Powieść o wojnie która trwa

"Null" Twardocha o Ukrainie

Już w pierwszym roku wojny pełnoskalowej, rozpętanej przeciw Ukrainie przez Władimira Putina, polski pisarz Szczepan Twardoch woził tam pomoc ze zbiórek i darów, w sumie wartości dwóch milionów złotych. Paradoksalnie, dla odbioru “Nulla” nie ma to wielkiego znaczenia. To powieść, a nie reportaż. Gdyby powstała proza słaba, tłumaczyć by nam to przyszło żarliwością autora i jego zaangażowaniem. “Null” jednak okazuje się książką doskonałą, która alibi nie potrzebuje.  

Powieść  o wojnie, która jeszcze się nie skończyła, nie stanowi ewenementu w historii literatury. Kiedy trwała okupacja niemiecka we Francji, Vercors napisał już i ogłosił w podziemiu swoje “Milczenie morza”, w Polsce – Aleksander Kamiński “Kamienie na szaniec”, które poruszają i edukują kolejne już pokolenie. “Piłsudczyków” stworzył Juliusz Kaden-Bandrowski w legionowych okopach i wydał w takim czasie, że byli czytani na froncie. 

To nie pierwsza z wojen, opisywanych przez Twardocha: w “Wiecznym Grunwaldzie” pojawia się oczywiście tytułowa bitwa, w “Królu”, którego przeważająca część dzieje się w Dwudziestoleciu, bohater walczy na froncie w 1920 r, zaś po inwazji niemieckiej staje się najpierw pomagierem nazistów, potem tropiony jest przez nich jak zwierzyna, co dalszy ciąg znajduje w “Królestwie”. 

W “Morfinie” mamy wojnę obronną we wrześniu 1939 r. i późniejsze dylematy bohatera, rozdartego między polskością a niemieckością. Po raz pierwszy jednak Szczepan Twardoch opisuje wojnę, w której sam uczestniczy, nawet jeśli oznacza to dostarczanie pomocy na front a nie wysiadywanie w okopach.

W okopach i bunkrach zazdrości się nawet psu 

Bohaterowie “Nulla” (co w slangu oznacza front) czytają w swoich bunkrach “Komu bije dzwon” Ernesta Hemingwaya, co nie wydaje się przejawem pięknoduchostwa narracji, skoro wiemy,  że na tę wojnę poszła z wyboru znaczna część patriotycznie nastawionej ukraińskiej klasy średniej. Ci, co z niej się wywodzą, wiedzą, z kim skojarzyć Polaka, który w okopach z własnej woli do nich dołączył.     
“- Ja dumał, co ten Robert Jordan z tej książki jak ty.
Uśmiechasz się. To nawet miłe porównanie. Zagraniczny ochotnik, wojna, szlachetna sprawa w tej wojnie. Zabawne.
– Wiesz, jaka jest różnica? – pyta podstępnie Jagoda.
– Mów. 
– On tam coś robił, ważnego, da? Wysadzał most, bo ci tam republikanie gotowali nastup i on musiał wysadzić mosty, żeby faszyści nie przeszli.
– A my siedzim w gnoju i czekajem (..)” [1].
 
Nawet ten krótki fragment daje pojęcie o narracji i dialogach, zwykle podanych w slangu, upstrzonych licznymi terminami technicznymi,  dotyczącymi dronów i uzbrojenia oraz środków łączności. Da się nawet powiedzieć, że jednym z bohaterów staje się starlink,  o którego tak ostro niedawno spierali się politycy. Mnóstwo też wulgaryzmów i neologizmów, nieuniknionych, gdy porozumiewają się ludzie z różnych nacji i grup  społecznych, w dodatku w obliczu bezpośredniego zagrożenia życia. 
 
Podobna stylizacja czy imitacja nie ułatwia naturalnie lektury,  zmusza do maksymalnego skupienia uwagi, ale nam się to opłaca. Tym większa płynie satysfakcja z doszukiwania się kolejnych sensów tej powieści. Czytelnik Twardocha cieszy się z ich odnajdywania niczym jego bohater z deszyfracji kolejnych kursów ruskich dronów, trajektorii rakiet i pocisków.
 
Za to odróżnieniu od innych książek Twardocha nie ma tu latających nad miastem wielorybów (jak w “Królu”), bo ich rolę pełnią drony irańskiej produkcji w wyposażeniu armii rosyjskiej. A jeśli pojawią się ludzie, zachowujący się jak zwierzęta, to inaczej niż w “Wiecznym Grunwaldzie” gdzie przyczynę stanowi zew natury, w najnowszej powieści w ten właśnie sposób – bo w inny nie potrafi – postępuje soldateska napastniczej armii.
 
Szczepan Twardoch wraz z idącym mu w sukurs narratorem, dziwacznie, bo w drugiej osobie liczby pojedynczej wszystko to relacjonującym – nie tai, jak brutalna jest wojna nawet sprawiedliwa i obronna, bo taką z polskim wsparciem toczy Ukraina przeciw rosyjskiemu najeźdźcy. 
“(..) Jasnozielona sylwetka w okularze noktowizora, jaśniejszy znak celowniczy kolimatora, jasnozielony świat, celujesz nisko, chcesz trafić w brzuch pod bronikiem, strzelasz dobrze i jesteś spokojny, więc trafiasz, ze stu metrów, dokładnie tak,  jak chciałeś,w  brzuch,  pod bronikiem, dwa strzały jeden po drugim uderzają w brzuch pidara i nakładające się na siebie fale, jakie uderzenie pocisku wzbudza w ludzkim ciele, sprawiają,   że pękają mu narządy wewnętrzne  i umiera od razu, a nie dopiero po  kwadransie albo godzinie, jak umierałby, gdybyś strzelił tylko raz” [2].
 
Pidar to dla żołnierzy ukraińskich po prostu pedał, a tym mianem określają każdego sołdata armii najeźdźców, niezależnie od jego osobistej orientacji. Poza tym są jeszcze separy, czyli jak nietrudno się domyślić – separatyści ze wschodniej Ukrainy wojujący po stronie Rosjan.
 
Nie stawia jednak nigdy Szczepan Twardoch znaku równości pomiędzy obiema stronami tej wojny. Z mistrzowską precyzją oddaje ich zróżnicowanie epizod wzięcia do niewoli rosyjskiego żołnierza, który okazuje się bezradnym i mającym niewielkie pojęcie o świecie, ale bardzo pragnącym przeżyć Buriatem z poboru. Chociaż w bunkrze zajmuje tylko miejsce i sprawia kłopot, nawet jeśli pozostaje skrępowany taśmami, a i jeść dać mu trzeba – w rozmowach doraźnych zwycięzców tej potyczki “na nullu”, czyli w strefie frontowej pojawia się oczywisty wątek: my nie zabijamy jeńców, to tylko tamci tak robią.         
 
Nie brak w tym świecie wrażliwości, nie zanikła do końca, pomimo rozmaitych okrucieństw wokół. W sposób czytelny dla erudytów i koneserów nawiązuje Twardoch do poruszającego opisu umierania psa z “Nieznośnej lekkości bytu” Milana Kundery. Zaś dla mniej oczytanych to po prostu wstrząsająca refleksja, i jeśli zechcą się jej poddać, nic na nieznajomości literackiego punktu odniesienia nie stracą:
“Bardzo ci żal tej malamutki, Koniu, ale trochę jej zazdrościsz, nawet tej śmierci w męczarniach, gdy konała, rzygając krwią, zazdrościsz jej, bo psy nie wiedzą, jak bardzo są same,  płaczą, skowyczą pozostawione w domach, ale kiedy tylko wraca właściciel, cały smutek znika natychmiast, jakby nigdy nie istniał, i wybucha czyste szczęście, bez blizny po samotności. Przypominasz sobie, że wabiła się Bura. Może nawet wtedy była szczęśliwa,  kiedy Małpa klęczał przy niej i zdychającą głaskał po  karku, może wtedy jego dotyk dawał jej coś, czego tobie już nigdy żaden dotyk dać nie mógł, od kiedy zgubiłeś się, sześcioletni, w Krakowie” [3].    
 
Pamiętamy to z Tadeusza Różewicza: “Chciałbym być szczurem,   mówiłem wtedy do niej” [4].
Szczepan Lech Twardoch (ur. 23 grudnia 1979 w Knurowie) – polsko-śląski pisarz. Napisał serię bestsellerowych powieści, takich jak Morfina (2012), Drach (2014), Król (2016), Królestwo (2018) i Pokora (2020). Król został przerobiony na serial telewizyjny, emitowany po raz pierwszy w sieci Canal+. Twardoch zdobył wiele nagród literackich, w tym Brücke Berlin-Preis i Le Prix du Livre Européen.

 Misja człowieka, zwanego Koniem

Bohater z Polski, podobnie jak jego literacki ojciec Szczepan Twardoch najpierw wozi na Ukrainę pomoc własnym sumptem,  organizując ludzi dobrej woli do zbiórek. Późniejszą decyzję zaciągnięcia się w szeregi broniącej się przed Rosjanami armii uprawdopodabniają jego ukraińskie korzenie, chociaż odległe i z czasem dopiero uświadomione, Tu zresztą kończy się podobieństwo z Twardochem, bo pisarz jak wiemy deklaruje swoją śląską tożsamość i znaczną część własnej twórczości poświęca grze z polskością i niemieckością, zwykle nie przynoszącej jednoznacznych rezultatów. 
Dziadek bohatera “Nulla” nie tylko był Ukraińcem spod Przemyśla,  ale weteranem osławionej dywizji SS Galizien i Ukraińskiej Powstańczej Armii, chociaż sąsiedzi –  a także sam wnuk  – poznali go już jako miłego i spokojnego człowieka, co najwyżej utyskujacego czasem dobrotliwie, że dzieciak choć już duży,  słowa nawet po ukraińsku nie mówi.
W nieodległej przeszłości rozpadło się jednak osobiste i zawodowe życie bohatera w Polsce, z jego własnej winy, chociaż  nie dowiemy się dokładnie, co zaszło.
 
Teraz jednak walczy. Najpierw steruje dronami.   Potem już na samym “nullu”  czyli froncie, robi to co inni, w okopach i bunkrach. Ramię w ramię z Ukraińcami, którzy go szanują. Przezwany przez nich Koniem, poznaje cały kosmos tej wojny, a my za jego pośrednictwem również. Ochotnicy – dobrowolci patrzą z góry na mobików czyli kolegów pod przymusem zmobilizowanych. Oficer Służby Bezpieczeństwa Ukrainy dopiero po 24 lutego 2022 r. zaczął porozumiewać się po ukraińsku, bo wcześniej, pochodząc z kijowskiej klasy średniej,  pozostawał w przekonaniu, że to język dla wsioków, więc sam mówił po rosyjsku. Gdzieś w tle znajduje się życie cywilne, toczy się w restauracjach Kijowa, gdzie gangsterzy wciąż gadają po rusku, czego zwyczajni ukraińscy obywatele starają się już unikać, chyba,  że żadnego innego języka nie znają. Tam też dekują się “uchylanci”, bo nie wszyscy Ukraińcy, nawet młodzi,  kwapią się za ojczyznę życie narażać.
 
Komunikację z tym zwyczajnym światem umożliwiają media społecznościowe. Polski bohater znajduje swoją muzę, Zuję, podobno jak twierdzi jedyną Ukrainkę o tym imieniu. Znalazła się w niewoli u Rosjan i została przez nich skrzywdzona, ale nie pali się do odegrania roli ikony narodowego cierpienia. Nie chce rozmawiać przez komunikatory, ten czas nadejdzie dopiero, jeśli będzie wiedzieć,  że Koń z wojny wróci, być może więc nigdy. Nie dowiemy się zresztą do końca, na ile pozostaje dziewczyną z krwi i kości, a w jakim stopniu raczej wytworem fantazji bohatera. Pewne okazuje się jedno: to jedna z nielicznych w prozie Twardocha postaci kobiecych,  którą udało mu się sugestywnie zarysować. Chociaż oczywiście narrację i dialogi zdominuje zdecydowanie męski przekaz. 
“U nas był pułkownik w specnazie. Odważny na chuj. Operował za nullem. Drony, nie drony. Wybuchiwka. Pidarom okopy minował. Świetny żołnierz. raz wracał w Odessie po nocy, światła nie było, ciemno na chuj, potknął się o krawężnik i nabił na pręt zbrojeniowy wystający z rozjebanego szachedem przystanku, dwochsotyj na miejscu – mówi Aryjec” [5].
Liczebnik odnosi się do znanego nam już z filmu Aleksieja Bałabanowa, dziejącego się wprawdzie  pod Ługańskiem, chociaż traktującego o wojnie w odległym Afganistanie tytułowego “Ładunku 200”, jak w radzieckim jeszcze żargonie “ogólnowojskowym” określano trupa [6]. Pamiętam,  jak po jego projekcji w warszawskim kinie Luna przed piętnastu laty większość widzów pozostała na miejscu jeszcze przez dłuższą  chwilę, kiedy się skończył, jakby wtłoczona w fotele, chociaż na sali przeważali ludzie młodzi, którzy w szkole mieli już angielski, więc nie mogli nawet odczytać napisów końcowych podanych bukwami.                  
 
Inter arma non silent musae, wbrew temu, co powiadali starożytni.  I mamy wreszcie solidną czy nawet wybitną powieść o wojnie toczonej za naszą wschodnią granicą, napisaną po polsku. Do muz zaś, skoro chwalimy je za to, że nie milczą, trudno mieć pretensje,  że  podają nam prawdy nie tylko te, które chcemy usłyszeć. “Null” nie tylko mottem nawiązuje do “Iliady”, traktującej jak wiemy o wojnie trojańskiej. Ujawnia słuch absolutny autora i zarazem niezłą kondycję współczesnej literatury polskiej, co ugruntowuje przeświadczenie,  że Nobel dla Olgi Tokarczuk nie był dziełem przypadku. 
 
Jeśli zaś ktoś uzna, że stała się niesprawiedliwość, bo selekcjonerzy tej najbardziej w galaktyce Gutenberga cenionej nagrody przyznali ją autorce “Biegunów” i późniejszego “Empuzjonu”, nie czekając na Twardocha i jego ukraińską podróż – powinien mieć na względzie, że bliźniacza sytuacja zaistniała już raz przed ponad stu laty. Literackiego Nobla otrzymał wówczas Władysław St. Reymont zamiast Stefana Żeromskiego,  który pomimo prawie sześćdziesiątki na karku i niedawnej tragedii osobistej (śmierć syna Adama) jako korespondent wojenny pojechał i opisał, co zdarzyło się “Na probostwie w Wyszkowie” zaraz po wypędzeniu stamtąd bolszewików oraz ich rodzimych kolaborantów z komitetu Feliksa Dzierżyńskiego.
 
Muzy wciąż nie milczą, a nawet nie pozwalają się zagłuszyć rakietom balistycznym ani pociskom artyleryjskim, z czego tylko cieszyć się wypada. Chociaż wciąż nie da się przewidzieć dalszych losów wojny,  którą Twardoch na nasz cywilny użytek tak znakomicie opisuje.          
 
[1] Szczepan Twardoch. Null.   Marginesy, Warszawa 2025, s. 128 
[2] Twardoch. Null… op. cit, s. 142
[3] ibidem, s.  199-200
[4] Tadeusz Różewicz. Zostawcie nas [w:] Niepokój. Wybór wierszy z lat 1944-1994. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1995, s. 225
[5] Twardoch. Null… op. cit, s. 209
[6] Ładunek 200. Film prod. rosyjskiej, scen. i reż. Aleksiej Bałabanow, 2007 r.
Udostepnij na Facebook
Dodaj na Twitter
Wspólny 11 Listopada

Tak ni z tego, ni z owego była Polska od pierwszego – tak sam Józef Piłsudski na zjeździe Legionistów w Kaliszu już po przewrocie majowym miał się wyrazić o okolicznościach odbudowy państwa w 1918 r. Czytaj więcej ..

“Hyde Park” – arena pustych słów

“Hyde Park” pokazuje politykę, w której rolę selekcjonerską jaką do niedawna odgrywała telewizja – bez reszty przejmuje internet. Czy się w tę sieć zaplączemy, czy nauczymy nią skutecznie łowić to, co życiodajne a nie zatrute?Czytaj więcej ..

Zimna wojna nerwów

Po zrozumiałym szoku, jaki wywołało masowe wtargnięcie do Polski wrogich obiektów w nocy z 9 na 10 września – nadchodzi podobnie trudny czas testowania naszej cierpliwości i poczucia bezpieczeństwa.Czytaj więcej ..

Dron… nie z jasnego nieba

Nalot prawie dwudziestu dronów rosyjskich jakie nadleciały nad Polskę z Białorusi wskazuje, że w tym wypadku to my, a nie Ukraina stanowimy cel dla Kremla. Jeśli jednak zamiarem Władimira Putina pozostawało wzniecenie u nas paniki, ten zamysł nie został zrealizowany.Czytaj więcej ..

© 2023 Copyright: Grupa Medialna Gruszka

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Notify of
0 Comments
Newest
Oldest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments