie umiał odpowiadać. Miało to character bardzo konfrontacyjny zarówno pod względem zawartości merytorycznej jak i językowej. Zwaniecki wspaniale się zachował, bardzo go za to ceniłem. Trochę się nawet przyjaźniliśmy. 

Później po wyjściu z internowania stracililismy kontakt. Poza tym z Kielc, Julek Braun też był tam, Michał Płoski, prawnik, też bardzo ładnie powiedział parę ładnych zdań. 

Tylko Stępień coś też tam bąknął ale tak półsłówkiem a przez cały czas pod oknami, bo to przy oknach na świetlicy było, stały i przed drzwiami stała cała grupa która się ustawiła, która nie poszła na to spotkanie i tam śpiewali piosenki: Zielona Wrona, Precz z Komuną wykrzykując różne hasła. Tak, że on tego wszystkiego wysłuchiwał ten facet z KC a my bardzo się z tego cieszyliśmy.

J.MALIK: Zadając to pytanie miałem w szczególności na myśli rozmowy wśród internowanych, w celach więziennych, na korytarzach, chodzi o jakieś konkluzje tego doświadczenia społecznego i politycznego z czasu legalnego działania Solidarności. Potencjalnie błędów które związek popełnił w tym okresie. Czy mówiło się co można było zrobić lepiej albo inaczej?
Wroclaw 2016 - Jedna z ostatnich fotografii Krzysztofa Głąba - symboliczna.

Krzysztof Głąb:   – Rozmowy prowadziło się przez cały czas, także na takie tematy ale prowadzone one były w ograniczonym zakresie. Wiedzieliśmy, że są w celach internowani którzy byli specjalnie przysłani po to żeby słuchać o czym się mówi. Myśmy wzajemnie się ostrzegali jeśli ktoś miał podejrzenia na zasadzie “uwazaj bo ten czy tamten to może być szpicel”. Byli tam tacy, z Kielc, było dosyć sporo takich przypadków. Pod koniec, jak wiedzieliśmy że wyjdziemy, bo już było nas mniej, może 80 osób, zastanawialiśmy się wszyscy co my bedziamy robić jak wyjdziemy. Jak mamy się zachowywać, jak mamy się organizować i jak mamy nawiązywać kontakty ze sobą. A ponieważ przywieźli do nas całą grupę internowanych z Załęża, spod Katowic, tych różnych doradców, byli tam internowani doradcy Solidarności to zapraszałem ich na takie spotkanie. Część z nich nie chciało rozmawiać w większych grupach bo od razu każdy był świadomy, że są szpicle. Tam przekonywałem, że weźmiemy tylko przewodniczących, ludzi których jesteśmy pewni, że są odpowiedzialni i że są ludźmi właściwymi. Przedniczacych komisji zakładowych, z największych zakładów, bo to i tak się w tych zakładach wszystko zacznie dziać. Żebyśmy po prostu porozmawiali jak prowadzić działalność i jak się organizować. i gdzie szukać kontaktów. Bo nic nie wiadomo. Wszystkie ośrodki pozamykane.

J.MALIK: Czy pamiętasz jakiekolwiek wnioski, konkluzje które wtedy zapadały?

Krzysztof Głąb:   – Nikt właściwie nie wiedział co robić dalej. Ja zapraszałem m.in. Syryjczyka, docenta z AGH, uważałem, że to był mądry facet. W czasie Solidarności też tam w rządowych rozmowach brał udział, szczególnie dotyczących spraw studenckich. Ale on odmówił, nie chciał w żadnym wypadku, bo on tutaj dawał do zrozumienia z jest zajęty pisaniem do gazetek, tam z więzienia . Był taki professor Gawronski, z Kielc, z którym się bardzo dobrze rozmawiało ale konkluzje były te same. Nie wiedzilismy jak dalej działać. Ze wspomnianym przeze mnie Zwanieckim też zrobiliśmy sobie takie spotkanie. Było tam może z 10 osób, z Kielc, Skarżyska, Ostrowca i Starachowic bo to były takie przodujące ośrodki.

J.MALIK: Czyli to co najlepiej pamiętasz to chyba to, że nikt z was do końca nie wiedział co robić, jakie formy działalności wybierać.

Krzysztof Głąb:   O to właśnie chodziło. Że nikt nie wiedział co robić dalej. W celi był też Antoni Macierewicz. To i jego też zaprosiłem. Przyszedł, zgodził się, ale to było właściwie wszystko puste. Macierewicz przyszedł i zaczął wydziwiać sam na temat tego że tu Ameryka nie pozwoli, bo to wszystko jest związane z ropą i ropa jest najważniejsza na świecie i wszystko się toleruje. Ameryka nie pozwoli na to, żeby tutaj Solidarności krzywda się stała. Macierewicz mówił, że tu cała Polska strajkuje. Mówię: – Panie, co pan mówisz, chłopie, jak tutaj w Ostrowcu zastrajkowali to teraz wszyscy poszli siedzieć, to samo jak w kopalniach, zastrajkowali to było 10 zabitych a poza tym to w Poznaniu to muzeum strajkowało a nie żadne zakłady. Nic z tych rozmów nie wychodziło.

J.MALIK: Czy mieliście świadomość istnienia już wtedy drugiego obiegu? Jeszcze wtedy siedząc w więzieniu wiedzieliście o istnieniu podziemnych gazet?

 

Krzysztof Głąb:   Wiedzieliśmy, że są plakaty, rozwieszane wszędzie, tego wszyscy byli świadomi. Mieliśmy widzenia z rodzinami i każdy był świadomy tego co się dzieje i że coś musi być i chodziło o to żebyśmy, kiedy wrócimy z powrotem, żebyśmy się do tego włączyli. To musiało być. To każdy miał tą świadomość. Ale specyficznej wiedzy nie mieliśmy na temat wychodzących gazetek. Przychodziły różne wiadomości na przykład o Wałęsie, to oczywiste, bo każdy słuchał radia Wolna Europa. Wiedzieliśmy, że tu i ówdzie były strajki. To były wiadomości które były więcej warte niż jakaś gazetka.

Krzysztof Głąb:   Byłem internowany do 8-10 lipca 1982. Ogólnie spędziłem w więzieniu 7 miesięcy.

Skarżysko-Kamienna, 1 lutego – 30 sierpnia, 2016.

 

 

***

 

Krzysztof Głąb odszedł w 2017 pochowany na rodzinnym cmentarzu w Olkuszu. 

W rocznicę wprowadzenia stanu wojennego zawsze powraca z chłodnym umysłem wciąż przypominając, jak uczynił to w małej pozycji wydawniczej o Solidarności w Skarżysku-Kamiennej którą sam wydał, że „O wspólny dom” tu chodzi, a „karnawal Solidarności” był tylko drogą do celu. W tym sensie, jest wyrazicielem opinii tej części pokolenia, dla której Solidarność była nie tylko Związkiem, także formułą na życie której realizacji stan wojenny 13 grudnia bynajmniej nie zdołał powstrzymać. 

Powyższa formuła nie napisała ostatniego rozdziału. W tym sensie życiorys bohatera rozmowy trwa – o wspólny dom tu chodzi.

W rocznice 13 grudnia warto o tym pamiętać.

Udostepnij na Facebook
Dodaj na Twitter
Rada Niepokoju

Rada Niepokoju to projekt chybiony i dla Polski niebezpieczny, wikłający Polskę w potencjalne konflikty i nie odpowiadający polskiej racji stanu.Czytaj więcej ..

Świat po Maduro – fanfarów nie będzie

Mamy do czynienia z szarą sferą globalnej polityki. Trump zrealizował kilka celów które nie mają nic wspólnego z porządkiem międzynarodowym. Interesy USA realizowane przez uprawianie polityki kontraktowej prowadza świat na globalny kurs kolizyjny. Czytaj więcej ..

Wenezuela w strefie zgniotu

Posunięcie Donalda Trumpa nad ranem 3 stycznia ’26 jest polityczną kontynuacją polityki Roosevelta i kontynuacją doktryny Monroe ale także bezpośrednim uderzeniem w interesy Chin. I tak właśnie należy rozumieć wydarzenia w Caracas z ostatnich godzin. Czytaj więcej ..

Nowy Rok 2026 – A gdy już otworzymy szampana..

Życząc innym Szczęśliwego Nowego Roku i spełnienia marzeń pamiętajmy, że ich realizacji musi towarzyszyć troska o to co razem dzielimy i na czym wspólnie budujemy. Troska o państwo niech także znajdzie dziś swoje miejsce w Waszych życzeniach. Czytaj więcej ..

© 2023 Copyright: Grupa Medialna Gruszka

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Notify of
0 Comments
Newest
Oldest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments