Burleska puczu, powaga zagrożenia

Sięgnięcie po bohaterów misji w Afganistanie i Iraku, nawet jeśli odeszli do cywila, korzystając ze sprzyjających temu przepisów lub rozczarowani dysponentami wojska, a także po policyjnych weteranów, którym zawdzięczamy rozbicie zorganizowanych grup przestępczych – wydaje się stosowną odpowiedzią na zmieniającą się skokowo sytuację za naszymi wschodnimi granicami. Inaczej z drżeniem przyjdzie nam włączać telewizor.
  
Efekt puczu Jewgienija Prigożyna, chociaż operetkowy, okazuje się niekorzystny dla Polski. Wagnerowcy na Białorusi stanowić będą kolejne zagrożenie dla naszego bezpieczeństwa. Jeszcze większe niż nasyłani do nas i wyekwipowani w nowoczesne smartfony i markowe ubrania przez dyktatora Aleksandra Łukaszenkę fałszywi uchodźcy.  W tej sytuacji przynajmniej z roli “nocnego stróża” państwo musi się wywiązać. Z całą powagą, nawet jeśli skupiamy się dziś na satyrycznych aspektach sytuacji.
 

W przekazach sieciowych pojawiło się nagranie wagnerowców, ustawionych grzecznie w kolejce do sklepu z alkoholem w zajętym przez nich Rostowie. Intencją jego zamieszczenia pozostaje zapewne pokazanie, jak rozpite są siły puczystów. W istocie jednak ważne wydaje się co innego: oto zbrodniarze wojenni, znani z okrucieństw popełnianych na Ukrainie, w zdobytym mieście niespodziewanie respektują porządek zamiast wprowadzać własny. Nawet kolejki respektują.

Oficjalne logo Grupy Wagnera
Jak pamiętamy Giennadij Janajew, podejmując w 1991 r. próbę puczu przeciw Michaiłowi Gorbaczowowi – stłumioną później przez Borysa Jelcyna, chociaż przez trzy dni to neostalinowcy sprawowali władzę w Moskwie –  nie zadbał nawet o odłączenie telefonów, przez które zwoływali się na demonstracje demokraci. Przypomina się żart o tym, dlaczego komunistyczni rewolucjoniści w 1918 r. nie zajęli dworca kolejowego w Berlinie: bo nie mieli peronówek.
 

 

Zamach stanu… w telewizji i w realu

W nowej i liberalnej redakcji “Obserwatora Codziennego” nie oglądaliśmy na początku lat 90. telewizji państwowej, uznając to za stratę czasu. Kiedy dotarła wiadomość o przejęciu kontroli nad Moskwą przez spiskowców Janajewa oraz internowaniu Gorbaczowa w trakcie urlopu na Krymie – monitory nastawione były na przekaz CNN. Widzieliśmy czołgi i transportery na moskiewskich ulicach i obwodnicy, przez miejscowych nazywanej MKAD. Tego dnia nikt nie miał wątpliwości, co stanowić będzie u nas czołówkę gazety. Jako szef działu krajowego nawet nie proponowałem na pierwszą stronę żadnego tematu.
Rosyjskie czołgi na ulicach Moskwy w czasie puczu Janajewa, sierpień 1991. Źródło: YouTube
Na szczęście mieliśmy w Moskwie korespondentkę. Gdy zaczęło się kolegium redakcyjne, kierownik zagranicy Leszek Jesień (ten od “notatki Jesienia”, która kilkanaście lat później wyciekła z kancelarii premiera Kazimierza Marcinkiewicza, gdy jej autor został tam dyrektorem, co stanowiło jeden z większych skandali za pierwszych rządów PiS) mocno się popisując, przez telefon się z nią połączył.
– Jak tam pucz? – wykrzyknął.
– Jaki pucz? – usłyszeliśmy wszyscy na “głośno-mówiącym” bardziej zaspany niż zaskoczony głos Nataszy. Poprzedniego wieczoru integrowała się na jakimś bankiecie z rosyjskimi demokratami. 

Na usprawiedliwienie korespondentki, potem zasłużonej dla polskiej dyplomacji kulturalnej na Wschodzie, dodać jednak trzeba, że później dowiedzieliśmy się, jak dziwny był to zamach stanu. Nie chodzi tylko o zaniechanie odłączenia telefonów przez ekipę Janajewa, czego jak wiemy gen. Wojciech Jaruzelski w 1981 r. nie zaniedbał. Gdy po Sadowym Kolcu szły czołgi i aż dudniły szyby w okolicznych kamienicach, kawałek dalej w wąskich zaułkach i przecznicach Arbatu ludzie siedzieli sobie w ogródkach kawiarnianych, bo pogoda była piękna.

Nie umniejsza to w niczym dramatyzmu sytuacji, kiedy to kody do atomowych wyrzutni znalazły się w rękach neostalinowców. A tym bardziej poświęcenia trzech młodych moskwiczan, którzy oddali życie w sporadycznie toczonych walkach ulicznych z puczystami Janajewa. Los Rosji a być może również świata rozstrzygnął się jednak przed Białym Domem, gdzie wobec nadających na żywo ekip telewizyjnych z całego świata stający naprzeciw czołgów Borys Jelcyn zagrzewał demokratów do oporu. Po trzech dniach puczyści trafili do moskiewskiego więzienia “Matroskaja Tiszyna” a świat, który wstrzymał oddech, bardziej w trosce o potencjalne cele śmiercionośnych rakiet niż demokrację nad rzeką Moskwą, Wołgą i Newą – odetchnął z ulgą.

– Rosja ma dziś dla nas szczerą, przyjazną twarz Jelcyna – mówił wtedy łamiącym się ze wzruszenia głosem w trakcie spotkania komitetów obywatelskich w warszawskiej Akademii Muzycznej mecenas Jan Olszewski, którego o naiwność wobec wschodniego sąsiada naprawdę posądzić trudno, skoro w ponad pół roku później skutecznie udaremnił podjętą przez prezydenta Lecha Wałęsę próbę wpisania do traktatu polsko-rosyjskiego klauzuli o możliwości tworzenia spółek w bazach wycofujących się od nas wojsk. 

Zaś w rok po stłumieniu puczu, znakomicie po dziennikarsku opisanym m.in. w “Trzech dniach” Władimira Boriewa, prezydent Jelcyn przysłał do Polski swojego wysokiego urzędnika Rudolfa Piechoję, przywożącego archiwa katyńskie. Stanowiło to wydarzenie epokowe, skoro jeszcze pięć lat wcześniej władze ZSRR zaprzeczały sprawstwu masakry polskich oficerów.

Jednak jesienią 1993 r. to Jelcyn posłał czołgi na zbuntowany przeciw niemu parlament, którego dwa lata wcześniej bronił przed puczystami. Dumę wybrano demokratycznie, ale większość stanowili w niej neobolszewicy i nacjonaliści. Wolny świat – znów zatroskany o kody wyrzutni – prezydenta poparł.

Najwięcej ofiar spośród poległych tamtej moskiewskiej jesieni stanowiły – o czym mało kto pamięta – nastolatki, przebiegające przed telewizyjnymi kamerami i dokonujące cudów, byle tylko znaleźć się z nadawanych przez CNN na żywo przekazach ze szturmu na parlament. Obciąża to sumienie wolnego świata w stopniu podobnym, co późniejszy los demokratów rosyjskich. Jak wiadomo, po niecałej dekadzie rządzenia Jelcyn przekazał prezydenturę Władimirowi Putinowi w zamian za gwarancje nietykalności dla uwikłanej w korupcyjne praktyki rodziny dawnego bohatera sprzed Białego Domu. Co najdziwniejsze, akurat w kwestii bezkarności familii poprzednika, Władimir Władimirowicz, chociaż bezsprzecznie nie leży to w jego naturze, słowa dotrzymał.

 

Słowo Putina czyli banicja zamiast głów zamachowców 

Słowo Putina akurat w dniach ostatniego puczu zdewaluowało się znacznie. Najpierw zapowiadał przykładne ukaranie zamachowców jako zdrajców. Potem przystał na formę banicji dla nich jako rozwiązanie problemu. Wypchnięcie wagnerowców na Białoruś, niby wobec Putina sojuszniczą, ale rządzoną przez jeszcze bardziej niż on nieobliczalnego Aleksandra Łukaszenkę – rodzi oczywiste niebezpieczeństwa również dla nas. Nie są one iluzoryczne. Brytyjski generał Richard Danatt, były szef sztabu generalnego, ostrzega przed możliwością, że kolejny marsz wagnerowcy podejmą na Kijów. Tyle, że Ukraińcy granicę dawno ufortyfikowali. A naszą z Białorusią chroni zapora, skuteczna przeciw fałszywym imigrantom a nie czołgom. 

A co się stanie, jeśli tym razem zamiast na Moskwę wagnerowcy postanowią maszerować na Warszawę? Wtedy z pewnością nie wystarczy kolejny zorganizowany przez usłużną wobec pisowskiej władzy TVP koncert “Murem za polskim mundurem”. Zaś nie wróżą sensownej odpowiedzi ze strony polskiej klasy politycznej absurdalne zachowania wielu polskich parlamentarzystów wobec poprzedniej prowokacji Łukaszenki, nasyłania nam fałszywych imigrantów: takie jak 

Najemnicy Grupy Wagnera
publiczne utyskiwania eurodeputowanej Janiny Ochojskiej, że nieproszonych gości ekspediowanych przez białoruskie KGB nie zrównujemy z prawdziwymi uchodźcami wojennymi z Ukrainy, czy cwałowanie posła “Franka” Sterczewskiego (wtedy akurat trzeźwego, inaczej niż na rowerze na poznańskiej ulicy akurat w dniu poprzedniej rocznicy robotniczego Czerwca 1956) z reklamówką w ucieczce przed pogranicznikami.
Wybredni zaś imigranci nawet nie byli zainteresowani zawartością foliowej torby posła, skoro zanim jeszcze zbudowano mur, pozostawiali przy ogniskach w podlaskich lasach opakowania po drogich produktach z supermarketów, bo sponsorzy z KGB nie skąpili fałszywym wygnańcom kasy.
   

 

Smutny wniosek z politycznej soboty

W tym samym czasie, gdy ważyły się losy marszu na Moskwę, zapowiedzianego przez lidera buntu przeciwko Władimirowi Putinowi i patrona najemników z grupy Wagnera, Jewgienija Prigożyna – kilka polskich partii politycznych odbywało swoje przedwyborcze (chociaż nawet terminu głosowania jeszcze nie znamy) konwencje i mityngi. Pomimo powagi sytuacji, nie zmieniły ich scenariuszy. Liderzy odklepywali drętwe i zawczasu przygotowane teksty bez związku z tym, co wydarza się na Wschodzie. Jeden Donald Tusk zdobył się na zdawkowe stwierdzenie, że sytuacja jest dramatyczna – ale to niewiele, jak na niedawnego prezydenta Zjednoczonej Europy. Pozostali podawali do kamer wyuczone kwestie, choć co innego ludzi interesuje.
 
Rosja znajduje się w rękach psychopaty, przeciwko któremu – co jeszcze sytuację komplikuje – zbuntował się podobny mu szaleniec, do niedawna przecież organizujący mu nawet urodzinowe biesiady.
 
A Polska? Nie znajduje optymistycznej odpowiedzi oczywiste pytanie o zdolności obecnych polityków do zatrzymania pochodu każdego, kto w naszą stronę wyruszy, lub przynajmniej zorganizowania w takim wypadku błyskawicznego wsparcia sojuszników, na miarę potwierdzonego w trakcie wizyty prezydenta USA Joe’go Bidena w Warszawie artykułu piątego Traktatu Waszyngtońskiego zobowiązującego wszystkich sygnatariuszy Sojuszu Atlantyckiego do wspólnej solidarnej obrony w razie napaści na któregokolwiek z nich. 
      
Zadawanie pytań o to wydaje się kwestią bardziej zasadną niż wystawianie transparentów, że odszedł do Pana nie ten Kaczyński co trzeba (chodzi o Teda, masowego zabójcę z USA) albo knajackie pohukiwanie na Tuska osobników wprawdzie posługujących się emblematami Solidarności, ale wyglądem i zachowaniem przypominających raczej tych, co przed 35 lat i wcześniej rozbijali demonstracje związkowe. 
 
Zwykle, gdy wybory się zbliżały, liczyć można było, że po nich się poprawi. Kwestia bezpieczeństwa Polski całkiem się tej nadziei wymyka. Podobne lekceważenie powagi sytuacji na Wschodzie objawia bowiem pisowska władza co zamierzająca ją zastąpić demokratyczna opozycja, zaś o sytuującej się pośrodku Konfederacji powiedzieć można, że akurat polityka wschodnia pozostaje jej… najsłabszą jeśli nie wprost rodzącą podejrzenia stroną.
 

 

Zmiana ciecia. Czyli: jak nic nie wymyślą, weźmiemy następnych

Nadzieja więc nie w politykach, ale w presji społecznej na nich wywieranej. W sytuacji, gdy notowania zmieniają się jak w kalejdoskopie i niemal z sondażu na sondaż pojawia się wizja innej rządzącej od jesieni większości -ten, kto zacznie mówić o naszym bezpieczeństwie od wschodniej flanki rzeczowo a nie sloganami, z pewnością zyska na tym a nie straci, na tle oczywistych zaniechań innych.
 
Nawet przecież koncepcja państwa jako nocnego stróża – jak sama jej nazwa wskazuje – nie nakazuje obywatelom, żeby bronili się sami. Po to właśnie mamy polityków, opłacanych z naszych podatków. Są wybory, więc złego ciecia zawsze da się zwolnić, oby tylko towarzyszyła temu pewność, że następny okaże się rzeczywiście lepszy. Dzisiaj zupełnie jej nie mamy. Paradoksalnie zaufać tu można egoizmowi polskich polityków. Zwykle najlepiej działają pod presją. Gdy zajrzy im w oczy widmo utraty władzy… Wtedy właśnie Jarosław Kaczyński rzucił znakomity i wart poparcia pomysł referendum w sprawie narzucania nam przez Unię Europejską obowiązku przyjmowania imigrantów socjalnych czyli fałszywych uchodźców po prostu. Albo gdy dostrzegą inne widmo niemożności zdobycia tej władzy właśnie – bo za jego sprawą udało się Donaldowi Tuskowi zorganizować półmilionowy marsz, chociaż zwykle jego partia ograniczała się do ciepłej wody w kranie, a to zapewnienie mas nie porywa. 
 
Politycy znają nastroje. Śledzą sondaże, w których zaufanie po feralnej sobocie nie wzrośnie. I badania oglądalności stacji telewizyjnych, gdzie zaznaczy się ucieczka pilotem od topornej propagandy PiS w TVP i równie jednostronnego zachwalania PO w określonej kiedyś przez członka jej komitetu wyborczego Andrzeja Wajdy mianem “naszej telewizji” TVN.
 
Nie potrzeba półmilionowych marszów, skrzykiwanych przez demokratów na etatach ani jodłowania czy pohukiwań aparatczyków “Solidarności” prawem kaduka wciąż używających nazwy bohaterskiego związku, dziś żałosnej przybudówki PiS niczym niegdyś CRZZ przy PZPR. Niech politycy do nas wyjdą z konkretnymi rozwiązaniami w sprawie dzisiaj najważniejszej. Bezpieczeństwo granic nie jest kwestią, którą da się odłożyć na czas bliżej nieokreślony, jak kolejne ogłaszane przez rządzących reformy, z których wynika głównie pilna konieczność przeprowadzenia kolejnych, prostujących efekty tych poprzednich. Czekać się nie da, gdy nad głowami przelatują nam rakiety, czasem – jak pół roku temu na Lubelszczyźnie – niosące za sobą śmierć polskich obywateli, kiedy granice na Podlasiu szturmują najemni imigranci Łukaszenki a eurokraci chcą nam przymusowo dosłać następnych. Po pandemii i następstwach wojny na Ukrainie – a jedno ani drugie wciąż się nie skończyło – trudno określić granice wytrzymałości społeczeństwa. Pewne wydaje się tylko, że mają one związek z bezpieczeństwem naszych granic i osobistym obywateli. Złom lata po polskim niebie, media spekulują, czy to dron, a może balon meteorologiczny, zaś jeśli rakieta -to nie wiadomo, czy z głowicą betonową czy bojową, jakby ta pierwsza zabić nie mogła, jak w Przewodowie na Lubelszczyźnie jesienią ub.r. A zwykły człowiek ma to wszystko wytrzymać…  
 

 

Postawić na bohaterów, co się już sprawdzili

Wagnerowcy, którym patronuje Jewgienij Prigożyn, niedawny ulubieniec Putina, a obecny jego przeciwnik, zrezygnowali z marszu na Moskwę w zamian za faktyczną amnestię, chociaż ich konwój liczył tysiąc pojazdów bojowych. Odstąpili nie dlatego, że walczyć nie potrafią. Strącili przecież po drodze śmigłowiec szturmowy oraz samolot transportowy sił rządowych. Jednak najemnik walczy za pieniądze i szuka szans na to, że przetrwa i zdoła to, co zarobi, w przyszłości spożytkować.
 
Pewniejszą więc niż zapora na granicy białoruskiej gwarancją, że Polska nie stanie się kolejnym celem kohort Prigożyna stałoby się stworzenie u nas elitarnych oddziałów, wzbudzających respekt nawet w “psach wojny”, jakimi pozostają jego najemnicy. A jeszcze większy strach w kryminalistach, którzy uzupełniali poniesione przez wagnerowców na froncie ukraińskim straty, bo ci z zasady na silnego się nie porywają. 
Odznaka rozpoznawcza Jednostki Wojskowej GROM im. Cichociemnych Spadochroniarzy Armii Krajowej.

Już w czasach transformacji ustrojowej polscy żołnierze doskonale sprawdzili się w sojuszniczych misjach interwencyjnych w Afganistanie i Iraku, także w akcjach rozjemczych ONZ w byłej Jugosławii. Fiasko większości tych operacji nie stanowi ich winy, lecz wynika z kunktatorstwa mocarstw, którego najsmutniejszym przykładem pozostaje porzucenie przez Amerykanów demokratów afgańskich, przeprowadzone w dodatku w czasie wyborczym w USA, tak żeby odpowiedzialność podzielić na odchodzących republikanów Donalda Trumpa i obejmujących władzę demokratów Joe’go Bidena.

Za to polscy żołnierze swój obowiązek wypełnili. Możemy być z nich dumni. Wielu później odeszło do cywila, wykorzystując korzystne przepisy emerytalne. Niektórzy zresztą pojawiali się 

publicznie przy politykach, jak bohater “z Afganu” gen. Andrzej Różański przy Szymonie Hołowni w jego udanej kampanii prezydenckiej, chociaż oczekiwania ich na razie, jak się wydaje, nie zostały spełnione.
 
Podobną rezerwę kadrową stanowią młodzi jeszcze weterani walk polskiej policji ze zorganizowanymi grupami przestępczymi, toczonych od lat 90. Zakończyły się sukcesem, skoro dziś nazwy Pruszkowa i Wołomina znów kojarzą się normalnie z podwarszawskimi miastami a nie gangami.
 
Zamiast inwestować w wyśmiewanych powszechnie przez zawodowych żołnierzy “szwejków” z obrony terytorialnej, pomyślanej kiedyś jako gwardia przyboczna dawno odwołanego ministra obrony Antoniego Macierewicza – lepiej sformować nowe, elitarne jednostki z tych, co już się sprawdzili w wojskowych misjach czy policyjnym antygangowym Centralnym Biurze Śledczym, a gotowi są do służby powrócić. To najprostsze rozwiązanie, nie przekraczające, mam nadzieję, granic wyobraźni decydentów. Tylko tyle i aż tyle.  
Udostepnij na Facebook
Dodaj na Twitter
Piramida demokracji

Jeden bunt przy urnach dopiero co nastąpił. Obywatele w ostatnim głosowaniu zawstydzili polityków, powtarzających przedtem, że życie publiczne przeciętnego Polaka nie pasjonuje. Zaprzeczyły temu długie wieczorne kolejki do urn wyborczych.Czytaj więcej ..

Jedziemy na Euro

Po wyeliminowaniu Walii rzutami karnymi w barażowym meczu na wyjeździe – polscy piłkarze pojadą na Mistrzostwa Europy. Nie ma sensu narzekanie, że awans zdobyli w ostatnim momencie albo nie w takim stylu jak trzeba. Kto nie umie cieszyć się z sukcesów, kolejnych już nie odniesie.Czytaj więcej ..

Między nami a Walijczykami

Ustrzegliśmy się podobnie niemiłej niespodzianki, jaką w grupie eliminacyjnej stała się porażka z Mołdawią. Piłkarze Michała Probierza zgodnie z planem i rankingami pokonali Estonię 5:1 i o awans do finałów Euro zagrają w Cardiff z Walią. To symboliczne dla nas miejsce i przeciwnik.Czytaj więcej ..

Jaka tragedia taka Balladyna

Minął czas, kiedy Nową Lewicę uosabiały miła buzia i posągowa sylwetka Magdaleny Ogórek. Z sejmowej trybuny gorszą twarz postkomunizmu zaprezentowała przewodnicząca klubu Anna Maria Żukowska, zapowiadająca, że znane ze “strajku kobiet” błyskawice powrócą i jedna z nich porazi Szymona Hołownię ..Czytaj więcej ..

© 2023 Copyright: Grupa Medialna Gruszka

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Notify of
0 Comments
Inline Feedbacks
View all comments