Śmigłowce ze Wschodu
- Dodano:
- Kategorie: Geopolityka, Komentarz
Despekt wobec suwerennego państwa polskiego nakłada się na zagrożenie dla obywateli. Po rakietach wlatujących nad Polskę i nie zawsze trafiających w leśne odludzie jak pod Bydgoszczą, czasem siejących spustoszenie jak w Przewodowie – mamy kolejny problem, pokazujący, że kwestia bezpieczeństwa stanowi dla nas sprawę realną a nie propagandową. Tylko politycy tego nie rozumieją. Zamiast zbierania wniosków z sytuacji – publiczna rozmowa w mediach samej tylko ich narracji dotyczy. To podstawowy błąd mainstreamu. Mi-8 i Mi-24 stanowią bowiem byt rzeczywisty a nie wirtualny. Nie stały się elementem gry komputerowej lecz pojawiły się nad polskim terytorium.
W tej sytuacji władza odwołuje się do procedur natowskich, które zabraniają zestrzeliwania podobnych nieproszonych gości. Dodatek do tego uzasadnienia stanowi przesłanka, że inicjatorom prowokacji szło o to, żeby Polacy strącili którąś z maszyn lub nawet obie. Zaogniłoby to istniejący konflikt. Słabą stroną tego rozumowania, jakie przedstawił poseł PiS Radosław Fogiel stanowi brak odpowiedzi na pytanie, jak należałoby reagować, gdyby przyleciały nie dwa śmigłowce lecz dwadzieścia. I co zrobić z ewentualnym upowszechnieniem po stronie białoruskiej przekonania, że ich maszyny mogą bezkarnie latać nad Polską jak popadnie.
Koncentracja najemników Wagnera nie jest jednak mitem ani mgławicą podobnie jak przelot śmigłowców nad polską ziemią.
Nie zadziałały liczne procedury, na które można było liczyć, a ściślej – na które kazała nam liczyć władza. Radary nie wychwyciły śmigłowców białoruskich, bo leciały zbyt nisko. Nie znajdujemy w tym wytłumaczenia, zdolnego uspokoić społeczeństwo. Zwłaszcza, jeśli powtarzają je ci sami, którzy dopiero co nas przekonywali, jak jesteśmy bezpieczni. Zaś obok wojskowych radarów pogranicznicy dysponują wieżami obserwacyjnymi. W białowieskich warunkach śmigłowce widać i słychać z odległości 3-4 kilometrów, jak zapewniają eksperci. Przygłuche i krótkowzroczne okazują się wyłącznie wojskowe służby specjalne po okresie zawiadywania nimi przez b. szefa MON Antoniego Macierewicza.
Premier Mateusz Morawiecki słusznie w dwa dni po tym zdarzeniu wystąpił na przesmyku suwalskim wspólnie z prezydentem sojuszniczej Litwy Gitanasem Nausedą. Jednak fakt, że ubrał się w strój niemalże polowy – wyraźnie pod wpływem lubującego się w battle-dressach prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, tam akurat nieobecnego – to za mało, żeby uspokoić opinię publiczną. Podobnie jak nie wystarcza zapowiedziane przez ministra obrony Mariusza Błaszczaka zwiększenie liczby żołnierzy na białoruskiej granicy.
Do zmierzenia się z sytuacją, nową i groźną, politycy wszelkich barw używają klisz już zużytych, stosownych przy zagrożeniach wirtualnych a nie realnych. Chciałoby się raczej usłyszeć, że Polska zwróciła się o wsparcie do mocniejszych niż Litwini – z całym dla nich szacunkiem – partnerów w kwestiach, które szwankowały w trakcie zdarzenia w Białowieży i w pierwszych godzinach po jego zaistnieniu. Nikt nas nie przekona przecież, że wszystko odbyło się jak należy. Z kłamliwym dementi włącznie. Wcześniej przecież, kiedy 15 listopada ub. r. obca rakieta zabiła na Lubelszczyźnie dwóch polskich obywateli, dowiedzieliśmy się o tym nie od żadnego sztabu kryzysowego ani przedstawiciela kompetentnych władz lecz dzięki pracownikowi agencji prasowej Associated Press i weteranowi wojny afgańskiej w jednej osobie. Tenże James LaPorta zresztą zapłacił za to posadą. Zanim udało mu się podać newralgiczną wiadomość upłynęły cztery długie godziny. Strach pomyśleć, co by się zdarzyło, gdyby rakiet było więcej i wystrzeliwano by je kolejno. Odpowiedzialni za bezpieczeństwo Polaków nie mogą podchodzić do zagrożeń tak, jakby grali w polityczno-wojskowym thrillerze, o którym z góry wiedzą, że musi się dobrze skończyć. Scenariusze optymistyczne czasem się sprawdzają, ale zwykle tym, którzy biorą wcześniej pod uwagę wszystkie warianty rozwoju sytuacji.
Łukasz Perzyna

Jedna Polska, jedno plemię
Mury nie rosną, wbrew gorzkiemu przesłaniu słynnego protest songu Jacka Kaczmarskiego, co najwyżej pospiesznie wznoszone są między nami przepierzenia jak z dykty, na tyle dziurawe, że na szczęście nie przestajemy przez nie widzieć tych, co po drugiej stronie.Czytaj więcej ..

Gorączka spada. Lekarzu, lecz się sam
Po posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego premier Donald Tusk oznajmił, że nie należy podważać wyniku wyborczego. Oznacza to, że sam uznaje, iż prezydentem został Karol Nawrocki.Czytaj więcej ..

Zawsze po złej stronie
Różne ksywy noszą politycy ale w tej tak nieprzyjaznej ujawnia się oczywisty fakt: Giertycha nikt nie lubi. Zwłaszcza we własnym ugrupowaniu. Nie inaczej jest dzisiaj w Platformie Obywatelskiej, której posłem został półtora roku temu ze Świętokrzyskiego.Czytaj więcej ..

Jak pisać o polityce, by nas nie przerosła
Jeśli z dwóch powieści, zaliczanych do gatunku political fiction, słabsze wrażenie wywiera książka celebryty i skandalisty, a lepsze debiut samorządowca dotychczas z pióra się nie utrzymującego – daje to do myślenia. Czytaj więcej ..

Lewandowski, bój się Boga
Jakie czasy tacy bohaterowie. Nikt oczywiście nie odbierze Lewandowskiemu tego, co sobie na boisku wywalczył. Nie ma też chyba sensu go zmuszać, żeby na nie wybiegał, w biało-czerwonych barwach. Mamy go jednak prawo oceniać. I tego powinien się bać jako celebryta, wieloletni bohater wyobraźni zbiorowej. Niby tak wielki, a okazał
© 2023 Copyright: Grupa Medialna Gruszka

