Jak pisać o polityce, by nas nie przerosła

Jeśli z dwóch powieści, zaliczanych do gatunku political fiction, słabsze wrażenie wywiera książka celebryty i skandalisty, a lepsze debiut samorządowca dotychczas z pióra się nie utrzymującego – daje to do myślenia. I wiele mówi nie o literaturze tylko. “Kandydata” Jakuba Żulczyka i “Grę o Prezydenta” Dariusza Kacprzaka warto zestawiać, skoro obie historie traktują o kampanii wyborczej.
 
Żulczykowi, który jest takim Patrykiem Vegą polskiej prozy, postawić da się jeden zarzut, dla fikcji politycznej zabójczy. Jego powieść na niedawną kampanię przygotowana, żeby starannie wstrzelić się z promocją – okazuje się mniej ciekawa niż sam prezydencki wyścig, jaki obserwowaliśmy “w realu”. Jakby autorowi nie starczyło wyobraźni.

Za to do zagrożeń opisywanych przez wieloletniego wiceburmistrza warszawskich dzielnic Kacprzaka w tej kampanii, czasem barwnej, a często gorszącej, jednak nie doszliśmy. Chce się dodać: na szczęście. Bo chodzi o próbę kradzieży demokracji, zmiany wyniku wyborczego, przez siły, które w powieściowym świecie reprezentuje osobnik, mówiący przez telefon z wyraźnym wschodnim akcentem. Warto o tym pisać, warto to czytać, aby taka political fiction nigdy rzeczywistością się nie stała.

Z kolei Żulczyk bawi nas setnie nie tyle daniem nam możliwości odgadywania pierwowzorów postaci – co stanowi zwykle cechę literatury zwanej wagonową, bo pochłanianej w trakcie podróży pociągiem – lecz dostarczeniem świadomości, jak zgrabnie wystrychnął na dudków (po niedawnych zarzutach profesora o tym nazwisku wobec kandydata na prezydenta powiedzenie to znów aktualnego znaczenia nabrało) promotorów swojego zamierzenia. Po tym, jak pisarz Żulczyk nazwał prezydenta Andrzeja Dudę debilem, za co ścigał go prokurator a sąd sprawę umorzył – można się było spodziewać, że “Kandydat” stanie się antypisowskim pamfletem.

Nic bardziej błędnego. Pomimo, że “Gazeta Wyborcza” poświęciła na wywiad z autorem dwie strony papierowego wydania, na co nawet laureatka Literackiej Nagrody Nobla Olga Tokarczuk nie może teraz tam liczyć – pojawiający się na kartach powieści Jąkała, redaktor wielkiego prasowego dziennika, nie okazuje się wcale postacią znacząco sympatyczniejszą od Prezesa prawicowej partii, w którym doszukać się można niektórych, chociaż nie wszystkich cech Jarosława Kaczyńskiego. I inaczej niż w wypadku Prezydenta – którego z Dudą łączy podobnie luźne pokrewieństwo – nie korci nas wcale, żeby trochę go zrozumieć a nawet zacząć żałować. Na Czerskiej widać tego nie przeczytali przed nagłośnieniem powieści.
 
Jednak gdy fanfary z kampanią kojarzone umilkły, trudno oprzeć się wrażeniu, że inwencji autorowi nie dostało. Finał okazuje się dramatyczny, ale koncept na niego tandetny. Gdzież mu do znanego nam “z realu” wieczoru wyborczego Rafała Trzaskowskiego, gdzie fetowano wygraną, zanim ok. północy wesele zamieniło się w stypę, jak przystało na imprezę odbywającą się w wynajętym w tym celu Muzeum Etnografii, przy ulicy – również nomen omen – Kredytowej. Byłem tam wtedy, więc wiem, co piszę. 
 
W powieściowym świecie “Kandydata” nawet zarzuty, tytułowej postaci stawiane, nie napiszę czy słusznie, bo to jednak także powieść sensacyjna z elementem suspensu – wydają się łagodniejsze od tych z ostatniej kampanii znanych. Żadnych kibolskich ustawek, kontaktów z gangsterami czy nieznanego tła delegacji służbowej do Moskwy, po której żadna wartościowa dokumentacja nie pozostała. Raczej błędy, wynikające z – użyjmy eufemizmu – obyczajowego niepohamowania, których tuszowanie pogłębia jeszcze wyrządzoną szkodę i krzywdę. I inne, stanowiące efekt chciwości, nieobcej także oponentom bohatera, demokratom, bo narrator w tym wypadku wielkich złudzeń nie ma. 
Fot: Usman Yousaf(Unsplash).).

Z kompromitującymi “Kandydata” materiałami jeździ po mieście i okolicach skrachowany i zniszczony przez własne namiętności lumpen-żurnalista Reporter, w którym zapewne niejeden czytelnik doszuka się Tomasza Lisa, chociaż rzecz wydaje się nieco bardziej skomplikowana. Mamy też służby specjalne. Ale raczej własne niż obce. Nie pojawia się natomiast wątek hejterskich spotów, za kilkaset tysięcy 

wyprodukowanych i umieszczonych w sieci przez firmę z Wiednia powiązaną z Budapesztem. Oczywiście Żulczyk pisał “Kandydata” na długo przedtem, zanim to wszystko na jaw wyszło, ale akurat od autora political fiction da się wymagać daru przewidywania.

Bez porównania lepiej pod tym względem wywiązuje się ze swojej roli Dariusz Kacprzak, chociaż “Gra o Prezydenta” to jego dopiero pierwsza powieść. W jej świecie wielką rolę odgrywają informatycy, bo kto zna się na serwerach, ten ma władzę, bo odczyta a może i poprawi wyborcze wyniki. Zatwierdzają jednak to wszystko, podobnie jak “w realu”, sędziowie. Nie zawsze uczciwi, oczywiście wciąż opowiadamy o świecie powieściowej fikcji wytworzonej przez wieloletniego samorządowca Kacprzaka.

U jednego z nich dzwoni telefon. Ktoś po polsku, chociaż ze szpetnym akcentem wschodnim, powie, że przesyłka została dostarczona. Sędzia zaraz otworzy drzwi mieszkania. Trzęsącymi się rękami zgarnie do środka wielką podróżną torbę. Wypełnioną szczelnie dolarowymi banknotami o wyższych nominałach. I od tego momentu, jak można się domyślić, napięcie już tylko stale rośnie, w zgodzie z formułą Alfreda Hitchcocka, chociaż w niej mowa o bombie, nie torbie z zielonymi.

Znając trochę pisarza Kacprzaka wiem, że zanim scenkę na progu ostatecznie zredagował, upewnił się najpierw o specjalistów – od bankowości rzecz jasna, nie korupcji – ile tych dolarów w takiej sporej torbie się zmieści.

Dbałość o realia popłaca. Ale nie za to wizję Kacprzaka cenię wyżej, niż zawartą w “Kandydacie”. Powieść Żulczyka tylko nas bawi. Po doświadczeniach niedawnej prawdziwej kampanii już nawet nie szokuje. Za to “Gra o Prezydenta” ostrzega. To rasowy thriller polityczny z najlepszej szkoły Johna Grishama. Wzbudza grozę, że pomimo demokracji i jej mechanizmów, wszystko okazuje się możliwe. Co nie znaczy, że źle się skończy. Ale jak – tego nam zdradzić nie wolno. Skoro dawny zastępca burmistrza Pragi Północ sam podkreśla, że jego książka to także kryminał, tyle, że polityczny. Respektujemy więc zwyczajowe reguły.

Fot: Pixabay.

Mankamentem prozy Żulczyka – co dawało się odczuć, gdy pisał jeszcze o dilerach narkotyków a nie politykach (“Ślepnąc od świateł”) – okazuje się wrażenie, że on sam nie lubi własnych bohaterów. Dlatego nie przejmujemy się zanadto ich losami. Nie przypadkiem najsympatyczniejszą z postaci zaludniających “Kandydata” okazuje się prezydencki ochroniarz, bohater raczej epizodyczny. Kacprzak jako twórca własnego świata okazuje się bardziej wyrozumiały. Co zaskakujące też – w ciekawszy sposób buduje intrygę i suspens, co dziwi, zważywszy, że Żulczyk w swojej wcześniejszej, i ambitniejszej (“Instytut”) twórczości wydawał się w tym właśnie bezkonkurencyjny.

Za to zapewnione miejsce w każdej rzetelnie zestawionej antologii współczesnej polskiej prozy – podobnie jak u Kacprzaka epizod z łapówką dostarczoną sędziemu na próg mieszkania – wydaje się mieć scenka z komisji wyborczej w “Kandydacie”. W błysku fleszy i w szpalerze kamer telewizyjnych pani prezydentowa wchodzi z mężem do punktu głosowania. Ale za parawanem zostaną już sami. Prezydentowa postawi wtedy krzyżyk przy nazwisku rywala własnego małżonka.
– Będzie lepszym prezydentem, niż ty. Każdy byłby lepszy od ciebie – powie mężowi Pierwsza Dama.

Żulczyk śmieszy nas i tumani, Kacprzak raczej przestrasza – tak słowami ballady Adama Mickiewicza o panu i pani Twardowskich oddać można różnice między obydwoma zamierzeniami. Co kto woli? Być może. Dostrzec jeszcze wypada, że o ile w “Kandydacie” służby specjalne okazują się tyleż odrażające co wszechwładne, to w “Grze o Prezydenta” niektóre nawet wzbudzają sympatię. Te nasze, a nie ich, oczywiście…

Zdjęcie główneLiz Summer (Pexels)

Udostepnij na Facebook
Dodaj na Twitter
Wspólny 11 Listopada

Tak ni z tego, ni z owego była Polska od pierwszego – tak sam Józef Piłsudski na zjeździe Legionistów w Kaliszu już po przewrocie majowym miał się wyrazić o okolicznościach odbudowy państwa w 1918 r. Czytaj więcej ..

“Hyde Park” – arena pustych słów

“Hyde Park” pokazuje politykę, w której rolę selekcjonerską jaką do niedawna odgrywała telewizja – bez reszty przejmuje internet. Czy się w tę sieć zaplączemy, czy nauczymy nią skutecznie łowić to, co życiodajne a nie zatrute?Czytaj więcej ..

Zimna wojna nerwów

Po zrozumiałym szoku, jaki wywołało masowe wtargnięcie do Polski wrogich obiektów w nocy z 9 na 10 września – nadchodzi podobnie trudny czas testowania naszej cierpliwości i poczucia bezpieczeństwa.Czytaj więcej ..

Dron… nie z jasnego nieba

Nalot prawie dwudziestu dronów rosyjskich jakie nadleciały nad Polskę z Białorusi wskazuje, że w tym wypadku to my, a nie Ukraina stanowimy cel dla Kremla. Jeśli jednak zamiarem Władimira Putina pozostawało wzniecenie u nas paniki, ten zamysł nie został zrealizowany.Czytaj więcej ..

© 2023 Copyright: Grupa Medialna Gruszka

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Notify of
0 Comments
Newest
Oldest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments