Kapelan dobrych spraw

Pożegnanie ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego (1956-2024)

Już po Jego śmierci przesłał ktoś do redakcji Gruszki egzemplarz “Kroniki Małopolskiej” w ulotkowym jeszcze formacie z 13 stycznia 1985 r. z oświadczeniem kierownictwa regionalnej Solidarności dotyczącym napadu na ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego w noc barbórkową, dokonanego przez komunistyczną służbę bezpieczeństwa. Działo się to w nieco ponad rok po zabójstwie Księdza Jerzego. Jeśli atak miał stać się ostrzeżeniem – nie poskutkowało. W rozstrzygającym dla przyszłych losów Polski kwietniowym i majowym strajku w 1988 r.  ks. Zalewski towarzyszył hutnikom. 
 
Doskonale pamiętam złowrogą dokumentację fotograficzną obrażeń, jakie Ksiądz w tamtym ataku odniósł, zamieszczoną na łamach ukazującego się już na wysokim poziomie edytorskim i łamanego na komputerze “PWA”. Ślady po napaści na policzku ofiary układały się w kształt litery “V”. Okrutne zdarzenie i nowoczesna technologia jakie utrwaliła jego skutki tworzyły dramatyczny rozziew, Dla nas wtedy stanowiło to symbol rozdarcia Polski pomiędzy jej aspiracjami do wolnego świata i nowoczesnej Europy (wspominały o nich homilie papieskie i prace intelektualistów w habitach jak Józef Salij czy sutannach jak Józef Tischner czy Jan Twardowski, a dla prostych ludzi ten lepszy świat symbolizowało oglądanie na video “Rambo” czy “Białych nocy” z Michaiłem Barysznikowem zamiast radzieckich filmów w telewizyjnym prime-timie) a nowym średniowieczem ucieleśnianym przez esbeckie tortury i – dosłowne w tym wypadku – piętnowanie. 
 
Ks. Tadeusz nie pozował na proroka, chociaż z wiekiem coraz bardziej zaczynał przypominać rosyjskiego noblistę z literatury Aleksandra Sołżenicyna. Po prostu taki był, że angażował się w sprawy, które uznawał za słuszne. Także nie przynoszące rozgłosu, jak pomoc niepełnosprawnym, uparte przypominanie o rzezi Ormian dokonanej przez Turków w trakcie I wojny światowej (sam był armeńskiego pochodzenia, wbrew polskiej tradycji ale w zgodzie z tą z innego katolickiego kraju, bo hiszpańską używał też rodowego nazwiska matki) czy rzezi wołyńskiej, zbrodni ukraińskich faszystów na cywilnej ludności polskiej z Kresów podczas kolejnego konfliktu globalnego.

Nieustraszony we wspieraniu opozycji antykomunistycznej, również po odzyskaniu przez Polskę niepodległości zajmował się sprawami trudnymi, jak współpraca kleru z dawnymi służbami specjalnymi i przypadki pedofilii wśród duchownych. Gdy kandydował do komisji, mającej zająć się wyjaśnieniem ostatniej z tych patologii, przy okazji głosowania sejmowego odrodził się – zapewne po raz ostatni – “PO-PiS”, sojusz obu najsilniejszych ugrupowań, jednomyślnych w kwestii, żeby go do zasiadania w niej nie dopuścić. Czasem karcili go i dyscyplinowali sami hierarchowie. We własnym przekonaniu mieli za co, ale Kościół to przecież wspólnota wiernych – i on tak rzecz pojmował.

Podziemne wydawnictow o Ks. Isakiewiczu Zalewskim.
Krytykował najpierw kard. Stanisława Dziwisza za zbyt zażyłe kontakty z rządzącą Platformą Obywatelską a później kolejnego krakowskiego arcybiskupa Marka Jędraszewskiego za jeszcze bardziej gorszące zbliżenie do jej następców u władzy z Prawa i Sprawiedliwości a zwłaszcza na zezwolenie prezesowi “reżimowej” TVP Jackowi Kurskiemu na wzięcie drugiego ślubu kościelnego w bazylice w Łagiewnikach, co uznawał za profanację sanktuarium kojarzonego z Janem Pawłem II i jego przesłaniem moralnym. Prezydentowi Andrzejowi Dudzie miał za złe, że nie dotrzymuje obietnic złożonych Kresowianom i wszystkim rodzinom wołyńskim dotyczących godnego pochówku ofiar rzezi. Nie stało się to żadną obsesją: uznawał, że cywilizacja o chrześcijańskich korzeniach daje każdemu prawo do oznaczonej mogiły, godnego miejsca spoczynku, że to po latach także pewne rozumne minimum. W ostatnich latach dzielnie wspierał uchodźców ukraińskich, uciekających do nas przed kremlowską inwazją.     
 
Reprezentował pokolenie oazowe ale zaangażowanie społeczne pojmował głębiej niż tylko jako wyśpiewywanie budujących i pogodnych piosenek przy gitarze na pielgrzymkach. Jako seminarzysta włączył się w prace Studenckiego Komitetu Solidarności w Krakowie, tego samego, za który życiem przyszło zapłacić Stanisławowi Pyjasowi z tamtejszej polonistyki. Karol Wojtyła stał się dla przyszłego ks. Zaleskiego wzorem zanim jeszcze został Papieżem. Wielki ruch Solidarności młody ksiądz wspierał a nie – jak zdarzało się to czasem innym duchownym – tylko pouczał. Chociaż największa z niezależnych od władzy instytucji zdała w najtrudniejszej chwili próby egzamin z patriotyzmu, podtrzymując nie tylko wśród wiernych przekonanie, że w Polsce pozostaje obecny i działa Kościół Obywatelski, jeśli posłużyć się tytułem znanej i wnikliwej książki Andrzeja Anusza o tamtych czasach. 
 
Symbolem stał się ks. Jerzy Popiełuszko, poprzez swoje męczeństwo i ofiarę życia, tym bardziej w świecie docenioną, że porównywalną z bliźniaczą wręcz tragedią salwadorskiego arcybiskupa Oskara Romero. Obaj walczyli o prawa człowieka. Śmierć ponieśli z rąk szwadronów śmierci, cała różnica – w sumie tak niewielka – w tym, że zabójcy kapelana Solidarności z Huty Warszawa służyli dyktaturze proradzieckiej, zaś ci którzy przy ołtarzu zamordowali latynoskiego pasterza ubogich przeszkoleni zostali uprzednio przez wywiad amerykański. 
 
W rządzonej przez sekretarzy a później generałów z wojska i bezpieczeństwa Polsce, jak się okazało w krytycznej chwili, niepokornych księży, co ich się nie ulękli i innym powtarzali pamiętne “nie lękajcie się”,  było więcej, jak Henryk Jankowski, Stanisław Małkowski czy Jerzy Wacław Błaszczak, co w pamiętną noc grudniową skutecznie ukrył w trójmiejskiej parafii św. Elżbiety Zbigniewa Bujaka, który dzięki temu mógł objąć rychło przywództwo podziemnej Solidarności. Jej zwolennicy i działacze mogli liczyć na ks. Tadeusza jako kapelana dobrych spraw. Potwierdził to wspomniany strajk w Hucie, który okazał się przełomem. Ale gdy Ksiądz Zaleski szedł po raz kolejny wesprzeć robotników – z góry przecież o tym nie wiedział. 
 
Dawał duchową siłę innym. Na nagrodę w życiu doczesnym nie liczył. Brał się za sprawy, których unikali inni, jeśli tylko uznał je za słuszne.    
Udostepnij na Facebook
Dodaj na Twitter
Jedna Polska, jedno plemię

Mury nie rosną, wbrew gorzkiemu przesłaniu słynnego protest songu Jacka Kaczmarskiego, co najwyżej pospiesznie wznoszone są między nami przepierzenia jak z dykty, na tyle dziurawe, że na szczęście nie przestajemy przez nie widzieć tych, co po drugiej stronie.Czytaj więcej ..

Zawsze po złej stronie

Różne ksywy noszą politycy ale w tej tak nieprzyjaznej ujawnia się oczywisty fakt: Giertycha nikt nie lubi. Zwłaszcza we własnym ugrupowaniu. Nie inaczej jest dzisiaj w Platformie Obywatelskiej, której posłem został półtora roku temu ze Świętokrzyskiego.Czytaj więcej ..

Jak pisać o polityce, by nas nie przerosła

Jeśli z dwóch powieści, zaliczanych do gatunku political fiction, słabsze wrażenie wywiera książka celebryty i skandalisty, a lepsze debiut samorządowca dotychczas z pióra się nie utrzymującego – daje to do myślenia. Czytaj więcej ..

Lewandowski, bój się Boga

Jakie czasy tacy bohaterowie. Nikt oczywiście nie odbierze Lewandowskiemu tego, co sobie na boisku wywalczył. Nie ma też chyba sensu go zmuszać, żeby na nie wybiegał, w biało-czerwonych barwach. Mamy go jednak prawo oceniać. I tego powinien się bać jako celebryta, wieloletni bohater wyobraźni zbiorowej. Niby tak wielki, a okazał

© 2023 Copyright: Grupa Medialna Gruszka

5 1 vote
Article Rating
Subscribe
Notify of
0 Comments
Newest
Oldest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments